Выбрать главу

Amber kiwa z namysłem głową, rozsyłając swoje kopie do pracy nad mechaniką. Wielki żagiel świetlny jest niewygodny, ale potrafi skorzystać z dwóch źródeł energii: pierwotnego promienia, idącego z Jowisza, oraz jego odbicia od głównego żagla, pozostawionego sporo w tyle. Kusi, żeby korzystając z niego, nieustannie przyśpieszać, wjechać w układ na pełnym ciągu i po prostu wylądować pod kosmicznymi drzwiami routera. Ale ryzyko przerwania promienia jest zbyt duże. Takie przerwy, trwające sekundy do minut, zdarzyły się sześć razy w ciągu podróży. Nie jest pewna, co je powoduje (Pierre ma jakąś teorię o przesłaniających promień obiektach obłoku Oorta, ona zaś myśli, że bardziej prawdopodobne są przerwy w dopływie energii na Pierścieniu), ale konsekwencje utraty napędu podczas manewrowania głęboko w quasi-okołogwiezdnej studni grawitacyjnej są o wiele poważniejsze niż chwilowy brak ciągu podczas swobodnego lotu w przestrzeni.

— Nie ryzykujmy — mówi. — Wejdziemy na normalną orbitę i zaczniemy równo krążyć. Mamy tu dość studni grawitacyjnych, żeby pobawić się we flippera. Wolałabym nie wchodzić na balistyczną trajektorię, która grozi hamowaniem przez zderzenie, jeśli stracimy napęd i nie złapiemy niczego w żagiel.

— Bardzo rozważnie — zgadza się Borys. — Marta, zajmij się tym. — Nieowadzie brzęczenie wskazuje, że heteromorficzna sterniczka już to robi. — Za około dwóch milionów sekund będziemy mogli przyjrzeć się z bliska, ale jak chcesz, mogę go pingnąć teraz?

— Nie potrzeba już analizować protokołu — rzuca nonszalancko Amber. — Gdzie… a, tu jesteś. — Wyciąga rękę i podnosi z podłogi Aineko, która wygina się w łuk i liże jej przedramię języczkiem jak papier ścierny. — A co ty myślisz?

— Może jeszcze zrobić ci herbatki? — prycha kotka, skupiając wzrok na artefakcie pośrodku głównego ekranu przed mostkiem.

— Nie, rozmowa wystarczy — mówi Amber.

— No dobra. — Kotka ciemnieje, zacina się w trakcie ruchu, wyżera lokalną moc przetwarzania tak bardzo, że aż zakłóca fizykę modelu. — Czyli otwieram port.

Mija subiektywna minuta czy dwie.

— A gdzie Pierre? — mruczy Amber.

Niektóre z technicznych odczytów, jakie ma w polu widzenia dzięki wysokim uprawnieniom, są niepokojące. Wędrowny cyrk ma prawie osiemdziesiąt procent wykorzystania mocy obliczeniowej. Poczynania Aineko przy otwieraniu interfejsu do routera zżerają ogromną ilość mocy i pasma.

— A gdzie ten cholerny prawnik? — dodaje w ramach refleksji.

Wędrowny cyrk jest mały, ale jego żagiel mocno konfigurowalny. Aineko przejmuje grupkę komórek na jego powierzchni i zmienia je z prostych reflektorów na sprzężone fazowo zwierciadła: mały laser na kadłubie statku zaczyna migotać tysiąc razy na sekundę, a jego promień odbija się od zmodyfikowanych elementów lustra, skupiając się w punkt tuż przed odległą błękitną kropką routera. Aineko podkręca częstotliwość modulacji, dodaje kilka kanałów na różnych długościach fal i zaczyna wypuszczać predefiniowane sygnały, będące nośnikiem kodowania wysokopoziomowych danych.

— Prawnika zostaw mnie.

Amber wzdryga się, zerka w bok. Sadeq spogląda na nią. Uśmiecha się, nie pokazując zębów.

— Prawnicy nie komponują się z dyplomacją — wyjaśnia.

— Hm.

Router przed nimi się rozrasta. Sznury opalizujących kul zwijają się w dziwne sploty wokół ukrytego jądra, rozszerzając się i wywracając na lewą stronę jakby w skurczach, wywołujących w całej konstrukcji fale rekomplikacji. Jeden sznur korali bruka czerwona iskierka lasera, nagle rozpala się jaskrawo, śląc dane z powrotem.

— Ach!

— Jest kontakt — mruczy kotka.

Palce Amber, zaciśnięte na poręczach fotela, bieleją.

— Co on mówi?

— Co oni mówią — poprawia Aineko. — To delegacja handlowa, już się tu ściąga. Jeśli chcesz, mogę dać im interfejs do naszych systemów przez tę sieć negocjacyjną, którą nam podesłali.

— Zaraz! — Amber prawie wstaje z nagłego zdenerwowania. — Nie dawaj im żadnego dostępu! Pomyśl trochę! Wrzuć ich do sali tronowej, za parę godzin udzielimy im oficjalnej audiencji. — Waha się. — Ta warstwa sieciowa, którą podesłali. Możesz ją nam udostępnić, dać coś, co by tłumaczyło na ich system gramatyczny?

Kotka się rozgląda, w irytacji tłucze ogonem.

— Lepiej sami sobie załadujcie tę sieć…

— Nie ma mowy. Nikt na tym statku nie będzie puszczał obcego kodu, dopóki go dokładnie nie przejrzymy — mówi z naciskiem Amber. — A w ogóle, to zapuszkować ich w Luwrze, jak najdokładniej, i niech porozumiewają się z nami przez nasz powolny interfejs lingwistyczny. Jasne?

— Jasne — odpowiada gderliwie kotka.

— Delegacja handlowa — myśli głośno Amber. — Jak podszedłby do nich tata?

* * *

W jednej sekundzie jest w barze, gawędzą z Su Ang, duchem Donny Dziennikarki i kopią Borysa; w kolejnej gwałtownie przenosi się w całkiem odmienną przestrzeń.

Rozglądając się po mrocznej, wyłożonej dębem komnacie, zmusza się do opanowania, choć serce niemal koziołkuje mu po klatce piersiowej. To jest bardzo dziwne, na tyle dziwne, że oznacza albo poważny pad systemu, albo wejście w jego domenę z jakimiś przerażająco wysokimi uprawnieniami. Na pokładzie takie ma tylko…

— Pierre?

Stoi za nim, a on odwraca się gniewnie.

— Po co mnie tu zaciągnęłaś? Nie wiesz, że to niekultu…

— Pierre.

Przerywa, patrzy na Amber. Nie potrafi się na nią wściekać, nie twarzą w twarz. Jest rozbrajająco śliczna, choć nie na tyle głupia, by trzepotać rzęsami. Jakaś głęboko ukryta cząstka jego osobowości w jej obecności kurczy się i czuje nieswojo.

— Co jest? — pyta obcesowo.

— Nie wiem czemu mnie unikasz. — Unosi nogę, by zrobić krok ku niemu, potem rezygnuje i zagryza wargę.

Nie rób mi tego! — myśli Pierre.

— Wiesz, że to mnie rani? — pyta Amber.

— Tak. — Takie wyznanie jego też rani. Nad uchem wydziera mu się ojciec, jak wtedy, gdy przyłapał go z Laurentem, starszym bratem; to wybór między nim a Amber, którego wcale nie chce dokonywać. Wstyd. — Ja nie… bo mam z tym parę problemów.

— Chodzi o tę ostatnią noc?

Pierre kiwa głową. Teraz Amber naprawdę robi krok w przód.

— Jeśli chcesz, możemy o tym porozmawiać. Co tylko chcesz — dodaje.

Pochyla się ku niemu, Pierre czuje, jak jego opór topnieje. Wyciąga ręce, tuli ją. Amber obejmuje go, kładzie mu policzek na ramieniu, i to zupełnie nie wydaje się niewłaściwe. Jak coś tak dobrego w ogóle może być złe?

— Źle się z tym czułem — szepcze w jej włosy. — Musiałem sobie wszystko przemyśleć.

— Oj, Pierre. — Głaszcze go po puszku na karku. — Trzeba było powiedzieć. Nie musimy tego tak robić, jeśli ci to nie odpowiada.

Strasznie trudno się przyznać do tego, że wszystkie sposoby mu nie odpowiadają. Jak jej to powiedzieć? Mówić w ogóle?

— Nie porwałaś mnie tutaj, żeby mi to powiedzieć — dyskretnie zmienia temat.

Amber puszcza go, cofa się.

— Co jest? — pyta.

— Coś nie tak? — na pół pyta, na pół stwierdza Pierre. — Nawiązaliśmy może kontakt?

— Taaa. — Amber się krzywi. — W Luwrze siedzi delegacja handlowa obcych. To jest ten problem.