Выбрать главу

— To niebezpieczne — stwierdza kategorycznie Pierre. — Do takich prób, im nas więcej, tym lepiej. I przydałby się też jakiś własny firewall.

— Jak głęboka jest tutaj rzeczywistość? — pyta Sadeq. To w zasadzie pierwsze pytanie, zadane przezeń z własnej woli, Amber widzi w tym pozytywny objaw: wreszcie wyściubia łeb ze skorupy.

— Długość Plancka to mniej więcej jedna setna milimetra. Zbyt mała, żeby to dostrzec, a niekłopotliwa w obsłudze dla symulatorów. W przeciwieństwie do prawdziwej czasoprzestrzeni.

— Ale… — Sadeq się waha. — Kiedy potrzeba, potrafią tę rzeczywistość powiększać?

— No pewnie, fraktale tu działają. — Pierre kiwa głową. — Nie zau…

— To miejsce to pułapka — stanowczo oświadcza Su Ang.

— Nie, skąd — replikuje rozdrażniony Pierre.

— Czemu pułapka? — pyta Amber.

— Siedzimy tu już dłuższy czas — mówi Ang. Zerka na Aineko, rozciągniętą na kamieniach, drzemiącą, czy co tam robią lekko nadludzkie AI, kiedy emulują śpiącego kota. — Kiedy twoja kotka uwolniła nas z więzów, trochę się rozejrzeliśmy. Są tu takie rzeczy, że… — Wzdryga się. — Większość przestrzeni symulacyjnych nie nadaje się dla ludzi. Mają modele fizyczne, które nie obsługują naszego typu neuronowego przetwarzania. Moglibyśmy się tam zmigrować, ale wymagałoby to portowania na zupełnie nową logikę — czy po takim zabiegu w ogóle pozostalibyśmy sobą? Poza tym jest tu tyle istot na z grubsza tym samym poziomie złożoności co my — to znakomity dowód, że budowniczowie dawno tu nie mieszkają. Tylko pomniejsze rozumne stworzenia, grzebiące w śmietnikach. Robale i pasożyty, ryjące w trupie, kiedy na polu bitwy zapadnie zmrok.

— Ja spotkałam Fajansistów — rzuca Donna. — Najpierw parę razy zeżarli mojego ducha, ale potem doszłam, jak z nimi gadać.

— I są jeszcze inni obcy — dodaje ponuro Su Ang. — Żadnego nie chcielibyście spotkać w ciemnym zaułku.

— Więc na kontakt nie ma co liczyć — podsumowuje Amber. — W każdym razie nie z kimś transcendentnym i życzliwie nastawionym do przyjezdnych.

— To pewnie prawda — przyznaje Pierre. Niezbyt go to cieszy.

— Czyli utknęliśmy w kieszonkowym świecie, z ograniczoną szybkością transferu do domu i bandą zwariowanych gości ze slumsów, którzy wprowadzili się do opuszczonego i zrujnowanego dworu i chcą nas użyć w charakterze waluty? „Jezus nas zbawi i odkupi nasze dusze za wartościowe towary”. Tak?

— Tak. — Su Ang ma przygnębioną minę.

— No właśnie. — Amber patrzy z namysłem na Sadeqa, który wpatruje się w dal, w niesamowitą, nieskończoną plamę na słońcu, malującą cały plac w cienie. — Ej, mój fachowcu od bogów. Pytanie do ciebie.

— Słucham? — Sadeq patrzy na nią z lekko oszołomionym wyrazem twarzy. — Przepraszam, właśnie poczułem na gardle szpony jeszcze większej pułapki…

— Nie czuj. — Amber szczerzy zęby i nie jest to sympatyczna mina. — Byłeś kiedyś w Brooklynie?

— Nie, czemu?

— Bo teraz pomożesz mi sprzedać tym syfiarzom most. Rozumiesz? A tymi samymi pieniędzmi zapłacimy im, żeby przesłali nas na drugą stronę. I wrócimy do domu. Posłuchajcie, plan jest taki…

* * *

— Chyba da się zrobić — mówi Sadeq, ponuro przyglądając się butelce Kleina na stole. Jest do połowy pusta, a zza rogu czterowymiarowego naczynia zupełnie nie widać płynnej zawartości. — Wystarczająco długo siedziałem sam w czymś takim, żeby… — Wzdryga się.

— Nie chcę, żeby coś ci się stało — odpowiada Amber, bardzo spokojnie, bo ma paskudne przeczucie, że ich przeżywalność w tym miejscu ma naklejoną metkę z datą ważności.

— Nic się nie bój. — Sadeq uśmiecha się krzywo. — Jedno kieszonkowe piekło, drugie, co za różnica.

— Rozumiesz, dlaczego…

— Tak, tak. — Kiwa lekceważąco głową. — Nie możemy wysłać do środka własnych kopii, to byłoby okropne. Musi być bezludne, prawda?

— Nasz cel to dostać się do domu, a nie zostawiać tysiące kopii w jakimś tutejszym kieszonkowym świecie, tak? — pyta z wahaniem Su Ang. Wygląda na rozkojarzoną, większość uwagi skupia na absorbowaniu przeżyć kilkunastu duchów, których wypączkowała, żeby pilnowały bezpieczeństwa wokół nich.

— Komu to sprzedajemy? — pyta Sadeq. — Skoro ma być atrakcyjne…

— To nie musi być kompletna replika Ziemi. Tylko przekonująca reklama przedosobliwościowej cywilizacji, pełnej ludzi. Masz siedemdziesiąt i dwa zombiaki, z których można wykroić mózgi; dokleić do tego parę zmiennych i da się je tak spermutować, żeby trochę bardziej się od siebie różniły.

Amber zwraca się do drzemiącej kotki.

— Ej, futrzaku. Ile my tu naprawdę jesteśmy, w czasie rzeczywistym? Możesz załatwić Sadeqowi trochę więcej zasobów do jego ogrodu rozkoszy?

Aineko przeciąga się i ziewa, stuprocentowo kocia, potem unosi ogon i patrzy na Amber oczyma jak szparki.

— Jakieś osiemnaście minut, według zegara. — Przeciąga się jeszcze raz i siada, elegancko składając razem przednie łapki i owijając je ogonem. — Duchy napierają na mnie, wiesz? Chyba nie dam rady długo tego utrzymać. W hackowaniu ludzi nie są zbyt dobrzy, ale myślę, że już niedługo powołają do życia nową kopię ciebie, która będzie do nich lepiej nastawiona.

— Nie rozumiem, czemu ciebie nie zasymilowali tak jak nas.

— Znowu wszystko przez twoją matkę. To ona ciągle aktualizowała kod chroniący prawa autorskie mojej osobowości. Stwierdzenie, że „nielegalna świadomość to pogwałcenie prawa autorskiego”, jest do dupy do momentu, gdy obcy chcą się debuggerem dobrać do twojego tyłomózgowia — wtedy ratuje życie. — Aineko spuszcza wzrok i zaczyna myć łapkę. — Ten twój mułła ma jakieś sześć dni czasu subiektywnego. Potem mamy przerąbane.

— Wchodzę w to. — Sadeq wstaje. — Dziękuję.

Uśmiecha się do kotki uśmiechem, który blednie do przezroczystości, wisząc w symulowanym powietrzu jak echo — kapłan wraca do swej wieży, tym razem z planem i scenariuszem w głowie.

— Czyli zostajemy my. — Su Ang zerka na Pierre’a i z powrotem na Amber. — Komu chcesz opchnąć ten wariacki plan?

Amber rozpiera się w fotelu i uśmiecha. Awatar Donny w postaci archaicznej kamery filmowej podwieszonej pod modelem śmigłowca filmuje z tyłu wszystko dla potomnych. Kiwa do niej leniwie.

— To ona podsunęła mi ten pomysł. Bo kogo tu jeszcze znamy na tyle głupiego, żeby wejść w taki przekręt?

Pierre patrzy na nią podejrzliwie.

— Chyba już to przerabialiśmy — mówi powoli. — Teraz też każesz mi kogoś zabić?

— To pewnie nie będzie konieczne, chyba że korporacyjne duchy zorientują się, że uciekamy, i okażą się na tyle pazerne, żeby chcieć nas zabić.

— No widzisz, czegoś się poprzednim razem nauczyłeś — rzuca Ang, a Amber kiwa głową. — I zero nieporozumień, prawda? — Uśmiecha się promiennie do Amber.

Amber odwzajemnia uśmiech.

— Otóż to. I dlatego to ty… — wskazuje na Pierre’a — masz za zadanie się dowiedzieć, czy pałętają się tu jeszcze jakieś niedobitki Fajansistów. Chcę, żebyś złożył im propozycję nie do odrzucenia.

* * *

— Ile chcecie za samą cywilizację? — pyta Ślimak.

Pierre patrzy nań z namysłem. To nie jest prawdziwy ziemski mięczak, na Ziemi ślimaki nie osiągają dwóch metrów długości i nie miewają białych, koronkowych egzoszkieletów podtrzymujących ich czekoladowe ciało. Ale wbrew wyglądowi, nie jest to też żaden obcy. To po prostu niespłacony korporacyjny instrument finansowy, który przebrał się za dawno wymarły obcy transfer, licząc, że wierzyciele nie rozpoznają go, jeśli będzie wyglądał na powstałą ewolucyjnie istotę rozumną. Któryś z porzuconych członków ekspedycji Amber nawiązał z nim kontakt parę subiektywnych lat temu, kiedy badał ruiny miasta leżącego pośrodku firewalla. Teraz przyszedł do niego Pierre, bo to jeden z najbardziej obiecujących wątków handlowych. Z naciskiem na „obiecujący” — obiecuje wiele, ale wątpliwe, czy rzeczywiście jest w stanie to wszystko spełnić.