Выбрать главу

Amber i Pierre schronili się w symulacji jej domu na Imperium Pierścienia. Jedną ścianę sypialni stanowi lita bryła diamentu — okno wychodzące na kipiącą jonosferę Jowisza, na orbicie na tyle niskiej, by horyzont wydawał się płaski. Leżą wtuleni w siebie w jej łóżku, nieco wygodniejszej replice królewskiego łoża Henryka VIII. Wygląda jak wyrzeźbione z tysiącletnich dębowych belek. Pozory mylą, jak zwykle w Imperium Pierścienia — a jeszcze bardziej w zatłoczonych symulacyjnych przestrzeniach Wędrownego cyrku, pełznącego z jedną dziesiątą prędkości światła — tylko taką szybkość da się osiągnąć, dysponując ułamkiem powierzchni żagla.

— Podsumuję. Przekonałaś. Tubylców. Że symulacja Iranu, zaludniona opanowanymi przez Fajansistów zombiakami jest ludzką cywilizacją?

— Otóż to. — Amber przeciąga się leniwie i robi do niego minę. — Sami są sobie winni, gdyby te zbiorowe korporacyjne stwory nie używały świadomych istot w charakterze pieniędzy, nie nabrałyby się na taki numer, prawda?

— Ludzie. Forsa.

— No cóż. — Ziewa, po czym unosi się i apodyktycznie pstryka palcami: za jej plecami pojawiają się wypełnione pierzem poduszki, przed nimi materializuje się srebrna taca, a na niej dwa kieliszki z winem. — W domu korporacje też są teraz formami życia, prawda? I handluje się nimi. Przekazujemy je naszym SI, żeby nabrały osobowości prawnej, ale analogia idzie głębiej. Spójrz tylko na siedzibę dowolnej firmy: pełno dzieł sztuki, drogich mebli, wszędzie służba w lansadach, pucuje wszystko…

— …czyli to nowa arystokracja, prawda?

— Nieprawda. Kiedy zdominują świat, powstanie raczej coś przypominającego nową biosferę. Albo i, cholera, zupę pierwotną: prokarionty, bakterie, algi, rojące się bezmyślnie, wymieniające pieniądze na plazmidy. — Królowa przekazuje swemu towarzyszowi kielich z winem, po wypiciu cudownie napełniający się z powrotem. — Z natury rzeczy, co bardziej złożone algorytmy alokacji zasobów powstają tam, gdzie występuje ich niedobór… i jeśli nie zejdziesz im z drogi, ciebie też zrealokują. Właśnie coś takiego stało się chyba w tym mózgu-matrioszce, gdzie wylądowaliśmy. Sądząc po Ślimaku, gdzie indziej też się to zdarza. Daje do myślenia: skąd przybyli budowniczowie tej konstrukcji. I gdzie poszli. I czy wiedzieli, że koniec inteligentnego, korzystającego z narzędzi życia jest odskocznią do ewolucji korporacyjnych instrumentów finansowych.

— Może myśleli, że zanim te spółki wydadzą walutę, jaką dla nich stanowią, uda im się doprowadzić je do upadłości. — Pierre ma przejętą minę. — Piętrzyli dług publiczny, importowali luksusowe rozszerzenia pola widzenia, obżerali się egzotycznymi snami. Taka prymitywna matrioszka-cywilizacja po wpięciu do sieci byłaby jak, hm… — waha się -…wspólnota plemienna. Prymitywna poosobliwościowa cywilizacja pierwszy raz stykająca się z galaktyczną siecią. Onieśmielona. Chce wszystkich luksusów naraz. Wydaje swój kapitał, ludzki lub obcy, trwoni machiny memetyczne, które ich stworzyły. Aż nie zostaje nic, tylko dżungla korporacyjnych instrumentów, szukających, kogo by tu zawłaszczyć.

— Spekulacje.

— Jałowe spekulacje — zgadza się Pierre.

— Ale nie możemy przejść nad tym do porządku dziennego. — Amber kiwa głową. — Może jakiś wczesny korporacyjny drapieżca skonstruował maszynerię, która rozsiała tunele czasoprzestrzenne po wszystkich brązowych karłach, i puścił na nich sieć routerów, chcąc szybko się wzbogacić. Dzięki temu, że nie umieszczali ich w układach, gdzie prawdopodobnie rozwija się inteligentne życie, zadbali o to, że natrafią na nie tylko cywilizacje bliskie osobliwości. Cywilizacje, które zaszły zbyt daleko, by stać się łatwym łupem, zapewne nie wysyłają statku, żeby się temu przyjrzeć… więc taka sieć zapewnia wielkiemu miastu stały dopływ wieśniaków do oskubania. Lecz uruchomili ten mechanizm miliardy lat temu, a potem sobie wymarli, sieć zaś propagowała się dalej sama — teraz nie zostało już nic poza wypalonymi matrioszkowymi mózgami i grasującymi pasożytami w rodzaju tych gniewnych duchów albo Fajansistów. I ofiarami, jak my. — Wzdryga się i zmienia temat. — A propos obcych, zadowolony jest ten Ślimak?

— Kiedy ostatni raz z nim rozmawiałem, był. — Pierre dmucha na kieliszek, który rozpada się na milion świetlnych okruchów. Robi podejrzliwą minę, przypomniawszy sobie zdziczały korporacyjny instrument, który ze sobą zabrali. — Nie ufam mu jeszcze na tyle, żeby wpuszczać do nieregulowanej symulacji, ale zapewnił nam doskonałą kontrolę nad laserem routera. Mam po prostu nadzieję, że nie będziesz już musiała go wykorzystywać, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Bo trochę mnie niepokoi, że Aineko spędza tam tyle czasu.

— Aaa, to tam ona siedzi? Też się niepokoiłam.

— Koty nie przychodzą na wołanie, prawda?

— Coś w tym jest. — Zerknąwszy nerwowo na jowiszowy chmurobraz, dodaje: — Ciekawe, co tam zastaniemy?

Za oknem, pozorny terminator Jowisza leci ku nim dziwnie szybko, wokół statku zaczyna zapadać zmrok.

CZĘŚĆ III

OSOBLIWOŚĆ

„Co minutę rodzi się frajer”.

P. T. Barnum

ROZDZIAŁ 7

KUSTOSZ

Sirhan stoi na krawędzi przepaści, patrząc na skłębione szaropomarańczowe chmury w dole. Tak blisko krawędzi powietrze jest chłodne i delikatnie cuchnie amoniakiem, choć może to tylko jego wyobraźnia — mało prawdopodobne, żeby przez przezroczystą, ciśnieniową ścianę latającego miasta mogła się dokonać jakakolwiek wymiana gazowa. Wydaje mu się, że mógłby wyciągnąć dłoń i dotknąć wirów pary. Nikogo tu nie ma, tak blisko brzegu — aż mrozi krew w żyłach, patrzeć sobie na kipiącą otchłań, ocean gazu tak zimnego, że ludzkie ciało zamarzłoby tam w sekundę; wiedzieć, że przez dziesiątki tysięcy kilometrów nie natrafi się na nic stałego. To poczucie izolacji wzmaga jeszcze słaba szybkość transmisji — tak daleko od układu. Większość ludzi skupia się blisko jądra, dla wygody, ciepła i niskiej latencji — postludzie żyją stadnie.

Pod stopami Sirhana miasto jak nenufar rozrasta się, mamrocząc i wywijając nieskończone samopodobne pętle, jak kubistyczna blastoma rozwijająca się w górnych warstwach atmosfery Saturna. Potężne rury zasysają metan i inne gazy z atmosfery, przykładają do nich energię, polimeryzują, diamentyzują i oddzielają wodór, by napełnić położone wysoko komory nośne. Pod szafirową kopułą balonu z gazem błyska laserowym światłem lazurowa gwiazda: pierwszy — i jak dotąd jedyny — ludzki gwiazdolot, hamujący na orbicie ostatnią resztką gwiezdnego żagla.

Ze złośliwą satysfakcją zastanawia się, jak matka zareaguje na wieść o swoim bankructwie, gdy nad głową zaczyna migać światełko. Coś szarego i brzydkiego rozbryzguje się na niemal niewidocznej krzywiźnie ściany przed nim, zostawiając po sobie plamę. Odskakuje i patrzy z gniewem w górę.

— Zapierdolę! — krzyczy.

Skrzekliwy, gruchający śmiech goni go znad krawędzi, przedrzeźniając głosy dzikich gołębi.

— Naprawdę! — ostrzega, wykonując gest w powietrzu nad głową.

Skrzydła rozpierzchają się wśród grzmotu: to zestala się kawał wiatru, łączą się unoszone w nim nanomaszyny o kształcie rzepów, tworząc nad nim ochronny parasol. Odchodzi z granicy, wściekły, niech gołębie szukają sobie następnej ofiary.