Podczas gdy Wędrowny cyrk orbituje wokół routera obcych (który z kolei orbituje wokół brązowego karła Hyundai+4904/-56), podczas gdy Amber i jej załoga tkwią w pułapce na drugim końcu czasoprzestrzennego tunelu łączącego router z siecią niezmierzenie olbrzymich przestrzeni obcych umysłów — podczas gdy dzieje się to wszystko, ludziom, tym cholernym kretynom, udało się wreszcie doprowadzić swój gatunek do stanu przestarzałości. Spadli z najwyższego piedestału bożego stworzenia (albo teologicznego samozadowolenia, zależnie od waszych zapatrywań na ewolucyjną biologię), a bezpośrednim tego powodem jest atak samoświadomych korporacji. Zupełnie nowego znaczenia nabiera teraz zwrot „inteligentne pieniądze” — zderzenie międzynarodowego ustawodawstwa finansowego z technologią neuroinformatyczną doprowadziło do powstania rodziny całkiem nowych gatunków — szybko poruszających się po sieci korporacyjnych drapieżców. Merkury został rozbity przez konsorcjum pośredników w handlu energią, Wenus zaś stanowi chmurę pyłu, żarzącego się jaskrawo wskutek naenergetyzowania przez zogniskowane światło słoneczne. Gdzie niegdyś krążył Merkury, wokół Słońca w różnych płaszczyznach lata milion miliardów małych jak pięść skomputeryzowanych kul od morgensternów, z tyłu żarzących się ciepłem odpadowym myślenia.
Miliardy białkowych ludzi nie chcą mieć nic wspólnego z tymi bluźnierczymi nowymi rzeczywistościami. Liczni przywódcy potępiają transfery i SI jako bezduszne maszyny. Inni zachowują się bojaźliwie, pielęgnując samozachowawcze memy do tego stopnia, że dawna zdrowa obawa przed obraniem mózgu jak cebuli przez odwzorowujące myśli roboty rozrasta się w przenikającą wszystko od stóp do głów nerwicę. Zelektryfikowane czepki z folii aluminiowej sprzedają się jak świeże bułeczki. A i tak setki milionów zamieniły już białkowe marionetki na myślące maszyny — a ci mnożą się szybko. Za parę lat populacja białkowa będzie zdecydowaną mniejszością na marginesie ludzkości. Jeszcze parę lat później zapewne wybuchnie wojna: mieszkańcy myślobłoku mają ciągły niedosyt głupiej materii do zrestrukturyzowania, a białkowcy słyną z kiepskiego wykorzystania złóż krzemu i metali ziem rzadkich, których jest tak wiele na dnie ziemskiej studni grawitacyjnej.
Energia i myśl katalizują zmianę stanu skupienia w skondensowanej materii Układu Słonecznego. Liczba MIPS-ów na kilogram idzie do góry po stromym odcinku krzywej sigmoidalnej — głupia materia ożywa, w miarę jak drapieżni nanomechaniczni słudzy dzieci umysłu restrukturyzują wszystko po kolei. Powstający na orbicie wokół Słońca myślobłok pogrzebie w końcu całą biologiczną ekologię, stając się kolejnym punktem w kosmosie widocznym z teleskopów innych, właśnie wchodzących w epokę żelaza, cywilizacji — o ile zrozumieją co widzą: ostatnie podrygi nierozumnej materii, narodziny nadającej się do zamieszkania rzeczywistości rozleglejszej niż galaktyka i o wiele szybszej. Podrygi, które za parę stuleci będą oznaczać koniec biologicznego życia w promieniu mniej więcej roku świetlnego od tej gwiazdy, gdyż mózgi-matrioszki, choć stanowią szczyt osiągnięć inteligentnej cywilizacji, są z natury rzeczy nieprzyjazne dla białkowego życia.
Pierre, Wszystkowidząca Donna oraz Su Ang opowiadają Amber o tym, czego się dowiedzieli o bazarze — tak nazywają przestrzeń, określaną przez ducha mianem „strefy zdemilitaryzowanej” — przy lodowatych margaritach i bardzo udatnej symulacji przechodzącego z ręki do ręki jointa. Niektórzy z nich pałętali się tu na wolności przez całe subiektywne lata. To sporo informacji do przyswojenia.
— Warstwa fizyczna ma pół roku świetlnego średnicy, jest czterysta razy masywniejsza od Ziemi — tłumaczy Pierre. — Oczywiście, nie jest pełna — największy element jest mniej więcej wielkości mojej niegdysiejszej pięści. — Amber mruży oczy, próbując przypomnieć sobie, jaka była — skale wielkości słabo się pamięta. — No i spotkałem tu takiego starego czatbota, twierdził, że przeżył swoją rodzimą gwiazdę, ale nie jestem pewien, czy chodzi na wszystkich klepkach. W każdym razie, jeśli mówi prawdę, jesteśmy o jedną trzecią roku świetlnego od ciasnego układu podwójnego — zasilają to wszystko orbitalnymi laserami wielkości Jowisza, żeby nie zbliżać się do tych paskudnych studni grawitacyjnych.
Amber, mimo że nieco lepiej zorientowana, jest onieśmielona — ten dziwaczny bazar jest parę miliardów razy większy niż cała ludzka cywilizacja sprzed osobliwości. Choć stara się tego nie okazać, boi się, że powrót do domu okaże się niemożliwy — że będzie wymagać zasobów wykraczających poza ekonomiczny horyzont, równie realistycznych jak obsadzenie dziesięciocentówki w roli banknotu dolarowego. Ale trzeba przynajmniej spróbować. Wiele zmienia sama świadomość istnienia bazaru…
— Ile możemy zdobyć pieniędzy? — pyta. — Co tu w ogóle służy za pieniądze? Zakładając, że mają gospodarkę niedoboru. Może pasmo przenoszenia?
— No właśnie. — Pierre patrzy na nią dziwnie. — W tym właśnie sęk. Duch ci nie powiedział?
— Nie powiedział? — Amber unosi brew. — Coś tam powiedział, ale w sumie przecież nie okazał się jakimś wiarygodnym przewodnikiem, co?
— Powiedz jej — wtrąca cicho Su Ang. Sama odwraca wzrok, czymś zawstydzona.
— Mają gospodarkę niedoboru jak trzeba — mówi Pierre. — Ograniczonym zasobem jest pasmo przenoszenia oraz materia. Cała cywilizacja siedzi tu lokalnie, bo jeśli odsuniesz się za daleko, nadrobienie zaległości w plotkach trwa całe wieki. Inteligencje na mózgach-matrioszkach znacznie częściej niż się spodziewaliśmy zostają w domu, co najwyżej przez cały czas wiszą na telefonie. A rzeczy, które przychodzą z innych inteligentnych światów, używają jako, no cóż, waluty. Weszliśmy przez dziurę do wrzucania monet, nic dziwnego, że wylądowaliśmy w banku.
— Wszystko tu jest tak porąbane, że w ogóle nie wiem od czego zacząć — burczy Amber. — Jak w ogóle oni w to wpadli?
— Mnie nie pytaj. — Pierre wzrusza ramionami. — Mam przeczucie, że kogokolwiek tu spotkamy, będzie zorientowany podobnie jak my, albo i gorzej. Ten, kto zbudował ten mózg, raczej już tu nie mieszka, z wyjątkiem tych samonapędzających się korporacji i gapowiczów w rodzaju Fajansistów. A my jesteśmy tak samo ciemni jak oni.
— Hm. Myślisz, że zbudowali takie coś, a potem ot, tak sobie wymarli? Głupi koniec…
Su Ang wzdycha.
— Odkąd zbudowali sobie taki wielki dom, zaczęli się robić zbyt ciężcy i skomplikowani, żeby podróżować. Wyginięcie dość często przytrafia się nadmiernie wyspecjalizowanym gatunkom, które za długo tkwią w jakiejś ekologicznej niszy. Jeśli założymy, że osobliwość, a potem zmaksymalizowanie lokalnych zasobów obliczeniowych — tak jak mamy tutaj — to standardowy stan końcowy dla cywilizacji tworzących narzędzia, to nic dziwnego, że żadna z nich nigdy nas nie odwiedziła.
Amber wbija wzrok w stół przed sobą, opiera wierzch dłoni na chłodnym metalu i próbuje sobie przypomnieć, jak wypączkować drugi egzemplarz swojego wektora stanu. Chwilę później jej pomocny duch rozwala model fizyki stołu. Żeliwo ustępuje palcom jak przyjemnie elastyczna guma.
— No, widzicie, mamy trochę władzy nad tym światem, przynajmniej tyle na początek. Próbował ktoś jakichś automodyfikacji?