Выбрать главу

Niektórzy Fajansiści próbują walczyć z zabijającymi je Pierre’em i Borysem, ale utrudnia im to sama anatomia, ludzko-languścia hybryda, szczypce i szczęki przeciwko mieczom i sztyletom. Gdy krwawią, ziemia nasiąka miedzianym odcieniem ich soków.

— Powielmy się — proponuje Borys. — Skończmy to.

Pierre tępo kiwa głową. Wszystko wokół spowija półprzejrzysta warstwa obojętności, oprócz rozżarzonego punkcika sztucznej nienawiści — rozgałęziają się, mnożąc swoje wektory stanu, by w pełni wykorzystać możliwości wirtualizacyjne tego świata. Posiłków już nie potrzeba: Fajansiści skupili się na ataku na biofizyczny model wszechświata, każąc mu jak najdokładniej naśladować fizyczną rzeczywistość, ale przeoczyli bardziej zaawansowane techniki, które umożliwia wojna w wirtualnej przestrzeni.

Teraz Pierre znajduje się w sali audiencyjnej, z twarzą, rękoma i ubraniem unurzanymi w obrzydliwej krwi opiera się o tył tronu Amber. Jest go tylko jeden. Jeden z Borysów — może jedyny? — stoi pod drzwiami. Prawie nie pamięta, co się działo — górnoprzepustowy filtr traumatyczny nie wpuszcza do pamięci długoterminowej okropności z równoległych instancji masowego morderstwa.

— Chyba czysto! — woła. — Co teraz?

— Czekamy, niech pojawi się Katarzyna Medycejska — mówi kotka. Jej uśmiech materializuje się przed nim jak widmowa groźba. — Amber zawsze znajdzie sposób, żeby o wszystko obwinić matkę. Co, może tego nie wiedziałeś?

Pierre zerka na krwawe pobojowisko na ścieżce na zewnątrz, gdzie Glashwiecza napadła pierwsza kobieta-langusta.

— Chyba już mamy ją z głowy. — Pamięta tę akcję w trzeciej osobie, z wyciętym wszystkim co subiektywne. — Niesamowite podobieństwo — powtarza wątek, który wciąż ma ją w pamięci operacyjnej. — Mam nadzieję, że tylko powierzchowne. — Potem na zawsze zapomina to wirtualne morderstwo. — Powiedz królowej, że już mogę rozmawiać.

* * *

Witamy na opadającym zboczu po drugiej stronie krzywej szybkości postępu.

Daleko w Układzie Słonecznym orbita Ziemi biegnie przez pylisty tunel w przestrzeni. Do macierzystej planety wciąż dociera blask Słońca, w większości łapany przez coraz większe, koncentryczne sfery komputronium zbudowanego z resztek wewnętrznych planet.

Mniej więcej dwa miliardy przeważnie niemodyfikowanych ludzi wegetuje na ruinach przejścia fazowego, nie rozumiejąc, dlaczego olbrzymia superkultura, której tak nienawidzili, nagle ucichła. Przez ich fundamentalistyczne firewalle przenika niewiele informacji, ale nawet te strzępy odmalowują niepokojący obraz społeczeństwa, w którym nie ma już ciał. Niesione wiatrem obłoki narzędziowej mgiełki tworzą większe od cyklonów wieże aerożelu, usuwające z większości wybrzeży Europy i Ameryki Północnej ostatnie pozostałości fizycznej ludzkiej cywilizacji. Resztki tulą się do siebie za murami enklaw, dziwując się potworom i zwiastunom ukazującym się na ruinach postindustrialnej cywilizacji, mylnie biorąc przyśpieszenie za upadek.

Rozmyte chmury komputronium, koncentryczne obłoki nanokomputerów wielkości ziaren ryżu, otaczające Słońce pierścieniami, zasilane jego energią i orbitujące warstwami ułożonymi gęsto jak w matrioszce, są wciąż niedojrzałe i zawierają zaledwie jedną tysięczną fizycznej planetarnej masy Układu, a jednak dochodzą do klasycznego progu gęstości obliczeniowej, 1042 MIPS-ów, czyli dość, by obsłużyć miliard cywilizacji równie skomplikowanych, jak ta, która istniała przed Wielkim Demontażem. Przemiana nie sięgnęła jeszcze gazowych olbrzymów, parę enklaw na rubieżach Układu zachowuje niezależność — Imperium Pierścienia Amber wciąż jest niepodległym bytem i jeszcze przez parę lat będzie — lecz wewnętrzne planety, z wyjątkiem Ziemi, zostały już skolonizowane znacznie dokładniej, niż wyobrażało to sobie NASA w zakurzonych wizjach z początku ery kosmicznej.

Spoza Akceleracji nie da się w zasadzie zorientować, co się dzieje w środku. Nie pozwala na to szybkość transmisji: o ile można wysyłać dane w obie strony, o tyle olbrzymia liczba operacji odbywających się w jej wirtualnych światach przytłoczyłaby każdego zewnętrznego obserwatora. W środku roju umysły bilion lub więcej razy bardziej złożone od całej ludzkości myślą o ideach przerastających ludzką wyobraźnię tak dalece, jak mikroprocesor pojmowanie nicienia. W światobrazach upchniętych w zakamarki tego świata-umysłu rozkwita milion przypadkowych ludzkich cywilizacji. Śmierć nie obowiązuje, triumfuje życie. Kwitnie tysiąc ideologii, ludzka natura przystosowała się do tego, tam gdzie było trzeba. Kambryjska eksplozja idei tworzy ekologie myśli, gdyż Układ Słoneczny nareszcie zyskuje świadomość, myśl wreszcie wyzbywa się ograniczeń nędznych kiloton szarego tłustego mięcha pochowanego w kruchych ludzkich czaszkach.

Gdzieś w głębi Akceleracji bezbarwne zielone myśli pogrążone we wściekłym śnie pamiętają o wypuszczonym lata temu maleńkim stateczku i bacznie go obserwują. Niebawem, uświadamiają sobie, stateczek będzie mógł zadziałać jako ich pełnomocnik w toczonej od wieków rozmowie. Zaczynają się negocjacje o dostęp do pozaukładowego skarbu Amber; Imperium Pierścienia rozkwita, przynajmniej na chwilę.

Najpierw jednak trzeba będzie unowocześnić oprogramowanie po ludzkiej stronie tego połączenia sieciowego.

* * *

W sali audiencyjnej Wędrownego cyrku zrobiło się tłoczno. Obecna jest cała załoga, z wyjątkiem wciąż zamrożonego prawnika i obcych najeźdźców-barbarzyńców. Właśnie skończyli przeglądać nagrania zajść w Tuileriach, fatalnej w skutkach ostatniej rozmowy Glashwiecza z Fajansistami, późniejszej walki o przetrwanie. Pora podjąć decyzje.

— Nie powiedziałam, że musicie iść ze mną — mówi Amber, zwracając się do dworu. — Ale według mnie przybyliśmy tu wszyscy właśnie po to. Ustaliliśmy, że pasma wystarczy, żeby przesyłać ludzi i niezbędne do ich obsługi maszyny wirtualne, spodziewamy się rozsądnego poziomu dobrej woli po drugiej stronie, a przynajmniej agalmicznej chęci podzielenia się z nami radami dotyczącymi braku zaufania dla Fajansistów. Ja proponuję, że się skopiuję i zobaczę, co jest po drugiej stronie tunelu. Co więcej, po tej stronie się spauzuję i przejdę w tę instancję, która wróci, o ile nie będzie zbyt długiej zwłoki. Jak długiej, jeszcze nie postanowiłam. Kto ze mną?

Pierre staje za tronem, z rękoma na oparciu. Patrzy nad głową Amber, na kota na jej kolanach, widzi, jak mruży oczy, spoglądając na niego.

Ciekawe, myśli, zastanawiamy się, czy przeskoczyć na drugą stronę króliczej nory i powierzyć nasze osobowości komuś, kto tam mieszka. Po spotkaniu z Fajansistami. Przecież to głupota.

— Wybacz, proszę, ale nie jestem idiotą — mówi Borys. — Jesteśmy na terenie paradoksu Fermiego, tak? Mamy sieć o natychmiastowym transferze, możliwą do przejścia i zapewniającą pasmo na przesyłanie umysłów odpowiadających ludzkim. No to gdzie mamy w historii odwiedziny obcych? Musi być jakiś nadrzędny powód ich nieobecności. Ja bym tu zaczekał i zobaczył, co wróci. A potem ewentualnie łyknął ich pigułę albo nie.

— Ja mogę przesłać pół mózgu na drugą stronę, bez kopii zapasowej — mówi ktoś inny. Zresztą pasma i tak wystarczy tylko na pół mózgu.

Wszyscy śmieją się bez przekonania, co tylko utwierdza go w słabnącym uporze.

— Popieram Borysa — mówi Su Ang. Zerka na Pierre’a, wyłapuje jego wzrok.