Na tyle mostka coś migoce pustką, a potem dostrzega Su Ang, która jest tam od zawsze. Przez minutę przygląda mu się w kontemplacyjnym milczeniu.
— Masz chwilę?
Pierre się nakłada. Jeden duch-cień dalej skupia się na pulpicie, inna instancja odwraca się, krzyżuje ręce i czeka, co powie.
— Wiem, że jesteś zajęty… — zaczyna. — Czy to aż takie ważne?
— Tak. — Pierre rozmazuje się, resynchronizując wcielenia. — Ten router, wiesz, że od niego odchodzą cztery tunele? Każdy z nich promieniuje, jakby miał temperaturę około 1011 kelwinów, wszystkie długości fal niosą multipleksowane transmisje danych, ale może też coś więcej — nagłówki pakietów wykazują pewne cechy samopodobieństwa. Wiesz, ile to danych? Mniej więcej 1012, tyle co nasze wysokoprzepustowe łącze do domu. Ale w porównaniu z tym, co jest po drugiej stronie tuneli… — Kręci głową.
— Jeszcze więcej?
— Niewyobrażalnie więcej! Tunele są powolne w porównaniu z umysłami, do których są podpięte. — Znów się rozmazuje, niezdolny znieruchomieć, nie mogąc odwrócić wzroku od pulpitu. Wzburzenie to czy ekscytacja? Trudno powiedzieć. U Pierre’a te dwa stany są czasem nie do odróżnienia. Łatwo się nakręca. — Mamy chyba, w zarysie, rozwiązanie paradoksu Fermiego. Transcendenty nie podróżują, bo mają za mało pasma — próba migracji przez taki tunel byłaby jak próba wgrania naszego mózgu muszce owocowej; jeśli są tacy, jak myślę… a ścieżka podświetlna też odpada, bo nie mogliby zabrać ze sobą wystarczającej ilości komputronium. Chyba że…
I znów się wyłącza. Ale zanim zdąży się rozmazać, Ang przysuwa się i kładzie mu dłonie na ramionach.
— Pierre, uspokój się. Wyłącz na trochę. Uspokój.
— Ale nie mogę! — Teraz widzi, że naprawdę jest nakręcony. — Muszę ustalić najlepszą strategię handlową, żeby Amber nie była już na celowniku tego pozwu, a potem powiedzieć jej, żeby nas stąd zabrała; tak blisko routera jest bardzo niebezpiecznie! Fajansiści to przy tym pikuś.
— Przestań.
Wstrzymuje swe wielokrotne osobowości, zbiega się do jednej, skupionej tu i teraz.
— Słucham?
— Teraz lepiej. — Obchodzi go powoli. — Musisz nauczyć się jakoś kulturalniej radzić sobie ze stresem.
— Stresem! — prycha Pierre. Potem wzrusza ramionami, przy trzech kompletach łopatek to robi wrażenie. — To akurat mogę wyłączyć, kiedy tylko zechcę. Efekt uboczny egzystencji; jesteśmy jak świnie w cyberkosmosie, tarzamy się w cielesnych symulacjach, ale na surowo nowego środowiska łyknąć nie jesteśmy w stanie. Co chciałaś ode mnie? Szczerze. Bo jestem bardzo zajęty. Muszę zorganizować sieć handlową.
— Mamy problem z Fajansistami, mimo że sądzisz, że tam grozi nam coś poważniejszego — wyjaśnia cierpliwie Ang. — Borys ma ich za pasożyty grające w grę o ujemnej sumie, napadające na takie świeżynki, jak my. Glashwiecz, jak się zdaje, chce coś z nimi ugrać. Amber sugeruje, żeby kompletnie ich wyciąć, nie zwracać na nich uwagi i spróbować pogadać z kimś innym, z kimkolwiek, kto zechce słuchać.
— Ktokolwiek zechce słuchać, jasne — powtarza ze znużeniem Pierre. — Jakieś jeszcze skarby koronnej mądrości?
Ang zaczerpuje tchu. Zauważa, że facet jest po prostu denerwujący. Co gorsza, sam tego nie dostrzega. Denerwujący, ale uroczy.
— Czyli organizujesz sieć handlową, tak?
— Tak. Standardową sieć niezależnych spółek, reprezentowanych przez automaty komórkowe w środowisku pakietowych usług prawnych Imperium Pierścienia. — Pierre lekko się rozluźnia. — Każda ma dostęp do oddzielnego fragmentu własności intelektualnej i może korzystać z poprawionego analizatora składniowego, który dostaliśmy od tej kotki. Są skonfigurowane do komunikacji z taką tabelą ofert — bazarem — i właśnie otwieram łącze z routerem, żeby rozgłosić wszystkim jego istnienie. Handel… — Na jego czole wykwita bruzda. — W tej sieci istnieją co najmniej dwa różne standardy walut, używane do kupowania pasma przenoszenia i priorytetu w obsłudze twoich pakietów. Ich wartość maleje wraz z odległością, jakby cała konstrukcja miała stymulować rozwój dalekosiężnych łączy sieciowych. Jeśli dobiorę się do tego pierwszy, a Glashwiecz będzie próbował mnie podgryźć, oferując wartość intelektualną po niższych cenach…
— Nie będzie, Pierre — mówi Ang łagodnie. — Posłuchaj, co mówię: Glashwiecz skupi się na Fajansistach. Wejdzie z nimi w jakiś układ. Amber chce, żebyś ich ignorował. Rozumiesz?
— Rozumiem. — Jeden z dzwonów komunikacyjnych wydaje głuche brzęknięcie. — O, zaraz, to ciekawe.
— Co ciekawe? — Ang wyciąga szyję, żeby dostrzec okno na rzeczywistość, które wykluło się znikąd tuż przed Pierrem.
— Potwierdzenie z… — Pierre wyciąga z ekranu elegancko zmaterializowaną ideę i pokazuje jej w kuli srebrnego światła -…odległości dwustu lat świetlnych! Ktoś chce pogadać. — Uśmiecha się. Pulpit podzwania jeszcze raz. — Znów odpowiada. Zastanawia mnie, co to znaczy.
Puszczenie drugiej wiadomości przez translator to kwestia chwili. Tylko że on przez chwilę nie chce działać. Zanim odezwie się ludzkim głosem, Pierre musi skorygować jakieś dziwne, niszczące wszystko zakłócenia w sieci fałszywych langust.
— Ciekawe.
— No, myślę. — Szyja Ang wraca do normalnej postaci. — Lepiej powiem Amber.
— Powiedz — mówi bez przekonania Pierre. Nawiązują kontakt wzrokowy, lecz Ang nie widzi w jego oczach tego, na co liczyła. On pokazuje wszystkie emocje. — Nie dziwi mnie, że ich translator nie chciał przekazać tej wiadomości.
— Ta gramatyka jest celowo zaburzona — mruczy Ang i pędzi ku komnacie audiencyjnej Amber — więc właściwie oni nam grożą. Wydaje się, że Fajansiści gdzieś po drodze zyskali sobie bardzo złą reputację — i Amber musi o tym wiedzieć.
Glashwiecz pochyla się ku Languście Nr 1, żołądek podchodzi mu do gardła. W czasie rzeczywistym od wywiadu w barze minęła ledwie kilosekunda, lecz w swoim subiektywnym zdążył już zlikwidować kaca, doszlifować ofertę. Postanowił działać. W Tuileriach.
— Oszukano was — mówi półgłosem, wierząc w furtki prywatności, które uzyskał, zastraszając matkę Amber. Dostępy dające mu pewien poziom kontroli nad władzą tego wirtualnego świata, do którego zaciągnęła go kotka.
— Oszukano? Kontekst wypłaszczony w przeszłości czy poddany gramatycznym zniekształceniom? Lingwistyczne zło?
— To ostatnie. — Glashwiecz jest zadowolony, choć musi przez to podejść bliżej do dwumetrowego wirtualnego skorupiaka, a wolałby tego nie robić. Pokazanie ofierze, że ktoś ją oszukał, to zawsze znakomity ruch, zwłaszcza gdy dysponuje się kluczami do klatki, w której jest zamknięta. — Oni nie mówią wam prawdy o tym systemie.
— Otrzymaliśmy gwarancje — mówi wyraźnie Langusta Nr 1. Jej żuwaczki poruszają się bez przerwy, głos dochodzi gdzieś ze środka głowy. — Ty masz inny fenotyp. Dlaczego?
— Za tę informację musicie zapłacić — mówi Glashwiecz. — Mogę sprzedać wam ją na kredyt.
Targują się krótko. Ustalany jest kurs wymiany pytań oraz metryka zaufania, według której można oceniać odpowiedzi.
— Ujawnić wszystko — nalega Fajansista-negocjator.
— W naszym świecie jest wiele rozumnych gatunków — odpowiada prawnik. — Kształt, który przybraliście, należy tylko do jednego z nich — do gatunku chcącego odróżnić się kształtem od mojego. Bo mój pierwszy osiągnął etap tworzenia narzędzi. Obecnie niektóre z gatunków są sztuczne, ale wszystkie uzyskują korzyści z wymiany informacji.