— Twój dziadek? — dziwi się miasto. — Przecież on chyba nie żyje?
Sirhan zerka przez balkon na ociekające krwią zwłoki intruza.
— Najnowsze wcielenie jego drugiej żony twierdzi inaczej.
Sfinansowanie rodzinnego spotkania po latach nie jest już problemem, stwierdza Amber, otrzymawszy propozycję zreinkarnowania wszystkich pasażerów i całej załogi Wędrownego cyrku.
Nie jest do końca pewna, skąd biorą się te pieniądze. Zapewne jest to zmajstrowana przez tatę jakaś chwiejna finansowa maszyneria, po raz pierwszy od dziesięcioleci wyściubiająca nos z bunkra, gdzie przespała bessę, żeby ściągnąć zakurzone strumienie informacji i podomykać długoterminowe inwestycje. Jest za to należycie wdzięczna — a nawet niepomiernie wdzięczna — gdyż szczegóły jej ubóstwa stają się jeszcze bardziej przygnębiające po bliższym zapoznaniu. Jej jednym aktywem jest Wędrowny cyrk, gwiazdolot oparty na technologii sprzed trzydziestu lat, ważący niespełna dwadzieścia kilogramów razem z resztkami poszarpanego żagla, oraz jego ładunek — przetransferowani pasażerowie i załoga. Gdyby nie ożył ten założony przez kogoś przewidującego fundusz, byłaby skazana na krainę krążących w kółko leptonów. Ale teraz, gdy przysłał jej propozycję inkarnacji, ma dylemat. Ponieważ jeden z pasażerów Wędrownego cyrku nigdy nie posiadał fizycznego ciała…
Amber zastaje Ślimaka spacerującego w przezroczystej przestrzeni wypełnionej leniwie falującymi gałązkami przypominającymi fioletowy koral. To widmowe wspomnienia z życia obcego — rząd ciepłolubnych quasi-grzybów, o strzępkach prążkowanych w odpowiedniki aktyny i miozyny, muskularnych, śliskich nitek, żywiących się filtrowanymi z powietrza jednokomórkowymi organizmami. Sam Ślimak ma około dwóch metrów długości i biały koronkowy szkielet zewnętrzny, złożony z niepowtarzających się krzywizn i łuków, niepokojąco przypominających parkietaż Penrose’a. Pod nim wolno pulsują czekoladowobrązowe organy wewnętrzne. Grunt pod nogami jest suchy, ale się ugina jak podczas chodzenia po bagnie.
Ten Ślimak w istocie jest chirurgicznie nałożonym przebraniem. Jego gatunek, podobnie jak ten ekosystem quasi-grzybów, wymarł przed milionami lat i od tej pory istnieje tylko jako tandetny rekwizyt w oszukańczym przedstawieniu prowadzonym przez zdziczałe instrumenty finansowe. Ślimak jest właśnie takim samoświadomym oszukańczym instrumentem, może piramidą finansową, a może całym, skompresowanym rynkiem obligacji śmieciowych pogrążonym w ciężkiej recesji, próbującym ukrywać się przed wierzycielami pod postacią żywej istoty. Będzie jednak problem z ucieleśnieniem go w środowisku Sirhana — ta forma wyewoluowała w klimacie przypominającym nieco chłodniejszą Wenus — w trzydziestu atmosferach pary nasyconej, prażącej się pod niebem barwy gorącego ołowiu, pełnym żółtych chmur z kwasu siarkowego. Ziemia ugina się nie dlatego, że jest podmokła — ona się topi.
— Musisz wybrać sobie jakiś inny somatotyp — tłumaczy mu Amber, mozolnie przesuwając bańkę mydlaną swojego interfejsu po rozpalonej do czerwoności rafie koralowej. Interfejs jest przezroczysty i nieskończenie cienki, to po prostu nieciągłość w modelu fizycznym obu symulacji, przekładająca sygnały pomiędzy przyjaznym dla człowieka środowiskiem po jednej stronie i miażdżącym, rozpalonym piekłem po drugiej. — Ten po prostu nie jest kompatybilny z żadnym docelowym środowiskiem.
— Pozostaje w niezrozumieniu. Czy nie mogę zintegrować się z którymś z dostępnych u celu światów?
— No, ale wiesz, poza cyberprzestrzenią to nie działa w ten sposób. — Amber czuje, że znalazła się w kropce. — Ten model fizyczny dałby się odwzorować, ale koszt energetyczny byłby zaporowy, a poza tym nie mógłbyś tak łatwo jak teraz wchodzić w interakcje z innymi modelami. — Wypączkowuje ducha, który przedstawia jej alter ego, toczące się po podwórku Ślimaka, w chłodzonym zbiorniku, z sapaniem i łoskotem tratujące koral. — Mniej więcej tak byś wyglądał.
— To ta wasza rzeczywistość jest źle skonstruowana — stwierdza Ślimak.
— Ona nie jest skonstruowana, po prostu przypadkowo wyewoluowała. — Amber wzrusza ramionami. — Tam nie mamy takiej jak tutaj kontroli nad całym kontekstem. Nie mogę ci po prostu wyczarować interfejsu, który pozwoli ci kąpać się w parze mającej trzysta stopni.
— Dlaczego nie? — pyta Ślimak. Mózgowy soft tłumaczący przydaje pytaniu nieprzyjemnego, jękliwego, unoszącego się tonu, co zmienia je w żądanie.
— To pogwałcenie uprawnień — próbuje tłumaczyć Amber. — Rzeczywistość, do której chcemy wejść, jest… hm… dowodliwie spójna. Musi taka być, bo jest spójna i stabilna. Gdybyśmy mogli tworzyć w niej lokalne domeny, gdzie obowiązują inne reguły, mogłyby się zacząć rozprzestrzeniać w niekontrolowany sposób. Wierz mi, to nie jest dobry pomysł. Chcesz iść z nami czy nie?
— Nie bardzo mam wyjście — odpowiada trochę nadąsany Ślimak. — Masz jakieś ciało, z którego mógłbym skorzystać?
— Chyba… — Amber pstryka palcami. — Hej, kocie!
Na membranie dzielącej dwa światy ukazuje się uśmiech z Cheshire.
— Hej, człowieku!
— Och! — Amber cofa się o krok od zjawy. — Nasz przyjaciel, tutaj, ma problem, nie mamy odpowiedniego ciała, żeby go ściągnąć. My, białkowe marionetki, jesteśmy zbyt mocno związane z naszą neurologiczną strukturą nadrzędną, a ty masz od metra rozmaitych programowalnych bramek logicznych. Pożyczysz trochę?
— Da się to lepiej zrobić. — Aineko ziewa, materializując się nieco bardziej. Ślimak zwija się i cofa, jak przerażona kiełbaska: chyba boi się tego, co widzi po swojej stronie błony. — Niedawno projektowałam sobie nowe ciało. Pomyślałam, że dobrze mi zrobi zmiana stylu na jakiś czas. Ten twój artysta-przekręciarz może więc na trochę pożyczyć mój poprzedni szablon, dopóki nie wymyślimy niczego lepszego. Co o tym myślisz?
— Słyszałeś? — pyta Amber Ślimaka. — Aineko uprzejmie zaproponowała ci swoje ciało. — Nie czekając na odpowiedź, mruga do kotki i postukuje obcasami, znikając z uśmiechem i szepcząc: — Do zobaczenia po drugiej stronie…
Przesłanie kilkudziesięciu awabitów, bo tyle liczą sobie zamrożone wektory stanu wszystkich osób mieszkających w przestrzeniach symulacyjnych Wędrownego cyrku, zajmuje jego przedpotopowemu transceiverowi parę minut. Do większości doczepiono pakiet zasobów zawierający cały zsekwencjonowany genom, parę wskazówek fenotypowych i proteomowych oraz listę pożądanych ulepszeń. Mapy genowe i te wskazówki zawierają dość informacji, żeby wyekstrapolować całą białkową machinę. Zatem wytwórnia ciał karnawałowego miasta zabiera się do pracy — zaczyna generować w fabrykatorach zmodyfikowane komórki macierzyste i inkubatory.
W tych czasach zreinkarnowanie całego statku oszołomionych relatywizmem ludzi nie zajmuje wiele czasu. Miasto najpierw rzeźbi dla nich szkielety (grzecznie ignorując przesłane przez Pamelę obcesowe żądanie zaprzestania tych działań, stwierdza bowiem, że nie jest ona tutaj stroną), potem natryskuje tę gąbczastą kość zastępczą komórkami kościogubnymi. Z daleka przypominają zwyczajne ludzkie komórki macierzyste, ale zamiast jąder mają prymitywne ziarenka komputronium, bryłki inteligentnej materii tak małe, że są równie tępe jak przedpotopowe Pentium, odczytujące taśmę sterującą, która i tak jest zaprojektowana o wiele lepiej niż cokolwiek wyewoluowanego przez Matkę Naturę. Te mocno zoptymalizowane sztuczne komórki macierzyste — biologiczne roboty we wszystkim poza nazwą — mnożą się jak rak, wydzielając krótko żyjące bezjądrowe komórki drugorzędowe. Potem miasto nasyca tę chaotyczną plątaninę quasi-rakowatych komórek potężną liczbą kapsydów-nosicieli, dostarczających docelowym ciałom prawdziwych mechanizmów komórkowego sterowania. W ciągu jednej megasekundy przypadkowa krzątanina budowlanych botów zamienia się w kontrolowany proces — zwykłe jądra komórkowe zastępują nanoprocesory, które są wyrzucane z komórek i wydalane na wpół już ukształtowanym układem moczowym — z wyjątkiem tych w ośrodkowym układzie nerwowym, które mają do wykonania jeszcze jedno zadanie. Jedenaście dni po zaproszeniu pierwsi pasażerowie są już wmontowywani w układ połączeń synaptycznych w świeżo wytworzonych czaszkach.