Выбрать главу

Starsza kobieta celuje w nią jednorazowym telefonem i coś odkrzykuje. Amber puszcza się biegiem. W brzuchu już czuje drgania emitowanych przez torbę infradźwięków — jeśli jej zaraz nie dogoni, torba urządzi scenę. Klienci rozpraszają się, kobieta z wózkiem, uciekając, o mało jej nie rozjeżdża.

Zanim Amber dociera do przerażonej torby, złodziejowi udaje się ulotnić. Przez prawie minutę musi ją głaskać, żeby przestała wrzeszczeć i schowała kolce, dając się podnieść. Do tego czasu pojawia się już robocop.

— Dokumenty proszę — rzęzi syntetyczną angielszczyzną.

Amber w przerażeniu patrzy na torbę: w boku zieje wielka dziura, a całość jest o wiele za lekka. Nie ma go, myśli zrozpaczona. Ukradł go.

— Pomocy — mówi słabym głosem, pokazując torbę zdalnemu policjantowi, patrzącemu oczyma robota. — Okradziono mnie.

— Co zginęło? — pyta robot.

— Mój Hello Kitty — mówi, trzepocąc rzęsami. Kłamliwość puszczona na pełne obroty, sumienie pod obcas, ostrzeżone o poważnych konsekwencjach, gdyby policja odkryła prawdziwą naturę kotka. — Ukradli mi kotka! Może mi pan pomóc?

— Z pewnością — odpowiada gliniarz, kładąc jej na ramieniu uspokajającym gestem dłoń, która zamienia się w stalową obrączkę, gdy wpycha ją do furgonetki i sztywnym, oficjalnym językiem informuje, że jest aresztowana pod zarzutem kradzieży sklepowych, a w celu udowodnienia niewinności musi w pełni współpracować podczas audytu wszystkich posiadanych rzeczy.

Do czasu, gdy białkowy mózg Amber zdał sobie sprawę, że został grzecznie aresztowany, niektóre zewnętrzne wątki już się rozdarły, wołając o pomoc, a systemy śledzenia mobilnego handlu zidentyfikowały komisariat, na który ją wiozą dzięki śladom w logach kliknięć i pomocnemu menedżerowi licencji software’owych. Wypączkowują agenty mające powiadomić członków Franklinów, Amnesty International, Partię Kosmosu i Wolności oraz prawników ojca. Gdy policjantka w średnim wieku pakuje ją do wiśniowo-turkusowego aresztu dla młodocianych przestępców, w dyżurce dzwonią już telefony z pytaniami od prawników, dostawców fast foodów oraz pewnego wyjątkowo czujnego brukowego pisemka śledzącego koneksje tatusia.

— Pomoże mi pani odzyskać mojego kotka? — pyta ją poważnym tonem.

— Nazwisko — czyta policjantka, oczy ma rozbiegane od symultanicznego tłumaczenia. — Proszę wydać poważny papier tożsamości.

— Ukradli mi kota — upiera się Amber.

— Kota? — Policjantka wygląda na zdezorientowaną, potem sfrustrowaną. Ewidentnie nie ma w repertuarze nastoletnich obcokrajowców odpowiadających na pytania jakimś bełkotem. — Nazwisko pytamy podać?

— Nie — mówi Amber. — Chodzi o mojego kota. Ukradli go. Kota mi ukradli.

— Aha! Dokumenty proszę.

— Dokumenty? — Amber jest coraz bardziej wystraszona. Nie czuje świata na zewnątrz, celę otacza klatka Faradaya, w środku jest klaustrofobicznie cicho. — Chcę mojego kota! I to już!

Gliniara pstryka palcami, potem sięga do kieszeni i wyciąga kartę identyfikacyjną, którą wskazuje zamaszystym gestem.

— Dokumenty — powtarza. — Albo.

— Nie wiem, o czym pani mówi! — lamentuje Amber.

Policjantka patrzy na nią dziwnie.

— Czekaj. — Wstaje, wychodzi, a minutę później wraca z facetem o pociągłej twarzy, w ciemnym garniturze i delikatnie świecących okularach w drucianych oprawkach.

— Co to za sceny?! — pyta chamskim i obcesowym tonem. — Jak się nazywasz? Odpowiadaj, albo będziesz tu nocować.

Amber wybucha płaczem.

— Ukradli mi kota — łka.

Detektyw i gliniara ewidentnie nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić; przeraża ich klimat emocjonalnego chaosu z podtekstem kłopotliwego dyplomatycznego incydentu.

— Czekaj tutaj — mówią i wychodzą z celi, zostawiając ją z plastikowym animatronicznym koalą oraz tandetnym libańskim automatem z kawą.

Dopiero teraz docierają do niej konsekwencje tej straty — porwania Aineko — i Amber płacze głośno i beznadziejnie. W każdym wieku trudno poradzić sobie z utratą kogoś bliskiego, kot był jej złośliwie dowcipnym towarzyszem przez rok, opoką pewności dającą jej siłę do uwolnienia się ze szponów matki. To straszne, tak go stracić na rzecz jakiejś chińskiej dziupli, gdzie pewnie pokroją go na części albo przerobią na zupę. Amber, zrozpaczona, udręczona, wyje do ścian pokoju przesłuchań, podczas gdy uwięzione na zewnątrz wątki jej świadomości szukają kopii zapasowych, z którymi mogłyby się zsynchronizować.

Jednak po godzinie, gdy się uspokaja, opadając w studnię czystej rozpaczy, rozlega się pukanie — pukanie! — do drzwi. Ktoś wścibski wsuwa głowę.

— Proszę przyjść z nami. — To policjantka z kiepskim softem tłumaczącym. Widzi, że Amber płacze i zaczyna coś mamrotać pod nosem, ale gdy wstaje i człapie ku niej, kobieta się zamyka.

Prowadzi dziewczynę do sali z biurowymi boksami, pełnej policyjnych biurokratów w różnych stadiach teleobecności. Przy jednym z pierwszych biurek czeka detektyw z owiniętym sznurkiem wilgotnym kartonowym pudełkiem.

— Proszę zidentyfikować — prosi, przecinając sznurek.

Amber kręci głową, oszołomiona napływem synchronizujących wspomnienia wątków.

— Czy to…?

Mokry papier pokrywki rozchyla się. Z pudełka wyskakuje trójkątna główka i węszy. Puszcza bąbelki z porośniętych brązowym futerkiem nozdrzy.

— Co tak długo? — pyta kot, gdy Amber sięga do pudełka i wyciąga go. Futro ma mokre i zmatowiałe od słonej wody.

* * *

— Jeśli mam wam załatwić tego obcego, na początek proszę mi dać uprawnienia do modyfikacji rzeczywistości — mówi Amber. — Potem znajdź najnowsze instancje wszystkich ludzi, którzy przybyli tu ze mną, zbierz ich wszystkich razem i im też daj uprawnienia roota. A potem potrzebny nam będzie dostęp do innych osadzonych w DMZ-cie światów. I jeszcze broń. Dużo broni.

— To może być trudne — odpowiada duch. — Wielu z tych pozostałych ludzi już osiągnęło stan zatrzymania. Co najmniej jeden jeszcze żyje, ale nie jest dostępny, dopóki trwa pewien eschatologiczny eksperyment. Nie wszyscy zostali zarejestrowani z funkcją wersjonowania; inni zostali-zostają zagubieni w DMZ-cie. My-teraźniejsi możemy dać ci ekstremalny dostęp do strefy zdemilitaryzowanej, ale zapytujemy o potrzebę broni opartej na energii kinetycznej.

Amber wzdycha.

— Wy naprawdę jesteście medialnymi analfabetami, co? — Wstaje i przeciąga się, czując, jak z jej mięśni wysącza się symulowane senne odrętwienie. — I chcę z powrotem moją… — Ma to na końcu języka. Czegoś brakuje. — Czekajcie. O czymś zapomniałam. — O czymś ważnym, myśli zdziwiona. Czymś, co przez cały czas ze mną było i mi… podpowiadało…? mrrrr… pomagało? — Dobra, nieważne. — Usta same wymawiają słowa. — Naprawdę potrzebny mi ten drugi człowiek. To nie podlega dyskusji. Dobrze?

— Może być z tym kłopot — powtarza duch. — Ta istota jest zapętlona w rekurencyjnie zamkniętym świecie.

— Co? — Amber mruga. — Możesz to sformułować inaczej? Albo wyjaśnić na przykładzie?

— Przykład. — Duch zagina powietrze w pokoju w rozżarzoną kulę plazmy w kształcie butelki Kleina. Amber, patrząc na nią, dostaje zeza. — Najbliższym odniesieniem w ludzkiej bazie historycznej jest demon Kartezjusza. Ta istota ukryła się w zamkniętej przestrzeni, ale teraz już nie wie, czy jest ona obiektywnie prawdziwa, czy nie. A w każdym razie odmawia interakcji.

— A możecie mnie tam przenieść? — pyta Amber. Umie sobie radzić z kieszonkowymi światami, robi to całe życie. — Dajcie mi tylko jakąś przewagę…