Kamienną podłogę pod olbrzymimi arkadami muzeum zdobi ośmiometrowy mahoniowy stół jadalny, stojący tuż pod szkieletem olbrzymiego argentynozaura i ponadstuletnią, zabytkową kapsułą statku Mercury. Oświetlają go świece. Srebrne sztućce i elegancka porcelana wyznaczają dwa miejsca na jego przeciwległych krańcach. Sirhan zasiada na krześle z wysokim oparciem w cieniu szkieletu klatki piersiowej triceratopsa. Pamela wystroiła się na obiad jak za czasów swojej młodości. Unosi ku niemu kieliszek z winem.
— Może tak opowiedziałbyś mi o swoim dzieciństwie? — prosi.
W świetlikach wysoko ponad nimi migocą pierścienie Saturna, jak plama jaskrawej farby rozlanej na nocnym niebie.
Sirhan żywi obawy, czy powinien się przed nią otwierać, ale pociesza się faktem, że trudno jej będzie użyć cokolwiek z tego przeciwko niemu.
— Ale które dzieciństwo cię interesuje? — pyta.
— Jak to które? — Pamela marszczy czoło w zakłopotaniu.
— Miałem ich kilka. Matka co chwila naciskała reset, licząc, że za kolejnym razem lepiej się udam. — Teraz jego kolej zmarszczyć czoło.
— Naciskała reset, tak? — sapie Pamela, ewidentnie magazynując to jako amunicję przeciwko swej marnotrawnej córce. — Ale czemu to robiła, jak myślisz?
— To jedyny sposób wychowywania dziecka, jaki znała. — Sirhan mimo woli jej broni. — Nie miała żadnego rodzeństwa. A może też chciała odreagować wady własnego charakteru.
Kiedy ja będę mieć dzieci, na pewno będzie to więcej niż jedno, postanawia zadowolony z siebie. Oznacza to: kiedy będzie odpowiednio zasobny, żeby znaleźć sobie partnerkę, i odpowiednio dojrzały emocjonalnie, by zaktywizować narządy rozrodcze. Sirhan, istota niezwykle ostrożna, nie zamierza powtarzać błędów swych przodków ze strony matki.
Pamela się wzdryga.
— To nie moja wina — mówi cicho. — Jej ojciec miał tu sporo do powiedzenia. No, ale… to jakie były te różne dzieciństwa?
— O, trochę ich było. Standardowa opcja, gdzie matka i ojciec cały czas się kłócą, bo ona nie chce zakładać czadoru, a on uparcie nie chce przyznać, że jest zaledwie jej utrzymankiem — między nimi orbitowało się jak pomiędzy dwiema gwiazdami neutronowymi w niestabilnej spirali grawitacyjnej. Potem były inne życia, rozwidlane i scalane z powrotem, idące równolegle. Byłem młodym pastuchem w czasach egipskiej jedenastej dynastii, to pamiętam; byłem stuprocentowo amerykańskim dzieciakiem dorastającym w Iowa w latach pięćdziesiątych; kolejnym żyjącym w czasach powrotu Mahdiego, a przynajmniej rodzice sądzili, że to te czasy, i… — Sirhan wzrusza ramionami. — Może stąd moje upodobanie do historii.
— A rodzice nie chcieli zrobić z ciebie małej dziewczynki? — pyta babka.
— Matka proponowała to parę razy, ale ojciec nie pozwolił. — Czy raczej zawyrokował, że to niezgodne z prawem — przypomina sobie. — W pewnym sensie wychowano mnie bardzo konserwatywnie.
— Nie powiedziałabym. Kiedy ja byłam małą dziewczynką, nie było tego wszystkiego, żadnych problemów z dowolnie wybieraną tożsamością. Nie było ucieczki, tylko eskapizm. Nie wydawało ci się momentami, że nie wiesz, kim jesteś?
Podają przystawkę, krojonego melona na srebrnej tacy. Sirhan cierpliwie czeka, aż babcia ponagli stół, żeby jej usłużył.
— Im więcej ludzi zaliczysz, tym bardziej wiesz, kim jesteś — mówi Sirhan. — Uczysz się, jak to jest być kimś innym. Ojciec sądził, że mężczyzna być może nie powinien za dobrze wiedzieć, jak to jest być kobietą.
A dziadek nie zgadzał się z tym, ale to już wiesz, dodaje na użytek własnego strumienia świadomości.
— Trudno się nie zgodzić.
Pamela uśmiecha się do niego; mógłby to być pobłażliwy uśmiech starszej ciotki, gdyby nie przebiegłość i ostrość jej rysów. A może to figlarność? Sirhan maskuje zmieszanie, objadając się kawałkami melona — jednocześnie wypączkowuje tymczasowe duchy, by studiowały zakurzone podręczniki savoir-vivre’u i ostrzegały go przed popełnieniem jakiegoś faux pas.
— No więc, podobały ci się te dzieciństwa?
— Tak bym tego nie nazwał — odpowiada najspokojniej, jak umie, odkładając łyżkę, żeby czegoś nie rozlać.
Jakby dzieciństwo się kiedykolwiek kończyło, myśli gorzko. Sirhan ma sporo mniej niż gigasekundę i może być prawie pewien, że będzie istnieć przynajmniej przez terasekundę — może nie w dokładnie takiej konfiguracji molekularnej, lecz przynajmniej w jakimś rozsądnie stabilnym fizycznym wcieleniu. I ma szczery zamiar przez cały ten okres pozostać młodym — nawet później, przez nieskończone petasekundy — choć wtedy, wiele megalat od teraz, neotenia zapewne przestanie go już interesować.
— Jeszcze się nie skończyło. A ty? Podoba ci się twoja starość, babciu?
Pamela niemal się wzdryga, ale zachowuje żelazną kontrolę nad wyrazem twarzy. Zdradza ją jednak napływ krwi do naczyń włosowatych w policzkach, zauważony przez maleńkie podczerwone oczka, które utrzymuje w powietrzu nad stołem.
— W młodości popełniłam parę błędów, ale teraz mam się całkiem nieźle — dodaje nonszalancko.
— To twoja zemsta, prawda? — pyta z uśmiechem Sirhan, skinąwszy na stół, żeby zabrał przystawki.
— No wiesz, ty, mały… — Urywa i wpatruje się w niego, nie kończy. To bardzo ponure spojrzenie. — Co ty możesz wiedzieć o zemście? — zapytała.
— Ja jestem historykiem rodziny. — Sirhan uśmiecha się posępnie. — Do osiemnastych urodzin przeżyłem kilkaset razy od dwóch do siedemnastu lat. Ten guzik reset, pamiętasz. Matka chyba nie zdawała sobie sprawy, że mój strumień świadomości rejestruje to wszystko.
— To potworne. — Pamela chwyta kieliszek i upija łyk wina, żeby ukryć dezorientację.
Sirhan nie ma takiej drogi ucieczki — zwilża język niefermentowanym sokiem winogronowym w wysokiej szklance.
— Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła żadnemu swojemu dziecku.
— To może opowiedz mi o swoim dzieciństwie? — prosi wnuk. — Oczywiście do rodzinnej kroniki.
— No… — Odstawia kieliszek. — Chcesz coś takiego napisać?
— Zastanawiam się. — Sirhan prostuje plecy. — Taką staroświecką książkę opisującą trzy pokolenia żyjące w ciekawych czasach — podsuwa. — Postmodernistyczna książka historyczna, i to z tej niespójnej szkoły, bo jak udokumentować dzieje ludzi, którzy w dowolnych momentach rozwidlają swoje tożsamości, leżą w grobie przez lata, żeby znów wrócić na scenę, i kłócą się z własnymi, relatywistycznie zakonserwowanymi kopiami? Mógłbym pójść nawet dalej w przeszłość, oczywiście, gdybyś opowiedziała mi o swoich rodzicach — zapewne sami już nie odpowiedzą mi na pytania — ale jeśli pójdziemy tą drogą, szybko dotrzemy do pochyłego zbocza głupiej materii, prowadzącego prosto do pierwotnego bulionu, prawda? Więc pomyślałem, że może taką fabularną klamrą spinającą całą narrację będzie zakulisowy punkt widzenia rodzinnego kota-robota. (Tylko że to cholerstwo chyba gdzieś zaginęło). No, w każdym razie, skoro tyle ludzkiej historii leży w niezgłębionej przyszłości, dla nas, historyków, górną granicą naszej domeny jest kursor teraźniejszości zapisujący do logu aktualne zdarzenia. Mogę więc równie dobrze zacząć od własnego domu.