Выбрать главу

— Chyba powinniśmy sprawdzić, jak idzie Pierre’owi — mówi głośno Amber. — Nie pozwolę, żeby go zatruli. — Uśmiech. — To mój obowiązek.

* * *

Donna Dziennikarka jest wszędzie jednocześnie. To przydatna umiejętność, pozwala tworzyć bezstronne relacje — bo można rozmawiać z obiema stronami naraz.

W tej chwili jedna Donna siedzi w barze z Glashwieczem, który ewidentnie nie zdaje sobie sprawy, że może dowolnie modyfikować swój poziom dehydrogenazy alkoholowej, i wskutek tego za chwilę potwornie się nawali. Donna pomaga mu w tym: fascynuje ją obserwowanie tego młodego, zgorzkniałego człowieka, któremu zabrał młodość niekontrolowany proces samoulepszania.

— Jestem pełnoprawnym partnerem — mówi gorzko — w spółce Glashwiecz i Jaźnie. Jestem jedną z Jaźni. Wszystkie jesteśmy partnerami, ale tylko Glashwiecz Pierwszy posiada wpływy. Stary kutafon! Gdybym wiedział, że, kiedy dorosnę, stanę się czymś takim, to uciekłbym do jakiejś hipisowskiej komuny antyglobalistycznej. — Opróżnia szklankę, popisując się laryngologiczną zręcznością, i pstryknięciem palców zamawia kolejną. — Po prostu obudziłem się któregoś ranka i odkryłem, że wskrzesił mnie mój starszy sobowtór. Powiedział, że ceni moją młodzieńczą energię i optymizm, po czym zaproponował mi mniejszościowy pakiet, opcje zbywalne dopiero za pięć lat. Kutas.

— Opowiedz mi o tym — namawia go współczującym tonem Donna. — Siedzimy tutaj, samotni wśród idiopatycznych postaci, ani jednego multipleksa…

— Proste jak cholera. — W rękach Glashwiecza pojawia się kolejna butelka buda. — W jednej chwili stoję w tym paryskim mieszkaniu, totalnie upokorzony przez przebranego za babę komucha nazwiskiem Macx i jego oślizłą francuską dziwkę-menedżerkę, w następnej jestem na dywanie przed biurkiem mojego alter ego, który proponuje mi stanowisko młodszego partnera. Jest siedemnaście lat później, wszystkie te cudactwa, które wymyślał Macx, są standardem w biznesie, a w sali obok siedzi mnie sześciu i zbiera materiały, bo ten gość, ja w roli starszego partnera, nie ufa i nie chce współpracować z nikim innym. Poniżające i tyle.

— I dlatego znalazłeś się tutaj. — Donna odczekuje, aż Glashwiecz pociągnie z butelki potężny łyk.

— Tak. Zaręczam ci, że to lepsze niż pracować dla samego siebie — to zupełnie nie przypomina samozatrudnienia. Zdarza ci się czasami zdystansować od pracy? Wierz mi, to naprawdę bardzo nieprzyjemne, kiedy patrzysz z zewnątrz na siebie samego, mającego pół gigasekundy więcej doświadczenia, i ten nowy ty ma nie tylko dystans do klienta, ma dystans do ciebie-ciebie. Dlatego poszedłem do college’u, obryłem się z praw i etyki sztucznej inteligencji, regulacji dotyczących transferów osobowości i rekurencyjnych wykroczeń. Potem sam się zgłosiłem, że chcę tu pojechać. Ona cały czas jest jego klientką, więc myślałem… — Glashwiecz wzrusza ramionami.

— A któryś delta-ty się nie sprzeciwił? — pyta Donna, wypączkowując duchy, żeby obserwowały go ze wszystkich stron.

Przez chwilę zastanawia się, czy mądrze zrobiła. Glashwiecz jest niebezpieczny — władza, którą ma nad matką Amber, fakt, że może wykręcić jej rękę i zmusić do poszerzenia swojego pełnomocnictwa, sugeruje mroczne tajemnice. Może za tymi uporczywymi pozwami kryje się coś więcej niż tylko prozaiczna rodzinna waśń?

Twarz Glashwiecza stanowi studium perspektywy.

— No, jeden-jedna tak — mówi lekceważącym tonem. Któryś z punktów widzenia Donny dostrzega pogardliwy skurcz policzka. — Zamknąłem ją w mojej zamrażarce. Nim ktoś zauważy, minie trochę czasu. To nie morderstwo — bo ja nadal tu jestem, prawda? — a sam na siebie przecież nie doniosę. Chyba. Zresztą, nawet gdybym to zrobił, proces byłby lewostronnie rekurencyjny.

— No a ci obcy — podpowiada Donna — i rozstrzygnięcie w pojedynku? Co o tym sądzisz?

Glashwiecz uśmiecha się szyderczo.

— Mała dziwka-królówka idzie w ślady ojca, nie? Też niezła z niej menda. Ten filtr doboru konkurencyjnego, jaki sobie wymyśliła, to wredna sprawa — jeśli będzie go utrzymywać zbyt długo, upośledzi jej społeczeństwo — ale na krótką metę zapewnia wielką przewagę. Chce, żebym grał w ten handel o własne życie i nie wolno mi złożyć formalnego pozwu przeciwko niej, dopóki nie pokonam tego jej ukochanego maklerka, tego żula z Marsylii. Tak? Tylko że ona nie wie, że mam przewagę. Uwaga, zdradzam tajemnicę. — Po pijacku przechyla butelkę. — Rozumiesz, znam tę kotkę. Tę z brązową „małpą” na boku, nie? Kiedyś należała do tej mendy, tatusia naszej królówki, Manfreda. Zobaczysz. W tej sprawie moją klientką jest jej mamusia, Pamela, była żona Manfreda. I ona dała mi klucze dostępowe do tej kotki. Hasła. (Czknięcie). Wezmę ją za łeb i wyciągnę z mózgu tę cholerną warstwę translacyjną ukradzioną gościom z CETI@home. I wtedy sobie z nimi pogadam. — Pijany adwokat, ofiara szoku przyszłości, dopiero się rozkręca. — Zdobędę ich gówno i zdezasembluję je. Dezasemblacja to przyszłość przemysłu, wiesz?

— Dezasemblacja? — pyta reporterka, za maską obiektywizmu obserwująca go z pełną obrzydzenia fascynacją.

— No tak. Powstaje osobliwość, a z tego wynika nierównowaga. A jak gdzieś jest nierównowaga, zawsze ktoś może się dorobić na rozmontowywaniu resztek. Znałem kiedyś takiego ekono-ekonomistę, taki miał zawód. Pracował dla eurounii, miał fetysz na punkcie gumy. Powiezzział mi o takiej fabrysse koło Barselony. Mieli w niej linię do demontażu. Na jednym końcu wjeżdżały barso drogie serwery. Rozpakowywali je. Potem rozbierali obudowy, wyciągali dyski, procesory, pamięci, wszystkie te bebechy. Wszystko ładnie do woreczków. Pudełko i resztki won, bo gówno warte. Chodzi o to, że producent liczył sobie tyle za części, że opłacało się kupować całe maszyny i rozbierać je. Na śrubki. I wszystkie śrubki sprzedać. Kurna, dostali nawet jakąś nagrodę dla przedsiębiorców, za pomysłowość! Bo wiedzieli, że dezasemblacja to fala przyszłości.

— I co dalej z tą fabryką? — pyta Donna, nie mogąc oderwać odeń oczu.

Glashwiecz macha pustą butelką ku rozciągającemu się na suficie gwiezdnemu łukowi.

— Kogo to, kurwa, obchodzi? Zamknęli się jakieś (czknięcie) dziesięć lat temu. Prawo Moore’a doszło do ściany, cały rynek zdechł. Ale dezasemblacja, taki taśmowy kanibalizm, to dalej świetna opcja. Nowe życie dla starych produktów. Masa kasy. — Szczerzy się, oczy ma zamglone chciwością. — Tak zrobię z tymi kosmicznymi langustami. Nauczę się ich języka i nawet się nie obejrzą jak ich załatwię.

* * *

Maleńki stateczek dryfuje na wysokiej orbicie nad atmosferą jak mętna, brunatna zupa. Jest pyłkiem uwięzionym głęboko w studni grawitacyjnej Hyundaia+4904/-56, pomiędzy dwoma źródłami światła: jaskrawym szafirowym spojrzeniem laserów napędowych Amber z orbity Jowisza a szmaragdowym obłędem samego routera, hipertoroida utkanego z materii osobliwej.

Mostek Wędrownego cyrku jest teraz w stałym użytku jako miejsce spotkań umysłów mających do niego dostęp. Pierre spędza na nim coraz więcej czasu, uznał bowiem, że to wygodne miejsce do szlifowania swoich kampanii handlowych i makr arbitrażowych. W chwili, gdy Donna zajmuje się krytykowaniem strategii prawnika-multipleksa, siedzi tu w neomorficznej postaci — sześcioręki, dwugłowy zarys ludzkiej postaci z żywego srebra, przepatrujący z nieludzką szybkością tensorowe mapy gęstości transmisji informacji w bezpośrednim otoczeniu zbitki nagich osobliwości w centrum routera.