— Cywilizacja nie jest na sprzedaż — mówi powoli Pierre. Interfejs tłumaczący migoce, zapisując jego słowa i przekształcając je na inną głęboką gramatykę, co wymaga nie tylko przełożenia składni, lecz podłożenia w odpowiednich miejscach równoważnych znaczeń. — Ale jeśli chcesz, możemy ci nadać status uprzywilejowanego obserwatora. Wiemy, kim jesteś. Jeśli interesuje cię znalezienie nowego rynku, żeby wejść na nim do obrotu, to zauważ, że twoje zasoby własności intelektualnej będą warte znacznie więcej tam niż tutaj.
Ukrywający się korporacyjny instrument unosi się odrobinę i zwija w ściślejszą kulę. Na skórze występują mu czerwone plamy.
— Muszę się nad tym zastanowić. Wasz obowiązkowy okres rozliczeniowy jest stały czy zmienny? Czy samoświadome istoty-korporacje mają prawo swobodnie zawierać umowy?
— Mogę zapytać mojej klientki — rzuca nonszalancko Pierre. Powstrzymuje skurcz niepokoju. Nadal nie jest pewien, jak to jest pomiędzy nim i Amber, ale to na pewno coś więcej niż relacja służbowa; ma pewne obawy co do ryzyka, na jakie naraża się Amber. — Moja klientka ma jurysdykcję, w której prawo dotyczące spółek da się zmodyfikować tak, aby spełniało twoje wymagania. Twoja działalność na szerszą skalę wymagałaby zastosowania spółek-wydmuszek — pojęcie powraca echem przetłumaczone jako „organizm-żywiciel” — ale to jest do załatwienia.
Błona tłumacząca drga przez chwilę, najwyraźniej przeformułowuje jakieś bardziej abstrakcyjne pojęcia na zrozumiałe dla korporacji. Pierre jest dość pewien przyjęcia oferty. Przy pierwszym spotkaniu Ślimak przechwalał się, że ma dostęp do routera na najniższym sprzętowym poziomie. Ale także przeklinał protokoły firewalla, które nie pozwalały mu stąd uciec (pominąwszy fakt, że na wstępie, dość niekulturalnie, chciał pożreć swego rozmówcę). Czeka więc cierpliwie, rozglądając się po bagnistym krajobrazie przetykanym kępami kolczastych fioletowych paproci. Ta korporacja musi być naprawdę zdesperowana, żeby w ogóle rozważać taką cudaczną propozycję, jaką wymyśliła Amber.
— Brzmi interesująco — oznajmia Ślimak po krótkim, uzgadniającym dialogu z błoną. — Jeśli dostarczę odpowiedni genom, będziecie w stanie dopasować dla niego pasujący kontener?
— Myślę, że tak — ostrożnie odpowiada Pierre. — A ty z kolei, czy będziesz w stanie dostarczyć tyle energii, ile nam potrzeba?
— Z bramy? — Błona tłumacząca na moment wyhalucynowuje ludzika z kresek, wzruszającego ramionami. — Bez problemu. Wszystkie bramy są splątane: wrzucasz spójne promieniowanie do jednej, wylatuje z innej. Tylko najpierw wyciągnijcie mnie z tego firewalla.
— Ale ograniczenie do prędkości światła…
— Żaden kłopot. Najpierw wchodzicie wy, a potem głupi instrument, który zostawię, kupi energię i wyśle ją za wami. Sieć routerów działa synchronicznie, jest oparta na szkielecie z automatów skończonych, na którym chodzi Wszechświat Jeden Zero; wiadomości są przekazywane z tą samą prędkością — prędkością światła w próżni, tunele służą tylko do skracania odległości między węzłami. Cała idea tej sieci to bezstratność. Bo kto by przepuszczał swój mózg kanałem komunikacyjnym, który po drodze wprowadziłby mu jakieś losowe przekłamania?
Pierre robi zeza, próbując zrozumieć implikacje ślimaczej kosmologii. Lecz tak naprawdę nie ma już na to czasu — jeśli Aineko ma rację, na pozałatwianie wszystkiego została niespełna rzeczywista minuta. Za minutę wściekłe duchy zaczną się włamywać do DMZ-u innymi środkami.
— Jeśli chcesz spróbować, chętnie cię weźmiemy — mówi, myśląc o zaciśniętych kciukach, króliczych łapkach na szczęście i firewallach.
— Stoi. — Błona tłumaczy mu odpowiedź Ślimaka. — Więc teraz wymieniamy udziały/plazmidy/własność? I przejęcie gotowe?
Pierre gapi się na Ślimaka.
— To jest biznesowa umowa! — protestuje. — Co ma do tego seks?
— Składam przeprosiny. Myślę, że mamy błąd w tłumaczeniu. Powiedziałeś, że to połączenie firm?
— Ale nie w ten sposób. To umowa. Zgadzamy się zabrać cię ze sobą. A w zamian ty pomagasz zwabić Fajansistów do świata, który dla nich przygotujemy, i skonfigurować router na drugim końcu…
I tak dalej.
Amber zbiera się na odwagę i przypomina sobie podany przez ducha adres zaświatów Sadeqa. W jej subiektywnym czasie od jego zniknięcia minęło około pół godziny.
— Idziemy? — pyta kotkę.
— Ja chyba nie chcę — mówi Aineko. Odwraca wzrok z rozkosznym brakiem zainteresowania.
— Phi. — Amber spina się i otwiera port do Sadeqowego kieszonkowego świata.
Jak zwykle ląduje wewnątrz wieży. Stoi na ozdobnej mozaikowej podłodze, w sali o pobielonych ścianach i ostrołukowych oknach. Ale coś się zmieniło; po chwili uświadamia sobie co. Z zewnątrz dobiegają odgłosy ruchu ulicznego, gruchanie gołębi na dachach, czyjeś krzyki. Ludzie.
Podchodzi do najbliższego okna, wygląda przez nie i cofa się raptownie. Tam jest gorąco. Pył i dym wiszą w powietrzu barwy cementu nad blokami z nieotynkowanego betonu o dachach pełnych anten satelitarnych i tanich, jaskrawych ekranów reklamowych na diodach. Patrzy w dół: widzi skutery, samochody — brudne, napędzane paliwem kopalnym molochy, tona stali i materiałów wybuchowych po to, by wozić jednego człowieka, stosunek masy jeszcze gorszy niż w starożytnych pociskach balistycznych — oraz chodzących tam i z powrotem jaskrawo ubranych ludzi. Nad nimi bzyczy helikam stacji telewizyjnej, połyskując obiektywami nad ulicznym korkiem.
— Jak w domu, prawda? — odzywa się z tyłu Sadeq.
Amber wzdryga się.
— W czymś takim dorastałeś? To Yazd?
— W rzeczywistej przestrzeni już dawno nie istnieje. — Sadeq wygląda na zamyślonego, ale jest o wiele bardziej ożywiony niż ta ledwo świadoma parodia, którą uratowała z tego budynku, kiedy jeszcze to wszystko było średniowieczną wizją zaświatów, zaledwie parę subiektywnych godzin temu. Zmusza się do uśmiechu. — Nieźle to chyba wyszło. Wiesz, że zdemontowaliśmy to jeszcze przed naszym odlotem?
— To jest bardzo szczegółowe.
Amber rzuca oczyma przez okno, multiplikuje je i każe im rozesłać się małymi wirtualnymi duszkami po wszystkich ulicach tego irańskiego przemysłowego miasta. Nad ich głowami, po powietrznych szlakach prują wielkie airbusy, wożące pielgrzymów na hadżdż, turystów do nadmorskich kurortów nad Zatoką Perską, a towary na zagraniczne rynki.
— To czasy, które najłatwiej mi było sobie przypomnieć — mówi Sadeq. — Bardzo długo mnie tu nie było. Studiowałem w Qom, byłem w Kazachstanie na szkoleniu dla kosmonautów… ale tu zrobiłem coś w rodzaju wczesnych lat dwudziestych. Po wszystkich problemach, po upadku przewodników duchowych powstało młode, energiczne, liberalne państwo pełne optymizmu i wiary w demokrację. Wiary w wartości, które gdzie indziej miały się kiepsko.
— Myślałam, że demokracja to tam nowa rzecz?
— Nie. — Sadeq kręci głową. — W Teheranie prodemokratyczne zamieszki wybuchały już w dziewiętnastym wieku, nie wiedziałaś, prawda? Dlatego właśnie pierwsza rewolucja… Nie. — Przecina dłonią powietrze. — Polityka i wiara to wybuchowa mieszanka. — Marszczy brwi. — Ale przyjrzyj się. O to ci chodziło?