Выбрать главу

— Ty planujesz nieśmiertelność. — Pamela badawczo przygląda się jego twarzy.

— Tak — rzuca od niechcenia Sirhan. — Szczerze mówiąc, rozumiem twoją chęć zestarzenia się dla zemsty, ale — wybacz, że to powiem — trudno mi pojąć, że chciałaś się poddać tej procedurze. Przecież to musi strasznie boleć.

— Starzenie się jest naturalne — warczy staruszka. — Kiedy żyje się dość długo, żeby zobaczyć, jak wszystkie twoje ambicje leżą w ruinach, przyjaźnie zostają pozrywane, o ukochanych zapomniałeś albo zerwałeś z nimi w gniewie, to co ci jeszcze zostaje? Kiedy czujesz się zmęczony i stary duchem, równie dobrze możesz być zmęczony i stary ciałem. Zresztą, pragnienie wiecznego życia jest niemoralne. Pomyśl o wszystkich zasobach, które odbierasz młodym! Nawet transfery po jakimś czasie dochodzą do skończonego limitu przechowywanych danych. Stwierdzenie, że chcesz żyć wiecznie, to potworny egotyzm. I jeśli jeszcze w coś w ogóle wierzę, to w służbę dla dobra ogółu. A obowiązek brzmi: zrobić miejsce nowemu. Obowiązek i władza.

Sirhan chłonie to wszystko, powoli kiwając głową, gdy stół serwuje główne danie — pieczeń z boarafy w miodowej glazurze z podsmażanymi ziemniaczkami au gratin i marchewką à la Debussy — wtem nad ich głowami rozlega się głośne bum.

— Co to? — pyta zrzędliwie Pamela.

— Momencik. — Pole widzenia Sirhana rozdziela się na nieostre kalejdoskopowe obrazki, w miarę jak wypączkowuje duchy patrzące kolejnymi z wszechobecnych kamer. Marszczy brwi; na galerii, pomiędzy kapsułą Mercury’ego a kolekcją zabytkowych stereogramów zrobionych z przypadkowych kropek, coś się rusza. — Rany. Coś nam tu lata po muzeum.

— Lata? Na wolności? — Powietrze nad stołem rozdziera nieludzki wrzask, potem z góry dobiega łomot. Pamela wstaje chwiejnie, ocierając usta serwetką. — Czy to niebezpieczne?

— Możliwe — burczy Sirhan. — Przecież przeszkadza mi w posiłku!

Zadziera głowę. Nad galerią błyska rude futro, kapsuła Mercury’ego chyboce się gwałtownie na stalowych linkach. Znad poręczy wyskakują dwie ręce i bryła czegoś gumowego, porośniętego sierścią w kolorze umbry; nonszalancko chwytają się bezcennego zabytku, potem wspinają do środka i przysiadają na hełmie manekina ubranego w popękany ze starości skafander kosmiczny Ala Sheperda.

— To małpa! Miasto, słyszysz mnie? Co robi małpa na wolności podczas mojego uroczystego obiadu?

— Jest mi niewymownie przykro, sir, ale nie wiem. Czy mógłby pan wskazać, o jaką małpę chodzi? — odpowiada miasto, z dyskrecji objawiające się jako głos, w którym pobrzmiewa jednak nutka humoru.

Sirhan czuje się głęboko urażony.

— Jak to? Nie widzisz jej? — indaguje, skupiając wzrok na człekokształtnym stworze znikąd, który usadowił się w wiszącej pod sufitem kapsule i teraz klepie się po ustach, przewraca oczyma i obmacuje uszczelkę wokół otwartego włazu. Porykuje cicho, potem wychyla się i wypina nagie pośladki nad stołem.

— Siadaj! — woła Sirhan do babki i macha ręką, rozkazując mgle narzędziowej, by się zestaliła. Za późno. Małpa gromko pierdzi, a potem rozbryzguje po całym stole strumień ekskrementów. Twarz Pameli, unoszącej serwetkę do nosa, marszczy się w niesmaku.

— Cholera, zestalisz się czy nie! — klnie Sirhan, ale wszechobecne robociki wielkości ziaren pyłku nie reagują.

— Na czym polega problem? Chodzi o niewidzialne małpy? — indaguje miasto.

— Niewidzialne…

— Nie widzicie, co zrobiła?! — krzyczy Pamela, idąc mu na odsiecz. — Właśnie obsrała całe główne danie!

— Nic nie widzę — odpowiada niepewnie miasto.

— Proszę, ja ci pokażę. — Sirhan użycza mu jednego oka, przewraca nim, by spojrzeć na małpę, która leniwie maca łapami po dachu kapsuły, jakby szukała punktów zakotwiczenia linek.

— O rany — mówi miasto. — Ktoś mnie zhackował. A podobno to niemożliwe.

— A jednak, kurwa — syczy Pamela.

— Zhackował? — Sirhan przestaje wydawać rozkazy powietrzu i skupia się na własnym ubraniu. Tkanina natychmiast splata się inaczej, przeobrażając się w pancerny i hermetyczny skafander; zza karku wyrasta bąbel hełmu i zatrzaskuje mu się przed twarzą. — Miasto, proszę natychmiast dać mojej babce skafander ochronny. Ma być całkowicie autonomiczny.

Powietrze wokół Pameli zaczyna się krystalizować, wydzielając sferę przypominającą olbrzymią kulę dla chomika.

— Jeśli ktoś cię zhackował, pierwsze pytanie brzmi: „kto?” — oświadcza Sirhan. — Drugie: „dlaczego?”, trzecie: „jak?”. — Z niepokojem uruchamia autotest, na szczęście we własnej matrycy tożsamości nie znajduje nic niespójnego, a poza tym ma płytko uśpione kopie-cienie w rozproszonych węzłach leżących o parę godzin świetlnych stąd. W odróżnieniu od przed-postludzkiej Pameli, jest w zasadzie odporny na proste zabójstwo. — Jeśli to jakiś kawał…

Odkąd w muzeum pojawił się orangutan na wolności, minęły sekundy, a kolejne odkąd miasto uświadomiło sobie swój żałosny stan. Sekundy to aż nadto czasu, by po powierzchni miasta-nenufaru przetoczyły się potężne fale środków zapobiegawczych. Nieskończenie małe drobinki mgły użytkowej rozszerzają się i polimeryzują w ochronne komory, izolujące w locie tysiące wędrownych gołębi, każdy budynek z osobna i każdego człowieka akurat przebywającego na zewnątrz. Miasto autotestuje własne węzły komputerowe, zaczynając od najniższego poziomu — bezpiecznego jądra — i idąc w górę. Tymczasem Sirhan, z mordem w oczach, pędzi ku klatce schodowej, niepewny, czy powinien zaatakować fizycznie intruza. Pamela turla się w bezpieczne miejsce, koziołkując na półpiętro, potem kryjąc się w ogrodzie skamieniałości.

— Za kogo ty się masz, że wpadasz i srasz mi na kolację?! — wrzeszczy Sirhan, tupiąc na schodach. — Wyjaśnij mi! I to już!

Orangutan znajduje najbliższą linkę i szarpie, bujając ważącą tonę kapsułą. Szczerzy do niego zęby.

— Pamiętasz mnie? — pyta z sykliwym francuskim akcentem.

— Czy pamiętam…? — Sirhan staje jak wryty. — Tante Annette? Co ty robisz w tym orangutanie?

— Mam drobne problemy z autonomicznym sterowaniem. — Jej uśmiech staje się jeszcze szerszy, potem Annette zgina w łokciu rękę i zaczyna drapać się pod pachą. — Przepraszam, zainstalowałam się trochę nie po kolei. Miałam tylko się przywitać i przekazać wiadomość.

— Jaką wiadomość? — dopytuje się Sirhan. — Rozwścieczyłaś tylko babkę, a jeśli ona się dowie, że tu jesteś…

— Się nie dowie, za minutę znikam. — Małpa… Annette siada prosto. — Masz pozdrowienia od dziadka. Mówi, że niedługo tu przyjedzie. Osobiście, ma się rozumieć. Bardzo się cieszy na spotkanie z twoją matką i jej pasażerami. To wszystko. Masz mu coś do przekazania?

— To on żyje? — pyta oszołomiony Sirhan.

— Podobnie jak ja. Już jestem spóźniona. Miłego dnia! — Małpa zawisa rękoma na kapsule, buja się zamaszyście, puszcza i spada dziesięć metrów na twardą, kamienną posadzkę. Jej czaszka wydaje taki odgłos, jak uderzające o beton jajko na twardo.

— Jeju — sapie Sirhan. — Miasto!

— Słucham, o panie?

— Usunąć to ciało — mówi, wskazując przez balkon. — I proszę zadać sobie trud i nie bulwersować mojej babki żadnymi szczegółami. W szczególności nie mówić jej, że to była Annette. Ta informacja by ją rozzłościła. — Atrakcje posiadania długowiecznej postludzkiej rodziny, myśli. Zbyt wiele wściekłych ciotek w kosmicznych kapsułach. — Byłoby dobrze, żebyś także spróbowało jakoś uniemożliwić cioci Nette wyhodowanie kolejnych małp. — Nagle coś przychodzi mu do głowy. — A swoją drogą, nie wiesz czasem, kiedy ma przyjechać mój dziadek?