— Nie wysyłają nam energii. — Aineko materializuje się do końca, duża, rudo-biała kotka z kępką brązowej sierści w kształcie „@” na piersi. Z jakiegoś powodu sadowi się na stole drwiąco blisko nosa Borysa-welociraptora. — Nie ma lasera napędowego, to nie ma przepustowości. Gadają tekstem Latin-Jeden z szybkością tysiąca dwustu bodów, jeśli to was interesuje. — (To wręcz obraźliwe, zważywszy wieloawabitową pojemność statku — jeden awabit to liczba Avogadro bitów, czyli około 1023, parę miliardów razy więcej niż objętość całego Internetu w roku 2001 — i jego gigantyczne możliwości komunikacyjne). — Amber mówi, żebyście teraz się z nią spotkali. Sala audiencyjna. Oczywiście nieoficjalnie. Chyba chce o tym pogadać.
— Nieoficjalnie? Czyli mogę nie zmieniać ciała?
Kotka prycha.
— Ja na przykład mam prawdziwe futro — rzuca wyniośle — ale majtek nie noszę.
Po czym znika na ułamek sekundy przed ciach-ciachnięciem szczęk godnych banderzwierza.
— No chodźmy — mówi Pierre, wstając. — Zobaczymy, czego chce od nas dzisiaj Jej Wysokość.
Witamy w ósmej dekadzie trzeciego milenium, gdy skutki przemiany fazowej w strukturze Układu Słonecznego wreszcie ukazują się w skali kosmologicznej.
W Układzie znajduje się około jedenastu miliardów naczelnych w różnych stadiach życia i nieżycia, wszyscy jednak przeżywają szok przyszłości. Większość skupia się tam, gdzie interpersonalne pasmo jest najszersze, czyli głęboko w strefie wodnej wokół dawnej Ziemi. Ziemska biosfera jest od dziesięcioleci na intensywnej terapii, nękana dziwacznymi wysypkami płonących gorącem replikatorów, zwalczanych reaktywnie przez Światową Organizację Zdrowia — szara maź, wilki workowate, smoki. Ostatnie ponadglobalne imperium handlowe, rządzone z arkologii Hongkongu, padło razem z kapitalizmem, odesłane do lamusa przez zestaw o wiele lepszych, deterministycznych algorytmów określanych wspólnym mianem Ekonomii 2.0. Merkury, Wenus, Mars i Księżyc są o krok od dezintegracji, ich masa jest pompowana na orbitę z użyciem energii kradzionej przez mgiełkę swobodnie latających ogniw termoelektrycznych, które gromadzą się tak licznie wokół słonecznych biegunów, że gwiazda zaczyna przypominać włochaty, czerwony kłębek włóczki wielkości młodego czerwonego karła.
Ludzie to ledwie inteligentni użytkownicy narzędzi: gdy wykorzystanie ich zbiegło się z wynalezieniem języka, darwinowska ewolucja ustała, przez co przeciętny włochaty nosiciel memów pozostał na dość żałosnym poziomie bystrości. Jasno płonącego kaganka inteligencji nie niosą już ludzie — ich zaraźliwy entuzjazm rozlał się po miriadach innych osobników, a parę ich gatunków jest mierzalnie lepszych w myśleniu. Kiedy ostatnio liczono, w przestrzeni Układu występowało około tysiąca gatunków inteligentnych nieludzi, ich liczba została podzielona równo pomiędzy postludzi z jednej strony, naturalnie samoorganizujące się SI pośrodku i ssaki niebędące ludźmi po drugiej stronie. Struktura neuronalna wspólna dla wszystkich ssaków daje się bez problemu upgrade’ować do inteligencji na ludzkim poziomie u wszystkich gatunków, które dadzą radę unieść, wyżywić i schłodzić pół kilograma substancji szarej, więc teraz potomkowie setki wątpliwych etycznie eksperymentów do prac doktorskich domagają się dla siebie równych praw. Podobnie przestali milczeć i umarli — zapamiętane w panoptikonowych zapisach sieci duchy ludzi, którzy żyli na tyle niedawno, by naznaczyć epokę informacji swoją tożsamością, oraz ambitne przedsięwzięcia inżynierii teologicznej Zreformowanego Tiplerowskiego Kościoła Świętych Dni Ostatnich (którzy chcą emulować wszystkie możliwe istoty ludzkie w czasie rzeczywistym, żeby dać im możliwość zbawienia).
Ludzka memosfera także ożywa, choć to kwestia otwarta, ile czasu jeszcze będzie przejawiać ludzkie cechy. W miarę, jak dekonstruowana głupia materia wewnętrznych planet (oprócz Ziemi, na razie zachowanej, jak osamotniony w przemysłowej dzielnicy malowniczy zabytek) jest zamieniana w komputronium, ich gęstość informacyjna wyraźnie zbiega do liczby Avogadro bitów na mol, jednego bitu na atom. A to już nie tylko wewnętrzny układ. Te same siły pracują nad księżycami Jowisza, Saturna, choć demontaż samych gazowych olbrzymów potrwa nie dziesięciolecia, a raczej tysiące lat. Nawet całkowity budżet energii słonecznej to za mało, żeby w czasie krótszym niż wiek wypompować gigantyczną masę Jowisza na orbitę. Do czasu ukończenia budowy okołosłonecznego mózgu-matrioszki, pochodzący od małp z afrykańskiej sawanny prymitywni myśliciele o szybkim metabolizmie albo znikną całkowicie, albo zmigrują na inną architekturę.
To już niedługo…
Tymczasem w studni grawitacyjnej Saturna rozkręca się impreza.
Miasto-nenufar Sirhana unosi się w gigantycznej, prawie niewidocznej sferze w górnych warstwach atmosfery Saturna — to parokilometrowy balon o skorupie ze zbrojonego fulerenami diamentu pod spodem i bańką z gorącym wodorem u góry. To jedna z kilkuset wielomegatonowych baniek mydlanych pływających po wzburzonym wodorowo-helowym morzu górnych warstw atmosfery Saturna, zasianych tutaj przez Stowarzyszenie Kreatywnego Terraformowania, podwykonawców organizatorów Wystawy Światowej 2074.
Miasta są eleganckie, wyhodowane z konceptualnego nasienia mającego parę megasłów długości. Mnożą się powoli (zbudowanie bąbla trwa miesiące), ale zaledwie za parę dziesięcioleci ich wykładniczy wzrost wybrukuje całą stratosferę terenem nadającym się do zamieszkania dla ludzi. Końcówka będzie oczywiście wolniejsza, bo coraz dłużej będzie trwało frakcjonowanie izotopów metali z mętnych głębin gazowego olbrzyma, ale zanim to się stanie, pierwsze produkty automatycznych fabryk na Ganimedesie już zaczną dodawać do mieszanki węglowodorów. Na koniec, wokół Saturna — przy wierzchołkach chmur mającego przyjazną dla ludzi grawitację 11 m/s2 — wytworzy się biosfera. Prawie sto razy większa od powierzchni Ziemi. A to się cholernie dobrze składa, bo poza tym Saturn jest kompletnie nie do użytku, no, może jako zbiornik paliwa termojądrowego na czarną godzinę, kiedy wypali się Słońce.
Ten akurat nenufar jest porośnięty trawą, środek dysku wznosi się łagodnym pagórkiem zwieńczonym niesympatycznym betonowym garbem Bostońskiego Muzeum Nauki. Pozbawione tła autostrad i mostów na rzece Charles wygląda dziwnie łyso — ale nawet te rozrośnięte kilotonowe platformy windy orbitalnej, które uniosły je na orbitę, nie dałyby rady unieść go razem z otoczeniem. Pewnie wydzierga się dla niego jakąś tanią dioramę z mgły użytkowej, myśli Sirhan, na razie jednak muzeum stoi dumne i samotne, ostatnia reduta klasycznej nauki na wygnaniu z szybkomyślącego środka Układu Słonecznego.
— Wyrzucanie pieniędzy — narzeka kobieta w czerni. — Kto w ogóle wpadł na taki kretyński pomysł? — Dźga muzeum diamentowym szpicem laski.
— To taka deklaracja — odpowiada w roztargnieniu Sirhan. — Rozumiesz, o co chodzi: mamy do wypalenia tyle niutonów, że możemy wybudować ambasady naszej kultury gdzie tylko zechcemy. Luwr, na ten przykład, leci na Plutona, słyszałaś, prawda?
— Marnowanie energii. — Niechętnie opuszcza laskę i opiera się na niej. Robi minę. — To niestosowne.
— Dorastałaś podczas drugiego kryzysu naftowego, prawda? — sonduje Sirhan. — Jak to wtedy wyglądało?
— Jak to wyglądało…? Ano, benzyna po pięćdziesiąt dolców za galon, ale bombowce zawsze były zatankowane — mówi lekceważąco. — Wiedzieliśmy, że wszystko będzie dobrze. Gdyby nie ci cholerni, wścibscy posthumaniści… — Pomarszczona, nienaturalnie postarzała twarz patrzy na niego wilkiem spod grzywy włosów wyblakłych do koloru zgniłej słomy, on jednak wyczuwa podtekst jakiejś autoironii, której nie rozumie. — Jak twój dziadek, niech go szlag. Gdybym znów była młoda, poszłabym nasikać na jego grób, żeby mu pokazać, co myślę. O tym, co zrobił. O ile on w ogóle ma grób — dodaje, niemal czule.