— Są za mało rozwinięci. Myślisz, że ci goście to ktoś w rodzaju Fajansistów? Pasożytów albo barbarzyńców, którzy jadą machiną na gapę?
— Myślisz, że nas oszukują? — odsyła Sadeq.
— Hm. — Amber rusza w dół na piazzę pośrodku miasteczka-podróbki. — To wszystko jest zbyt ludzkie.
— Ludzkie… — powtarza Sadeq dziwnie tęsknym głosem. — Nie mówiliście czasem, że ludzie wymarli?
— Wasz gatunek jest przestarzały — rzuca z satysfakcją duch. — Niewystarczająco przystosowany do sztucznych rzeczywistości. Źle zoptymalizowane układy, nadmiernie skomplikowane czujniki o niskiej przepustowości, niechlujne użycie zmiennych globalnych…
— Tak, tak, rozumiem, o co chodzi — mówi Amber, znów wpatrując się w miasteczko. — W takim razie, czemu sądzisz, że załatwimy obcego, z którym macie problem?
— Bo o was prosił — odpowiada duch, zwężając się z elipsy w linię, a potem kurcząc w pozbawiony wymiarów jaskrawy punkt. — O, już idzie. My-ja nie ryzykujemy kontaktu. Wezwij nas-mnie, gdy zabijesz smoka. Do widzenia.
— Jasna cho… — Amber się obraca.
Są jednak z Sadeqiem sami, pod palącym słońcem. Piazza, całkiem jak ta w Republice Żłobka, jest uroczo rustykalna — ale nikogo i nic nie ma w domu, jeśli nie liczyć prażących się w południowym słońcu ozdobnych żeliwnych mebli ogrodowych, stołu z parasolem. W plamie słońca pod nim rozciąga się coś włochatego.
— Wygląda na to, że jesteśmy sami — mówi Sadeq. Uśmiecha się krzywo, potem wskazuje stół. — Może zaczekamy, aż przyjdzie gospodarz?
— Gospodarz. — Amber się rozgląda. — Strasznie się boją tego obcego. Ciekawe dlaczego?
— Prosił, żeby nas wezwać. — Sadeq odwraca się do stołu, odsuwa krzesło i ostrożnie siada. — To może być bardzo dobra wiadomość. Albo bardzo zła.
— Hm. — Amber kończy obserwację, nie widząc oznak życia.
Nie ma lepszych pomysłów, więc też podchodzi do stołu i zasiada naprzeciwko Sadeqa. Pod jej taksującym wzrokiem zachowuje się nieco nerwowo; może po prostu jest zażenowany, że widział ją w bieliźnie. Gdyby moje zaświaty tak wyglądały, też bym była zażenowana, myśli sobie Amber.
— Ej, prawie weszłaś na… — Sadeq zamiera, wpatrując się w coś tuż obok jej lewej stopy. Przez chwilę ma zdumioną minę, potem uśmiecha się szeroko. — Co ty tu robisz? — pyta jej ślepą plamkę.
— Z kim ty rozmawiasz? — pyta zdumiona.
— Ze mną, głuptasie. — Ze ślepego punktu odpowiada coś rozkosznie znajomego. — Czyli te bałwany chcą cię wykorzystać, żeby się mnie pozbyć, taa? Niezbyt to przemyślane.
— Kto… — Amber wbija wzrok w płytę chodnikową, wypączkowuje stado duchów nerwowo atakujących wszystkie dostępy do modyfikacji tej rzeczywistości. Ślepoty najwyraźniej nic nie rusza. — Ty jesteś tym obcym?
— No a kto? — pyta z gryzącą ironią ślepa plamka. — Nie, jestem kotką twojego ojca. Posłuchaj, chcesz się stąd wydostać?
Amber trze oczy.
— W ogóle cię nie widzę, kimkolwiek jesteś — odpowiada. — My się znamy? — Ma dziwne wrażenie, że naprawdę go zna, że to ktoś ważny, że to istotna luka w jej tożsamości, ale w żaden sposób nie potrafi sobie przypomnieć, kto to taki.
— Jasne, kochanie. — W głosie-niegłosie wydobywającym się z mglistej plamki na trawie pobrzmiewa nutka zmęczenia życiem. — Nieźle was oboje zhackowali. Wpuśćcie mnie, to wam to naprawię.
— Nie! — wykrzykuje Amber, na sekundę przed Sadeqiem, który patrzy na nią dziwnie. — Naprawdę jesteś najeźdźcą?
Ślepa plamka wzdycha.
— Takim samym jak ty, pamiętasz? Przyjechaliśmy tu razem. Z jedną różnicą: ja nie pozwalam, żeby jakiś durny korporacyjny duch używał mnie jako wymienialnej waluty.
— Wymienialnej… Pamiętam cię — mówi powoli Sadeq, z wyrazem osłupienia na twarzy. — O co ci chodzi?
Ślepa plamka ziewa, ukazując ostre białe kiełki. Amber potrząsa głową, chcąc odgonić halucynację.
— Niech no zgadnę. Obudziłaś się w jakimś pokoju, ten obcy duch powiedział ci, że ludzki gatunek wymarł, a potem poprosił, żebyś mnie załatwiła. Tak? — pyta ślepa plamka.
Amber kiwa głową, lodowaty paluch strachu jeździ jej tam i z powrotem po kręgosłupie.
— On kłamie? — pyta.
— Jak cholera. — Ślepa plamka uśmiecha się teraz. Ten uśmiech pośród pustki nie znika; po prostu wokół nie widać żadnego ciała. — Według mojej orientacji jesteśmy jakieś szesnaście lat świetlnych od Ziemi. Przeszli tędy Fajansiści, ogołocili wszystko do zera i gdzieś poszli; nawet nie wiesz, co to za zabita dechami dziura. Podstawową formą życia jest niesamowicie porąbana korporacyjna ekosfera, złożona z rozmnażających się i rodzących się nawzajem instrumentów prawnych. Napadają na przejeżdżających tędy ludzi i wykorzystują ich jako walutę.
Za uśmiechem kryje się trójkątna, spiczasta główka, zmrużone oczka i ostro zakończone uszy — drapieżna, inteligentnie wyglądająca, ale nieskończenie obca twarzyczka. Amber widzi ją kątem oka, gdy rozgląda się po piazzy.
— Mówisz, że my… znaczy, że oni schwytali nas, kiedy się tu pojawiliśmy, i namieszali mi w pamięci… — Nagle czuje, że niesamowicie trudno jej się skupić, ale wpatrując się intensywnie w ten uśmiech, prawie dostrzega za nim ciało, skulone jak włochata kura, z przednimi łapami elegancko owiniętymi ogonem.
— Otóż to. Tylko nie spodziewali się natknąć na kogoś takiego jak ja. — Uśmiech jest nieskończenie szeroki, w stylu kota z Cheshire, na tle rudo-brązowej, pasiastej sierści, która migoce jej przed oczyma jak halucynacja. — Narzędzia hackerskie twojej matki potrafią daleko sięgnąć, wiesz Amber? Pamiętasz Hongkong?
— Hong…
Następuje chwila bezbolesnego ucisku, po czym Amber czuje, jak ze wszystkich stron znikają olbrzymie, niewidoczne bariery. Rozgląda się wokół, po raz pierwszy widząc piazzę taką, jaką jest, wokół nerwowo czeka połowa załogi Wędrownego cyrku, na podłodze, u stóp Amber siedzi wyszczerzony kot. Dziewczyna widzi gigantyczne ściany samokomplikujących się danych odgradzających miasteczko od ziejących dziur — łącz do innych routerów w sieci.
— Witamy z powrotem — rzuca ponuro Pierre, gdy Amber popiskuje ze zdumienia i nachyla się, by wziąć kotkę na ręce. — No to, skoro już się wydostałaś spod spodu, może się zastanowimy, jak by tu wrócić do domu?
Witamy w szóstej dekadzie trzeciego milenium. Te dawne miary czasu niewiele już znaczą — choć parę miliardów białkowych ludzi wciąż nosi w sobie te wirusowe memy, samo teocentryczne datowanie otrzymało już śmiertelny cios: może i są lata pięćdziesiąte, ale co to oznacza dla ciebie, zależy od tego, jak szybko kręci się twoja rzeczywistość. A to pomiędzy rozmaitymi podgatunkami transferów, eksplodujących właśnie na peryferie Układu Słonecznego, potrafi różnić się o parę rzędów wielkości — niektóre dopiero co wyszły z roku 2049, inne wchodzą już w subiektywne tysięczne milenium.