— Dobrze wiedzieć — zapewnia go langusta. — My chętnie kupujemy gatunki.
— Kupujecie gatunki? — Glashwiecz przekrzywia głowę.
— Mamy niepohamowane pragnienie zostania kimś, kim nie jesteśmy — mówi langusta. — Nowości, niespodzianki! Białko gnije, drewno się rozkłada. A my szukamy u obcych innego typu istnienia. Daj nam swój somatotyp i wszystkie swoje myśli, będziemy mogli ciebie śnić.
— Myślę, że coś da się załatwić — ustępuje Glashwiecz. — Czyli chcecie być, a nie: wydzierżawić sobie prawo do tymczasowej zmiany w ludzi? Dlaczego?
— Nieprzetłumaczalne pojęcie numer trzy oznacza nieprzetłumaczalne pojęcie numer cztery. Bóg nam tak powiedział.
— Dobrze, czyli muszę na razie przyjąć to na wiarę? Jak wy naprawdę wyglądacie?
— Poczekaj, zaraz ci pokażę — odpowiada langusta. Zaczyna się trząść.
— Co robisz…
— Chwilę. — Langusta drży, delikatnie się wijąc, jak tęgi biznesmen poprawiający garderobę po obfitym służbowym obiedzie. Pod grubym, chitynowym pancerzem przesuwają się ledwie widoczne niepokojące kształty. — Musisz nam pomóc — wyjaśnia osobliwie stłumionym głosem. — Chcesz nawiązać bezpośrednie łącza handlowe. Fizycznych wysłanników, tak?
— Tak, bardzo proszę. — Podekscytowany Glashwiecz zgadza się. Dokładnie na to liczył: upragniona przewaga konkurencyjna, która udowodni jego sprawność w zasądzonym przez Amber korporacyjnym pojedynku. — Będziecie handlować z nami bezpośrednio, z pominięciem tego interfejsu?
— Zgadzam się. — Langusta milknie; ze skorupy dobiega ciche chrupanie. Wtem Glashwiecz słyszy za sobą chrzęst żwiru. Kroki.
— Co ty tu robisz? — pyta, odwracając się.
To Pierre, z powrotem w standardowej ludzkiej postaci — u pasa ma miecz, a w dłoniach ogromny pistolet z zamkiem kołowym.
— Ej!
— Proszę odsunąć się od obcego — ostrzega Pierre, unosząc broń.
Glashwiecz zerka z powrotem na Langustę Nr 1. Wciągnęła głowę pod pancerz i wije się, kołysząc niebezpiecznie na boki. Pod skorupą coś zaczyna czernieć, nabierając intensywności i faktury.
— Jako pełnomocnik prawny tego oto obcego, stanowczo protestuję…
Langusta bez ostrzeżenia szarżuje i staje na tylnych odnóżach. Wyciąga potężne szczypce oraz pokryte ostrymi rzęskami szczękonóża i łapie prawnika za ramiona.
— Ej! — woła Glashwiecz i próbuje zrobić unik, ale langusta już wisi nad nim, wysuwając z głowy żuwaczki i szczękonóżki.
Obrzydliwe chrupnięcie w stawie łokciowym, zwierające się szczęki szczękonóża miażdżą kość ramieniową. Mężczyzna zaczerpuje tchu do krzyku, a wtedy cztery małe szczęki chwytają go za głowę i wciągają między poruszające się żuwaczki.
Pierre odskakuje w bok, próbując znaleźć linię ognia, która nie przechodziłaby przez ciało prawnika. Langusta mu nie pomaga: kręci się w miejscu, przyciskając do siebie targane konwulsjami zwłoki. Śmierdzi gównem, z aparatu gębowego tryska krew. Coś tu jest nie tak z modelem biofizycznym, realizm podkręcony o wiele bardziej niż zwykle.
— Merde — szepcze Pierre. Walczy z ciężkim spustem, coś delikatnie warczy, ale huk się nie rozlega.
Natomiast nieco dalej rozlega się mokre chrupanie: langusta rozprawia się z twarzą prawnika i przełyka konwulsyjnie, wsysając głowę i ramiona do mielca.
Pierre zerka na potężny pistolet.
— Cholera! — krzyczy.
Patrzy z powrotem na langustę, potem odwraca się i biegnie do najbliższego muru. Po ogrodzie dla gości chodzą sobie wolno inne langusty.
— Amber, alarm! — śle prywatnym kanałem Pierre. — Wróg w Luwrze!
Langusta, która pożarła Glashwiecza, opada nad ciałem na wszystkie odnóża i dygoce. Pierre desperacko odciąga kurek broni, zbyt zszokowany, by sprawdzić, czy jest nabita.
— Naciągnęli model biofizyczny — wysyła.
Mógłbym tu zginąć, uświadamia sobie wstrząśnięty. Ta instancja mnie mogłaby umrzeć na zawsze.
Pancerz, w kałuży krwi i strzępów ludzkiego ciała, rozpęka się na pół. Wychodzi z niego, prostując się, bladoskóra i lśniąca wilgotno ludzka sylwetka: puste błękitne oczy zerkają na boki, postać przeciąga się i staje prosto, niepewnie stąpając na dwóch niestabilnych nogach. Otwiera usta, wydobywa się z nich dziwny bulgotliwy syk.
Pierre ją zna.
— Co ty tu robisz?!
Naga kobieta odwraca się do niego. Jest podobna do matki Amber jak dwie krople wody, nie licząc szczękonóży zamiast dłoni.
— Udziały! — syczy i chwiejnie postępuje ku niemu, szczękając szczypcami.
Pierre jeszcze raz napina sprężynę. Huk prochu, dym, odrzut niemal wykręca mu łokieć, z piersi nagiej kobiety wytryska fontanna krwi. Warczy nieartykułowanie i potyka się — wtem strzępy zakrwawionego mięsa zwierają się z powrotem i nieprawdopodobnie szybko zasklepiają. Atakuje dalej.
— A mówiłem Amber, że łatwiej byłoby się bronić w Matriksie — klnie Pierre, rzucając pistolet i dobywając miecza, gdy obcy odwraca się ku niemu i unosi zakończone szczypcami ramiona. — Broni! Dużo broni.
— Dawaj udziały! — syczy najeźdźca z kosmosu.
— Ty nie możesz być Pamelą Macx — mówi Pierre, oparty plecami o ścianę, czubkiem miecza celując w kobietę-langustę. — Ona jest w jakimś klasztorze w Armenii, czy jakoś tak. Wyciągnęłaś to z pamięci Glashwiecza. Pracował dla niej, prawda?
Kleszcze ciach-ciachają mu przed twarzą.
— Udziały w inwestycji! — skrzeczy wiedźma. — Miejsce w zarządzie! Mózgi na śniadanie! — Szarżuje w bok, próbując ominąć miecz.
— Niemożliwe, kurwa! — wścieka się Pierre.
Fajansista atakuje w złym momencie, nadziewając się na klingę miecza, szczypce szczękają łapczywie. Pierre usuwa się w bok, omal nie zostawiając skóry na chropowatych cegłach — biofizyka działa dla wszystkich tak samo, zmanipulowany model każe napastniczce zwalić się z jękiem na ziemię.
Potem wyciąga miecz i nerwowo oglądając się przez ramię, tnie ją w szyję. Od wstrząsu prawie odpada mu ramię, ale rąbie dalej, aż wszędzie tryska krew — na kikucie odciętej szyi tkwi coś okrągłego, nieubłaganie, bezgłośnie poruszając szczęką.
Patrzy na to przez chwilę, później buntuje mu się żołądek i próbuje wypluć zawartość na pobojowisko.
— Gdzie się, kurwa, wszyscy podziali?! — wrzeszczy na prywatnym kanale. — Wróg w Luwrze!
Prostuje się, łapie oddech. Czuje się żywy, przerażony, pełen obrzydzenia i rozradowany jednocześnie. Łoskot eksplodujących ze wszystkich stron pancerzy tłumi śpiew ptaków — to wysłannicy Fajansistów przybierają nowe, zapewne groźniejsze formy.
— Chyba niespecjalnie mają pojęcie, jak się przejmuje symulowaną przestrzeń — dodaje. — Może dla nich już jesteśmy nieprzetłumaczalnym pojęciem numer jeden.
— Nie bój się, odcięłam połączenie przychodzące — śle Su Ang. — To tylko grupa szturmowa; pakiety z resztą inwazji są filtrowane.
Ze skorup langust wykluwają się mężczyźni i kobiety o oczach bez wyrazu, ubrani w zakurzone czarne mundury. Potykają się i biegają bez ładu po ogrodach królewskiego pałacu, jak zdezorientowani hugenoccy intruzi.
Borys migoce i pojawia się w rzeczywistości za plecami Pierre’a.
— Dokąd? — pyta, wyciągając anachroniczną, ale śmiercionośną katanę.
— Tam. Załatwimy to razem.
Pierre niebezpiecznie mocno podkręca sobie tłumik emocjonalny, likwidując naturalny odruch odrazy, zamieniając się tymczasowo w socjopatycznego zabójcę. Podchodzi do kwilącego na grządce z różami młodego langustopodobnego stworzenia o wielkich czarnych oczach, pokrytego białymi włoskami. Borys odwraca wzrok, gdy Pierre je zabija. Potem jeden z większych popełnia błąd, szarżując na Borysa, który odruchowo tnie mieczem.