— Z takim postępowaniem może się wiązać ryzyko — ostrzega duch.
— Nie obchodzi mnie to — rzuca gniewnie. — Przenieście mnie tam i tyle. Znam tego kogoś, prawda? Wyślijcie mnie w jej sny, a ja ją obudzę, okej?
— Rozumiem — mówi duch. — Przygotuj się.
Bez słowa ostrzeżenia Amber pojawia się gdzie indziej. Rozgląda się, widzi misterną mozaikową podłogę, bielone ściany z pustymi otworami okiennymi, za którymi na nocnym niebie delikatnie mrugają gwiazdy. Jej ubranie jakimś sposobem zostało zastąpione przez seksowną bieliznę pod prawie przezroczystą suknią, a włosy urosły o prawie pół metra. Bardzo to dezorientujące. Mury są z kamienia. Stoi w drzwiach do pokoju, gdzie nie ma niczego poza łóżkiem. A na nim…
— Cholera! — wykrzykuje. — Coś ty za jedna?
Młoda i niewiarygodnie, klasycznie piękna kobieta na łóżku patrzy na nią pustym wzrokiem, potem przewraca się na bok. Jest naga, bezwłosa od uszu w dół, leży w leniwej, zachęcającej pozycji.
— Tak? — pyta Amber. — O co chodzi?
Kobieta na łóżku przyzywa ją powolnym gestem. Amber kręci głową.
— Niestety, to nie moja scena. — Wycofuje się na korytarz, potyka, nieprzyzwyczajona do tak wysokich szpilek. — To jakaś samcza fantazja, prawda? I to jakiegoś głupawego nastolatka.
Jeszcze raz się rozgląda. W jedną stronę korytarz prowadzi do szeregu kolejnych drzwi, z drugiej kończy się spiralnymi schodami. Amber skupia się, próbując przekonać świat, żeby zaprowadził ją do logicznego celu, ale uzyskuje zero reakcji.
— No nic, będę musiała sama odwalić robotę. Szkoda, że…
Marszczy brwi. Już prawie chciała, żeby był z nią ktoś jeszcze, ale nie pamięta kto. Bierze więc głęboki wdech i rusza ku schodom.
— W górę, w dół? — zapytuje sama siebie.
W górę — skoro już masz wieżę, to chyba logiczne, że chcesz spać na samym szczycie. Pnie się więc po stopniach, przytrzymując spiralnej poręczy. Ciekawe, kto to wszystko wymyślił i w jaką rolę wpasuję się w jego scenariuszu? Po namyśle, to drugie pytanie wydaje się głupie i retoryczne. Już ja mu powiem parę słów…
Na górze schodów natrafia na proste, drewniane drzwi z niezamkniętą zasuwą. Przystaje na kilka sekund, szykując się do konfrontacji z marzycielem tak pogrążonym w solipsyzmie, że zbudował wokół siebie ten zamek erotycznych marzeń. Mam nadzieję, że to nie Pierre, myśli ponuro, popychając drzwi.
Pokój jest pusty, podłogę ma drewnianą. Żadnych mebli, tylko jedno puste okno wysoko na ścianie. Pośrodku siedzi po turecku mężczyzna w długiej szacie, odwrócony do niej plecami. Mruczy coś cicho i delikatnie się kiwa. Amber aż traci dech, uświadamiając sobie, kto to taki.
Ja pierdolę!
Wytrzeszcza oczy.
To on przez cały czas miał w głowie coś takiego?
— Nie wzywałem cię — mówi spokojnie Sadeq, nie odwracając się, żeby na nią spojrzeć. — Idź precz, kusicielko. Nie jesteś prawdziwa.
Amber odchrząkuje.
— Przykro mi cię rozczarować, ale się mylisz — odpowiada. — Trzeba złapać jakiegoś obcego potwora. Idziesz ze mną na polowanie?
Sadeq przestaje kiwać głową. Powoli się unosi, prostuje plecy, potem wstaje i się odwraca. Oczy błyszczą mu w blasku księżyca.
— Dziwne. — Rozbiera ją wzrokiem. — Przypominasz kogoś, kogo znałem. Nigdy wcześniej tak nie było.
— Kurwa żeż twoja…! — Amber prawie wybucha, ale po chwili się hamuje. — Co to ma być, konferencja Zjednoczenia Solipsystów?
— Ja… — Sadeq wygląda jak osłupiały. — Przepraszam, czy ty twierdzisz, że jesteś prawdziwa?
— Tak prawdziwa, jak ty. — Amber chwyta go za rękę. Sadeq nie stawia oporu, gdy ciągnie go do drzwi.
— Jesteś pierwszą osobą, która mnie odwiedza. — Sadeq jest wyraźnie wstrząśnięty.
— No chodź, rusz się. — Ciągnie go za sobą, w dół spiralnymi schodami. — Chcesz tu zostać? Naprawdę? — Zerka na niego. — Co to w ogóle za miejsce?
— Piekło to niebo w krzywym zwierciadle — mówi powoli, przepuszczając brodę między palcami swobodnej ręki. Nagle łapie ją w talii i przyciąga do siebie. — A teraz zobaczymy, jak bardzo jesteś prawdziwa…
Amber, nieprzyzwyczajona do takiego traktowania, nadeptuje mu na stopę i odpycha go.
— Jesteś prawdziwa! — krzyczy, obijając się o poręcz schodów. — Wybacz mi, wybacz! Musiałem sprawdzić…
— Co sprawdzić? — warczy Amber. — Jeśli jeszcze raz mnie tkniesz, zostaniesz tu i zgnijesz! — Już zaczyna wypączkowywać ducha, który przekaże obcemu na zewnątrz, żeby ją zabrał z tego kieszonkowego świata. Groźba jest więc poważna.
— Ale musiałem… zaczekaj. Masz wolną wolę. Właśnie to wykazałaś. — Oddycha ciężko, spoglądając na nią błagalnie. — Najmocniej cię przepraszam, wybacz mi! Musiałem się przekonać, że nie jesteś kolejnym zombiakiem!
— Zombiakiem?
Amber się rozgląda. Za nią pojawiła się kolejna żywa lala, stoi w drzwiach ubrana w obcisły skórzany kostium bez krocza. Zapraszająco kiwa do Sadeqa. Inne ciało, odziane w paski gumy w strategicznych miejscach, pomiaukuje u jej stóp, wijąc się uwodzicielsko. Amber unosi brwi.
— Wziąłeś mnie za coś takiego?
Sadeq kiwa głową.
— Ostatnio się wycwaniły. Niektóre nawet umieją mówić. Jedną prawie pomyliłem z… — Dygoce konwulsyjnie. — Nieczysta!
— Nieczysta. — Amber przygląda mu się z namysłem. — W takim razie to chyba nie jest twój osobisty raj, co? — Po chwili wyciąga do niego rękę. — Idziemy.
— Przepraszam, że wziąłem cię za zombiaka — powtarza Sadeq.
— Zważywszy okoliczności, chyba ci wybaczę — odpowiada Amber.
A potem duch zabiera ich oboje na zewnątrz.
W teraźniejszości zbiegają się kolejne wspomnienia:
Imperium Pierścienia to olbrzymie skupisko samopowielających się robotów, zgromadzone przez Amber na niskiej orbicie okołojowiszowej, napędzane masą i pędem niewielkiego księżyca J-48 Barney i stanowiące platformę startową dla międzygwiezdnej sondy, którą pomagają jej zbudować partnerzy biznesowi ojca. To także siedziba jej tronu i, jedno z ważniejszych, centrum usług jurystycznych w zewnętrznym Układzie Słonecznym. Tu Amber jest królową, arbitrem i władczynią. Sadeq zaś jej sędzią i doradcą.
Powód, którego Amber zna tylko jako rozbłysk na radarze o trzydzieści minut świetlnych stąd, złożył w jej sądzie pozew, oskarżający o nadużycie władzy, herezję i pieniactwo pewną półrozumną korporacyjną piramidę finansową. Przybyła ona do przestrzeni okołojowiszowej dwanaście milionów sekund temu i wydaje się skoncentrowana na nawróceniu na swój osobliwy zestaw memów wszystkich inteligentnych istot w okolicy. O jej uwagę błaga cały pakiet wielowątkowych kontrpozwów, twierdzących, że ów rozbłysk, pisząc o ich intencjach i celach, narusza ich prawa patentowe, autorskie oraz tajemnicę handlową.
Amber nie ma teraz na Pierścieniu, więc nie może się tym osobiście zająć. Pozostawiła Sadeqa, żeby walczył z opornymi mechanizmami jej systemu prawnego — zaprojektowanego od podstaw po to, by sądowe spory między korporacjami były upierdliwe jak mało co — sama natomiast zabrała Pierre’a na dyplomatyczną wizytę w innej jowiszowej kolonii — Republice Żłobka. Założył ją statek-sierociniec Trustu Franklinów, Ernst Sanger, w ciągu ostatnich czterech lat Republika urosła do rozmiarów trzykilometrowego, rachitycznego płatka śniegu. W jej centrum wykwita rosnący powoli cylinder O’Neilla: większość mieszkańców stacji ma mniej niż dwa lata — to nowe, nad wiek rozwinięte nabytki borganizmu Trustu.