Выбрать главу

— Przepraszam, mogę coś powiedzieć? — pyta Sadeq. — Mamy tu wyraźny brak przemyśleń. Wydaje mi się, że te dwa prawa zostały przytoczone jako bezwzględne, obowiązujące w całym systemie konwencje; jak zdołali przekonać ulamę, żeby na to poszedł, to sam chciałbym wiedzieć — w kwestii praw i odpowiedzialności osób powstałych z martwych. A zdaje się, że podpadamy pod tę kategorię. Czy oni przypadkiem nie załączyli tego kodu do swojego wniosku?

— Przypadkiem, kurwa? — pyta Borys, drażliwy, jak to drapieżnik, gniewnie szczęknąwszy zębami. — Pełny diagram zależności i drzewo klas tego zbrodniczego kodu cały czas lezie po naszym gównianym łączu. Potąd mam tego prawniczego bełkotu. Gdybyś…

— Borys, wystarczy! — ucina Amber. Atmosfera w sali tronowej jest wybuchowa. Amber nie wiedziała, co ją spotka po powrocie z wyprawy na router, ale już na pewno nie spodziewała się postępowania upadłościowego. Ma wątpliwości, czy ktokolwiek byłby to w stanie przewidzieć. A zwłaszcza to, że uznano ją odpowiedzialną za długi pozaciągane przez jej odszczepiony egzemplarz, nieprzetransferowaną tożsamość, która została w domu, by stawić czoło konsekwencjom, zestarzeć się cieleśnie, wyjść za mąż, zbankrutować, umrzeć i… zalegać z alimentami? — Nie winię cię za to — dodaje przez zaciśnięte zęby, rzucając Sadeqowi znaczące spojrzenie.

— To prawdziwa zagadka, godna osądu samego Proroka, święć się imię Jego.

Sadeq jest równie jak ona wstrząśnięty konsekwencjami tego procesu. Biega wzrokiem po pokoju, unikając spojrzenia Amber — i Pierre’a, jej chuderlawego chłopaczka-astrogatora i podgrzewacza pościeli — splatając jednocześnie palce.

— Daj spokój. Mówię, że cię nie winię. — Amber zmusza się do uśmiechu. — Wszystkich nas szlag trafia z tą powolną transmisją. Ale w tych pozwach wyczuwam rękę kochanej mamuśki. Obwąchaj rękawiczkę. Znajdziemy drogę do wyjścia.

— Możemy lecieć dalej — odzywa się z tyłu sali Ang. Nieśmiała, zakłopotana, na ogół nie otwiera ust bez powodu. — Wędrowny cyrk jest w dobrym stanie, prawda? Moglibyśmy wrócić do promienia idącego z routera, przyśpieszyć do prędkości przelotowej i rozejrzeć się za jakimś innym miejscem do mieszkania. W promieniu stu lat świetlnych na pewno znajdzie się parę przyjemnych brązowych karłów…

— Straciliśmy zbyt dużo masy żagla — odpowiada Pierre. On także unika wzroku Amber. W sali jest gęsto od luźnych podtekstów i urwanych opowieści o nietrafionych uczuciach. Amber udaje, że nie zauważa jego zażenowania. — Połowę naszego pierwotnego żagla odrzuciliśmy koło Hyundaia plus cztery dziewięć zero cztery na minus pięćdziesiąt sześć, żeby mieć lustro hamujące, a niecałe osiem megasekund temu znów przecięliśmy go na pół, żeby otrzymać promień deceleracyjny, który wprowadzi nas na orbitę Saturna. Jeśli zrobimy to jeszcze raz, powierzchnia będzie za mała, żeby powtórzyć ten numer u celu. Nie będziemy mieli jak wyhamować. — Pchane laserem żagle świetlne polegają na puszczaniu zajączków. U celu można odrzucić pół żagla i użyć go jako lustra: odwrócić nim promień, żeby hamował statek. Ale po paru razach żagiel się kończy. — Nie mamy gdzie uciec.

— Nie mamy… — Amber wpatruje się weń zmrużonymi oczyma. — Wiesz co, czasem się zastanawiam, co ty masz w głowie.

— Wiem, wiem. — Pierre naprawdę wie, bo w swoim rozproszonym umyśle nosi takiego małego homunkulusa, model Amber, o wiele dokładniejszy i bardziej szczegółowy — żaden przedtransferowy człowiek nie mógłby się pokusić o tak precyzyjne odwzorowanie swej ukochanej. (U Amber z kolei w pokrytym pajęczynami ponurym zakamarku głowy leży mała laleczka-Pierre — kiedyś wymienili się tymi modelami. Stara się za często jej nie ruszać — wcale nie jest dobrze, gdy co chwila uprzedzasz wypowiedzi i działania ukochanej osoby). — Wiem także, że zamierzasz wykonać szarżę i chwycić byka za… nie, wróć. Złe porównanie. Mówimy o twojej matce, prawda?

— Mojej matce. — Amber w zamyśleniu kiwa głową. — A gdzie Donna?

— Nie wie…

Z tyłu rozlega się gardłowy ryk, na środek wypada Borys. Trzyma coś w paszczy: to wściekła kamera Bolex, okładająca mu pysk nóżkami od statywu.

— Co, znowu czaiłaś się po kątach? — rzuca pogardliwie Amber.

— Jestem przecież kamerą! — protestuje kamera, w rozgoryczeniu i zakłopotaniu zbierając się z podłogi. — Jestem…

Pierre nachyla się ku niej, wtyka twarz w szerokokątny obiektyw.

— Choć raz, kurwa, zostań na trochę człowiekiem. Merde!

Kamerę zastępuje wściekła blondynka w stroju safari, obwieszona większą liczbą światłomierzy, obiektywów, futerałów z aparatami i mikrofonów niż cała załoga wozu transmisyjnego CNN.

— Pierdol się!

— Nie lubię, jak ktoś mnie szpieguje — rzuca ostro Amber. — Zwłaszcza że nie zapraszałam cię na to spotkanie. Prawda?

— Jestem archiwistką. — Donna odwraca wzrok, idąc w zaparte. — Sama powiedziałaś, że mogę…

— No… tak… — Amber jest zakłopotana. To kiepski pomysł budzić zakłopotanie u królowej w jej własnej sali audiencyjnej. — Podsłuchałaś, o czym rozmawialiśmy. Co ty wiesz o nastawieniu mojej matki?

— Nic a nic — odpowiada pośpiesznie Donna. Wyraźnie się dąsa i jest gotowa nie robić nic ponad minimum niezbędne do wyjaśnienia sytuacji. — Widziałam się z nią tylko raz. Kiedy jesteś zła, bardzo ją przypominasz, wiesz?

— Ja… — Amber pierwszy raz w życiu nie wie co powiedzieć.

— Umówię cię z chirurgiem plastycznym — podsuwa kotka. I dodaje półgłosem: — To jedyny pewny sposób.

Normalnie oskarżenie Amber o jakiekolwiek podobieństwo do matki, choćby nieznaczne i chwilowe, wystarczyłoby, żeby spowodować trzęsienie rzeczywistości w całym środowisku udającym mostek kapitański Cyrku. Jest tak zszokowana tym procesem, że puszcza impertynencje kotki mimo uszu.

— A co to w ogóle za pozew? — pyta Donna, wścibska jak zawsze i dwa razy bardziej wkurzająca. — Bo tego fragmentu nie widziałam.

— Jest straszny — mówi z emfazą Amber.

— Czyste zło — powtarza Pierre.

— Fascynujący, ale całkowicie niestosowny — dodaje zamyślony Sadeq.

— Ale i tak straszny!

— No dobra, ale o co w nim chodzi? — pyta Donna, wszystkowidząca archiwistka i niespełniona kamera.

— To wezwanie do zapłaty. — Amber bierze głęboki wdech. — A, kurna, zresztą, powiem wszystkim, i tak zaraz się rozniesie. — Wzdycha. — Kiedy wylecieliśmy, moja druga połówka… to znaczy moje pierwotne wcielenie, wyszło za mąż. Za tego oto Sadeqa. — Wskazuje brodą irańskiego teologa, mającego równie osłupiałą minę jak ona po usłyszeniu tego fragmentu opowieści. — Mieli dziecko. Potem Imperium Pierścienia upadło. Dziecko domaga się ode mnie alimentów, wstecznie za ostatnie prawie dwadzieścia lat, na podstawie regulacji, w której jest mowa o tym, że zmartwychwstali solidarnie i zgodnie odpowiadają za zobowiązania zaciągnięte przez ich wcielenia. To precedens prawny, który ustanowiono, żeby ludzie nie unikali bankructwa przez popełnienie na jakiś czas samobójstwa. Co gorsza, termin wymagalności i zajęcia moich aktywów jest mierzony w czasie subiektywnym, od punktu na Imperium Pierścienia, około dziewiętnastu miesięcy po naszym wylocie — my lecieliśmy z prędkością relatywistyczną, więc choć moja druga połówka, gdyby przeżyła, byłaby już wolna od zobowiązania, ja wciąż pod nie podpadam. W dodatku, odsetki liczone są według czasu lokalnego — to z kolei ma zapobiec wykorzystywaniu przez ludzi paradoksu bliźniaków przy regulowaniu zaległych płatności. Tym oto sposobem, przez dwadzieścia osiem lat, kiedy mnie tu nie było, dług, o którym nie miałam pojęcia, urósł do astronomicznych rozmiarów. Ten gość, ten syn, którego nigdy nie poznałam, teoretycznie jest teraz właścicielem Wędrownego cyrku, i to z pięć razy. A moje wszystkie konta są wyzerowane. Nie mam nawet tyle funduszy, żeby móc przeładować nas wszystkich do ciał. Jeśli ktoś z was nie ma jakichś zaskórniaków, które przetrwały załamanie rynku, to wszyscy mamy poważny problem.