Amber wzywa z powrotem rozproszone oczy — niektóre przefrunęły aż tysiąc kilometrów — i skupia się na reintegracji ich obserwacji z Sadeqowego dzieła.
— Wygląda przekonująco. Choć nie za bardzo.
— Taki był cel.
— No dobrze. — Uśmiecha się. — To po prostu Iran? Czy też gdzieś w zakamarkach pozwoliłeś sobie na to i owo?
— Kto? Ja? — Unosi brew. — I tak mam sporo wątpliwości co do moralności tego… projektu… nawet nie próbując wkraczać w domenę Allacha, święć się imię Jego. Obiecuję, że w tym świecie nie ma żadnych istot rozumnych poza nami. Ludzie to puste kukły z moich snów, manekiny sklepowe. Zwierzęta to byle jakie bitmapy. To, o co prosiłaś, i ani grama więcej.
— Świetnie. — Amber się waha. Przypomina sobie minę umorusanego chłopczyka odbijającego z kolegami piłkę obok zabitej dechami stacji benzynowej na pustynnej szosie; wspomina ożywioną pogawędkę dwóch syntetycznych gospodyń domowych, jednej w tradycyjnej czerni, drugiej w jakichś modnych, importowanych euroszmatkach. — Oni na pewno nie są prawdziwi? — pyta.
— Na pewno. — Sadeq przez chwilę ma niepewną minę. — Idziemy? Okupanci gotowi do wprowadzenia?
— Pierwszy tak, Pierre pracuje nad drugim. Idziemy, bo zaraz nas stratują.
Macha dłonią, otwierając z powrotem przejście na piazzę, gdzie jej kotka-robotka — dla obcych koszmarny potwór-najeźdźca — śpi, goniąc superinteligentne wyśnione myszy po wielowymiarowych światach.
— Czasem sama się zastanawiam, czy jestem świadoma. Ciarki mam od takich myśli. Chodźmy, sprzedamy tym obcym most brooklyński.
W pozbawionym okien pokoju ukradzionym z roku 2001 Amber stawia czoło kłamliwemu duchowi.
— Uwięziłaś potwora — oświadcza duch.
— Tak. — Amber czeka na odpowiednią chwilę, czując, jak delikatne listki łaskoczą brzegi jej świadomości; przypomina to atak kanałem czasowym. Przychodzi jej chwilowa chętka na kichnięcie, potem gorący rozbłysk gniewu, mijający niemal od razu.
— I zmodyfikowałaś się tak, żeby odciąć zewnętrzne sterowanie — dodaje duch. — Czego chcesz, Autonomiczna Amber?
— Czy wy nie rozumiecie pojęcia indywidualności? — pyta, zirytowana bezczelnością, z jaką manipulują przy jej stanach wewnętrznych.
— Indywidualność to zbędna bariera w transferze informacji — mówi duch, przybierając swój pierwotny kształt, półprzezroczyste odbicie jej własnego ciała. — Zmniejsza efektywność kapitalistycznej gospodarki. Ciągle nie mamy-mam dostępu do znacznej części DMZ-u. Jesteś pewna, że pokonałaś potwora?
— Zrobi, co mu każę — odpowiada Amber, starając się, by jej głos zabrzmiał pewniej, niż ona się czuje: czasem ten cholerny transhumanistyczny kot-cyborg jest nieprzewidywalny, jak prawdziwy. — Przejdźmy do sprawy płatności.
— Płatności. — W głosie ducha brzmi rozbawienie.
Lecz Pierre powiedział jej jak obserwować błonę tłumaczącą i teraz już dostrzega w niej to i owo. Przesunięcie kolorów oznacza ogromną semantyczną odległość; istota po drugiej stronie, choć wygląda jak duch jej samej, jest bardzo niepodobna do człowieka.
— Przecież nie można się spodziewać, że my-my zapłacimy własnym pieniądzom za świadczenie nam jakichś usług?
Amber się uśmiecha.
— Chcemy, żebyście otworzyli nam kanał do routera, z którego przybyliśmy.
— To niemożliwe — odpowiada duch.
— Chcemy taki otwarty kanał, oraz żeby pozostał otwarty przez sześćset milionów sekund po naszym przejściu.
— To niemożliwe — powtarza duch.
— Proponujemy w rozliczeniu całą cywilizację — mówi beznamiętnie Amber. — Całą ludzką rasę, miliony osobników. Po prostu nas puśćcie, a my o to zadbamy.
— Wy… zaczekaj. — Kontur ducha migoce delikatnie, rozmywając się. Podczas gdy duch naradza się ze swoimi innymi węzłami, Amber otwiera prywatny kanał do Pierre’a.
— Fajansiści już są? — wysyła.
— Przechodzą. Ci konkretnie nie pamiętają, co się stało na Wędrownym cyrku, te wspomnienia nigdy do nich nie dotarły. Dlatego Ślimak namówił ich do współpracy. Strasznie to wygląda, jak „Inwazja pożeraczy ciał”, wiesz?
— Nie obchodzi mnie, jak to wygląda — odpowiada Amber. — Muszę wiedzieć, czy już jesteśmy gotowi.
— Sadeq mówi, że tak, że świat jest gotowy.
— Dobra, to pakujcie się. Zaraz odjeżdżamy.
Kontur ducha się wyostrza.
— Cała cywilizacja? — pyta. — To niemożliwe. Wasze przybycie… — Urywa, znów się rozmywając.
A, mam cię. Łgarz, łgarz, w portkach ogień masz!
— Chyba nie udało ci się znaleźć w archiwach całej ludzkiej cywilizacji?
— Ten potwór, który przeszedł przez sieć razem z nami, jest drapieżnikiem — oświadcza z kamienną twarzą Amber. — Połknął całą cywilizację, zanim udało nam się bohatersko zwrócić jego uwagę i zwabić za sobą do routera. To archiwożerca — wszystko było dalej w środku, zamrożone, dopóki tego z powrotem nie rozpakowaliśmy. W naszym układzie cywilizacja już dawno jest odzyskana z gorących cieni: zabieranie jej z powrotem nie ma żadnego sensu. Ale my musimy wrócić, żeby zadbać o to, by żaden więcej drapieżnik tego typu nie odkrył routera — ani szybkiego koncentratora, który do niego podłączyliśmy.
— Jesteś pewna, że zabiłaś tego potwora? — pyta duch. — To byłaby spora niedogodność, gdyby znów wyszedł z kryjówki we własnych archiwach trawiennych.
— Mogę dać gwarancję, że jeśli nas puścicie, nie sprawi wam już problemów — mówi Amber, w myślach zaciskając kciuki. Duch najwyraźniej nie zauważył olbrzymiego klina fraktalnie skompresowanych danych, o rząd wielkości większego od niej samej. W głowie wciąż czuje pożegnalny uśmiech Aineko, echo białych zębów, ufających jej, że je ożywi, gdy powiedzie się plan ucieczki.
— My-my wyrażamy zgodę. — Duch skręca się dziwacznie, przeobrażając się w pięciowymiarową hipersferę. Przez chwilę gwałtownie kipi, potem wypluwa mniejszy przedmiot — unoszące się w powietrzu zniekształcenie przestrzeni, jak pozbawiona grawitacji czarna dziura. — Oto wasz tunel. Pokaż nam tę cywilizację.
— Dobrze… Teraz!… Łapcie.
Amber napina wyimaginowany mięsień i jedna ściana pokoju znika, otwierając przejście do egzystencjalnego piekła Sadeqa, teraz przemalowanego na podobieństwo XXI-wiecznego irańskiego przemysłowego miasta i zaludnionego Fajansistami-pasożytami, którzy nie wierzą własnemu szczęściu — trafili na cały kontynent zombiaków, gotowych zacząć nosić ich głodną ciał świadomość.
Duch dryfuje ku otwartemu oknu. Amber chwyta dziurę, rozszerza ją dłońmi, zbiera własne myśli i wysyła wiadomość „Otwarte!” na kanał, którego słuchają pozostali. Czas na chwilę przystaje, a potem…
Syntetyczny klejnocik wielkości puszki coli spada przez zimną próżnię, na wysokiej orbicie wokół brązowego karła. Ale ta przestrzeń w żadnym razie nie jest ciemna. Szafirowy blask, jaskrawy jak Słońce w południe na Marsie, świeci na pinkfloydowski szalony diament, odrzucający puchnące błony świetlnego żagla, cienkiego jak bańka mydlana. Powoli oddryfowują od puszki. Niepilnowany pełnomocnik korporacji Ślimaka zmanipulował firmware routera, otwarty tunel czasoprzestrzenny, który zasila go w energię, płonie ogniem atomowej kuli ognistej — światłem lasera wysyłanym z odległej o wiele lat świetlnych gwiazdy, napędzającym Wędrowny cyrk w powrotnym rejsie do jego niegdyś ludzkiego układu macierzystego.