Выбрать главу

— Ale… — Sirhan urywa, czuje ciarki na skórze.

Może to wariatka, uświadamia sobie nagle. Nie klinicznie chora psychicznie, ale po prostu trochę odklejona od rzeczywistości. Zafiksowana na własnym punkcie widzenia swojej roli w rzeczywistości.

— Ja liczyłem na pojednanie — mówi cicho. — Twoja rozgałęziona rodzina żyła w niezwykle ciekawych czasach. Po co psuć to wylewaniem żółci?

— Psuć? — Patrzy na niego z politowaniem. — Od początku jest zepsute, zaczęło się od zbyt wielu altruistycznych ofiar i zbyt małej dawki sceptycyzmu. Gdyby Manfred tak bardzo nie pragnął przestać być człowiekiem, gdybym ja w porę nauczyła się odrobiny elastyczności, moglibyśmy nadal… — Waha się. — To dziwne…

— Co dziwne?

Pamela unosi laskę i ze zdziwioną miną wskazuje kłębiące się metanowe chmury.

— Mogę przysiąc, że widziałam tam langustę…

* * *

Amber budzi się w środku nocy, w ciemności, pod dławiącym ciśnieniem, wydaje się jej, że tonie. Na chwilę wraca do nieokreślonej przestrzeni po drugiej stronie routera, do piekła pełzających instrumentów, śledzących jej wszystkie przeżycia, aż po najdrobniejsze zakamarki mózgu; potem jej płuca zamieniają się w szkło i pękają, w końcu kaszle w zimnym powietrzu muzeum o północy.

Twarda kamienna podłoga pod stopami i dziwny ból w kolanach podpowiadają, że nie przebywa już na pokładzie Wędrownego cyrku. Szorstkie ręce podtrzymują ją, gdy miotana atakiem kaszlu wymiotuje delikatną błękitną mgiełką. Z porów skóry na ramionach i piersiach też sączy się ten błękitnawy płyn, parując osobliwie regularnymi serpentynami.

— Dziękuję — udaje się jej wreszcie wysapać. — Już mogę oddychać.

Siada na piętach, uświadamia sobie, że jest naga, i otwiera oczy. Wszystko jest dezorientująco dziwne, choć wcale nie powinno. Powieki przez chwilę stawiają opór, jak zaklejone, po czym reagują. Świat wydaje się osobliwie znajomy, trochę jak dom, w którym dorastała i z którego wyprowadziła się wiele lat temu. Lecz sceneria wokół nie napawa otuchą. Długie i głębokie cienie, rzucane przez jajowate zbiorniki, w nich marzenia anatoma, ciała w różnych koszmarnych stadiach budowy. A pośrodku między nimi siedzi dziwacznie zniekształcony człowiek — też nagi, jeśli nie liczyć łat rudej sierści. Odsunął się tam, puściwszy jej ręce.

— Obudziłaś się, ma chériei — pyta orangutan.

— Eee. — Amber ostrożnie kręci głową, czując opór wilgotnych włosów, delikatną pieszczotę wietrzyku.

Wyciąga czułek innego zmysłu i próbuje chwycić rzeczywistość, która się wymyka, uparta i niezagnieżdżona. Wszystko wokół jest tak mocne i nieodmienne, że czuje dźgnięcie klaustrofobicznej paniki: „Ratunku! Jestem uwięziona w prawdziwym świecie!”. Kolejny szybki test, widzi, że ma jednak dostęp do czegoś poza własną głową, i panika się uspokaja. Jej egzokora została pomyślnie zmigrowana do tego świata.

— Jestem w muzeum? Na Saturnie? Kim ty jesteś? My się znamy?

— Nie osobiście — odpowiada ostrożnie małpa. — Ale pisaliśmy do siebie. Annette Dimarcos.

— Ciocia… — Fala wspomnień rozrywa kruchy strumień świadomości Amber, zmuszając ją do kolejnych rozwidleń, dopóki nie uda się jej wszystkiego poskładać do kupy.

Annette, nagrana wiadomość głosowa: „Twój ojciec przesyła ci ten pakiet ucieczkowy”. Prawny klucz do złoconej klatki matczynej opieki. Konieczna wolność.

— Tata też tu jest? — pyta z nadzieją, choć znakomicie wie, że w rzeczywistym świecie minęło trzydzieści pięć lat liniowego czasu: to sporo wody w rzece w wieku, gdzie dziesięć lat wystarcza na kilka rewolucji przemysłowych.

— Nie jestem pewna. — Orangutan mruga leniwie, drapie się po lewym przedramieniu i rozgląda po sali. — Może jest w którymś z tych zbiorników i bawi się w te swoje wydmuszki. Albo zniknie stąd zanim opadnie kurz. — Wbija w Amber spojrzenie wielkich, piwnych, przepełnionych smutkiem oczu. — To nie będzie rodzinne spotkanie, na jakie liczyłaś.

— Nie… — Amber zaczerpuje tchu, po raz dziesiąty, może dwunasty do nowych płuc. — Co z twoim ciałem? Kiedyś byłaś człowiekiem. I co się dzieje?

— Dalej jestem człowiekiem, tam gdzie to istotne — odpowiada Annette. — Korzystam z takich ciał, bo są wygodne przy małej grawitacji, a poza tym przypominają mi, że już nie mieszkam w białkowym świecie. I jest jeszcze jeden powód. — Płynnym gestem wskazuje otwarte drzwi. — Twój syn zorganizował…

— Mój syn. — Amber mruga. — Ten, który pozywa mnie do sądu? Syn której mojej wersji? Sprzed jakiego czasu? — Przez jej mózg przelewa się wezbrana fala pytań, eksplodując w strukturalne zapytania zadawane całej dostępnej publicznej przestrzeni umysłowej. — Jasna cholera! Powiedz, że jeszcze jej tu nie ma!

— Obawiam się, że niestety jest — odpowiada Annette. — Sirhan to dziwne dziecko: znalazł wspólny język ze swoją grand-mére. I oczywiście zaprosił ją na swoją imprezę.

— Imprezę?

— No tak! Nie mówił ci jeszcze, o co chodzi? Urządza przyjęcie z okazji otwarcia swojej instytucji: archiwum rodzinnego. Odkłada proces, przynajmniej na razie. Dlatego wszyscy się tu zlecieli, nawet ja. — Małpi pyszczek wyszczerza się do niej kpiąco. — Chociaż moim strojem musiał się trochę rozczarować.

— Opowiedz o tej bibliotece — mówi Amber, mrużąc oczy. — I o tym moim synu, którego nigdy nie spotkałam, z ojca, z którym nigdy się nie pieprzyłam.

— Co, to ty wszystko wiesz? — pyta Annette.

— Jasne. — Amber prostuje się z trzeszczeniem kości. — Potrzebne mi jakieś ubranie. I parę wyściełanych mebli. I gdzie tu można się czegoś napić?

— Pokażę ci — odpowiada orangutan, prostując się, jak zwitek rurek porośniętych rudą sierścią. — Zaczniemy od wypicia czegoś.

* * *

Bostońskie Muzeum Nauki jest wprawdzie dominującą budowlą miasta-nenufaru, ale w żadnym razie nie jedyną — za to najgłupszą, bo skonstruowaną z głupiej materii pozostałej po przedoświeceniowej epoce. Orangutan prowadzi Amber serwisowym korytarzem prosto w ciepłą noc oświetloną blaskiem pierścienia. Pod stopami czuje chłodną trawę, ku recyrkulatorom na brzegu świata nieustannie wieje delikatny wietrzyk. Idzie trawiastym stokiem za przygarbioną rudą małpą, pod wierzbę płaczącą, gdzie skręcają o trzysta dziewięćdziesiąt stopni — świat za nimi znika, wchodzą do domu o ścianach uplecionych z chmur, zalanego sączącym się z sufitu księżycowym światłem.

— Co to jest? — pyta oczarowana Amber. — Jakiś aerożel?

— Nie… — Annette beka, po czym wbija dłoń w podłogę i wyszarpuje kłąb mgły. — Zrób krzesło — mówi. Mgła się zestala, nabierając kształtu i faktury, w końcu przed Amber pojawia się krzesło w stylu królowej Anny, na krzywych nóżkach. — I dla mnie też. No i opakuj to wszystko, weź jakiś mój ulubiony motyw. — Ściany cofają się odrobinę i twardnieją, wydzielając drewno, szkło i farbę. — No, jest. — Małpa szczerzy się do Amber. — I jak, przytulne?

— Ale ja… — Amber urywa. Zerka na znajomy kominek, kolekcję pamiątek, od wieków nietracące połysku termosublimacyjne odbitki zdjęć z dzieciństwa. To jej sypialnia z dzieciństwa. — Przywiozłaś tutaj to wszystko? Specjalnie dla mnie?

— Z tym szokiem przyszłości nigdy nie wiadomo. — Annette wzrusza ramionami i sięga giętką ręką do karku, żeby się podrapać. — Do większości rzeczy tutaj używa się mgły użytkowej, takiej siatki z równorzędnych wieloramiennych elementów montażowych. Umieją na rozkaz zmieniać strukturę i stan skupienia z gazowego na stały. Faktura i kolor nie są prawdziwe, to tylko pozory. Ale tak, to było w jednym z listów twojej matki do ojca. Przywiozła je tutaj, żeby ci zrobić niespodziankę. Żeby tylko zdążyła z nią na czas. — Rozciąga wargi, ukazując wielkie, kwadratowe, przystosowane do przeżuwania liści zęby w czymś, co być może za milion lat stanie się uśmiechem.