Pierwsza z langust staje w obliczu tronu i przechyla się, żeby wycelować oko w Amber.
— Jestem niespójny — skarży się. — Nie ma płynnego tlenku wodoru, wy-gatunek inaczej reprezentowali w pierwszym kontakcie. Niespójność, wyjaśnić?
— Witamy w ludzkim interfejsie do podróżowania w przestrzeni fizycznej, Wędrownym cyrku — odpowiada spokojnie Amber. — Cieszy mnie, że wasz tłumacz działa wystarczająco dobrze. Macie rację, nie ma tu wody. Kiedy langusty nas odwiedzają, na ogół jej nie potrzebują. A my, ludzie, nie mieszkamy w wodzie. Czy mogę zapytać, kim jesteście, kiedy nie przyoblekacie ciał pożyczonych od langust?
Dezorientacja. Druga langusta staje dęba i szczęka potężnymi pancernymi czułkami. Żołnierze po obu stronach mocniej ściskają piki, lecz skorupiak szybko opada z powrotem.
— My jesteśmy Fajansiści — mówi pierwsza langusta, wyraźnie artykułując słowa. — A to jest odwzorowana na ciało warstwa translacyjna. Na podstawie mapy otrzymanej z waszoprzestrzeni, czterdzieści bilionów kilometrów świetlnych temu?
— To oznacza dwadzieścia lat — szepcze Pierre w prywatny kanał łączący Amber z pozostałymi prawdziwymi ludźmi w sali audiencyjnej. — Pomieszali miary czasu i przestrzeni. Czy to coś sugeruje?
— W sumie niewiele — komentuje ktoś inny. Chandra? Żart spotyka się z odrobiną grzecznego śmiechu i napięcie w sali odrobinę maleje.
— Jesteśmy Fajansiści — powtarza langusta. — Przychodzimy, żeby wymieniać towary. Co chcemy z waszych rzeczy?
Na czole Amber rysują się delikatne zmarszczki. Pierre domyśla się, że myśli teraz bardzo szybko.
— My uważamy to za niekulturalne pytanie — mówi cicho.
Szczęk pazurów na kamiennej podłodze. Szczęk zwieranych szczęk.
— Przyjmujecie nasze tłumaczenie? — pyta przywódca.
— Mówicie o transmisji, którą przesłaliście nam, hm, trzydzieści tysięcy bilionów kilometrów świetlnych temu? — pyta Amber.
Langusta kołysze się na odnóżach w górę i w dół.
— Prawda. Wysłaliśmy.
— Nie możemy zintegrować tej sieci — odpowiada beznamiętnie Amber, a Pierre zmusza się do zachowania pokerowej twarzy. (Wprawdzie langusty jeszcze nie potrafią czytać ludzkiej mowy ciała, ale na pewno wszystko nagrywają do późniejszej analizy). — Pochodzi od zupełnie innego gatunku. Celem naszej podróży było podłączenie naszego gatunku do sieci. Chcemy wymieniać cenne informacje z wieloma innymi gatunkami.
Niepokój, przestrach, ożywienie.
— Nie możecie tego robić! Nie jesteście nieprzetłumaczalna jednostka.
Amber unosi rękę.
— Powiedzieliście „nieprzetłumaczalna jednostka”. Tego nie rozumiem. Możecie to wyrazić inaczej?
— My, tak jak wy, nie jesteśmy nieprzetłumaczalna jednostka. Sieć jest dla nieprzetłumaczalna jednostka. My jesteśmy dla nieprzetłumaczalne pojęcie numer jeden, jak jednokomórkowy organizm wobec nas. Nie możemy z wami, nieprzetłumaczalne pojęcie numer dwa. Próba podjęcia handlu z nieprzetłumaczalna jednostka oznacza narażenie się na śmierć lub przemianę w nieprzetłumaczalne pojęcie numer jeden.
Amber pstryka palcami — czas staje. Królowa popatruje na Su Ang, Pierre’a, innych członków załogi.
— Jakieś opinie?
Aineko, dotąd niewidzialna, siada na dywanie u podnóża tronu.
— Nie jestem pewna. Te makra są tak oznaczane, bo mają coś nie tak z semantyką.
— Nie tak, czyli jak? — pyta Su Ang.
Kotka uśmiecha się tajemniczo i zaczyna niknąć.
— Czekaj! — warczy Amber.
Aineko blednie dalej, ale zostaje po niej drżący cień: nie uśmiech, ale mapa wag sieci neuronowej, trójwymiarowa i w niepojęty sposób skomplikowana.
— „Nieprzetłumaczalna jednostka” odwzorowana na sieć gramatyczną langust zawiera składniki „boga” dociążone atrybutami mistycyzmu i niezrozumiałości w stylu Zen. Ale jestem prawie pewna, że naprawdę oznacza to „zoptymalizowany świadomy transfer, pracujący dużo szybciej niż w czasie rzeczywistym”. Słabo nadludzka istota typu pierwszego, jak, eee… te w naszym układzie. Implikuje to, że ci Fajansiści chcą, żebyśmy postrzegali ich jak bogów. — Uwidacznia się z powrotem. — Ktoś to kupuje?
— Drobne cwaniaczki — mruczy Amber. — Popisują się. Albo używają jakiejś podejrzanej metagramatyki, przez którą wydają się więksi niż są w rzeczywistości, żeby nabrać wieśniaków, którzy dopiero co przyjechali do miasta.
— Najprawdopodobniej. — Aineko odwraca się i zaczyna myć sobie bok.
— I co zrobimy? — pyta Su Ang.
— Zrobimy? — Amber unosi narysowaną ołówkiem brew i błyska uśmiechem, który odejmuje od jej pozornego wieku dobre dziesięć lat. — Namieszamy im w głowach! — Ponownie pstryka palcami i czas rusza. Bez zakłóceń ciągłości, oprócz faktu, że Aineko ciągle siedzi pod tronem. Kotka unosi głowę i rzuca królowej gniewne spojrzenie. — Rozumiemy wasze obawy — mówi gładko Amber — ale my już wam daliśmy modele fizjologiczne i neuroarchitekturę ciał, z których teraz korzystacie. Chcemy się komunikować. Może pokażcie nam swoje prawdziwe twarze albo prawdziwy język?
— To jest język handlowy! — protestuje Langusta Nr 1. — Fajansiści to metabolicznie zróżnicowana koalicja z różnych światów. Bez jednolitego interfejsu. Najłatwiej przestrzegać jednego planu i mówić jednym językiem, zoptymalizowanym dla waszego zrozumienia.
— Hm. — Amber się pochyla. — Czy ja was dobrze rozumiem. Jesteście koalicją osobników z różnych gatunków. Wolicie korzystać z jednolitego modelu interfejsu, który wam wysłaliśmy, i proponujecie nam moduł językowy, z którego korzystacie. Chcecie z nami handlować.
— Wymieniać korzyści — podkreśla Fajansista, kołysząc się na odnóżach. — Mamy wiele! Tożsamości tysiąca cywilizacji. Bezpieczne tunele do stu archiwów na sieci, przystosowanych dla istot niebędących nieprzetłumaczalna jednostka. Zdolność kontrolowania ryzyka komunikacji. Technika manipulowania materią na poziomie molekularnym. Oparte na kwantowym splątaniu rozwiązania iteracyjnych problemów algorytmicznych.
— Staroświecka nanotechnologia i błyszczące koraliki, żeby zaimponować dzikusom — mruczy Pierre na kanale konferencyjnym Amber. — Co oni sobie myślą? Ile według nich jesteśmy do tyłu?
Amber zmusza się do uśmiechu.
— To bardzo interesujące! — świergocze do przedstawicieli Fajansistów. — Mianowałam dwóch przedstawicieli, którzy będą z wami negocjować: to jest nasz wewnętrzny dworski konkurs. Polecam wam Pierre’a Naqeta, mojego prokurenta. Ponadto, możecie zechcieć handlować z Alanem Glashwieczem, niezależnym czynnikiem, aktualnie tu nieobecnym. Jeśli wyrażacie zgodę, w najbliższym czasie mogą się pojawić także inni.
— Cieszymy się — mówi Langusta Nr 1. — Jesteśmy zmęczeni i zdezorientowani długą podróżą przez bramy. Proszę o podjęcie negocjacji później.
— Proszę bardzo. — Amber kiwa głową.
Porządkowy, bezmyślny, ale imponującej postury zimboe, sterowany pajęczą siecią wątków jej osobowości, wygrywa na trąbce ostrą nutę. Pierwsza audiencja zakończona.
Poza stożkiem światła Wędrownego cyrku, po drugiej stronie przestrzennej przepaści między małym, ruchomym królestwem Amber a czeluściami czasu imperialnego, trzymającymi w szponach splątane kwantowo sieci Układu Słonecznego, rodzi się nowa, osobliwa rzeczywistość.
Witamy w momencie najszybszych przemian.
W Układzie Słonecznym żyje około dziesięciu miliardów ludzi, każdy umysł otacza egzokora rozproszonych agentów, wypączkowywanych przez głowę wątków osobowościowych, przetwarzanych na chmurach mgły użytkowej — nieskończenie elastycznych, rzadkich jak aerożel, zasobów komputerowych — w której mieszkają. Głębiny mgły ożywiają iskierki szybkiej transmisji danych: większość ziemskiej biosfery została wciśnięta w watę i zakonserwowana dla przyszłych badań. Na każdego żyjącego człowieka przypada miliard programowych agentów, niosących informacje w najdalsze zakątki przestrzeni adresowej świadomości.