— Ty… ja… ale się nie spodziewałam. Tego.
Amber uświadamia sobie, że ma przyśpieszony oddech — co świadczy, że znalazła się na skraju paniki. Sama bliskość matki powoduje u niej nieprzyjemne objawy. Annette ma rację, Annette jest spoko. Za to ojciec to mitologiczny bóg-szachraj, ciągle czający się za plecami, żeby wyskoczyć i obsypać cię wątpliwymi darami. Pamela próbowała ukształtować małą Amber na swoje podobieństwo; córka wiele od tego czasu podróżowała i bardzo dorosła, mimo to matka nadal napawa ją irracjonalnym, klaustrofobicznym lękiem.
— Nie bądź taka zmartwiona — mówi ciepło Annette. — Jeśli okażesz przy niej, że jesteś smutna, będzie próbować cię jeszcze bardziej przygnębić. Dla niej to oznaka słabości, bo sama nie ma odwagi bronić własnych przekonań.
— Naprawdę? — Dla Amber to coś nowego; pochyla się ku Annette i nadstawia uszu.
— Tak. Widzisz, to stara i zgorzkniała kobieta. Czas nie był dla niej łaskawy. Może i chce wykorzystać swoją nienaprawioną starość jako bierną broń samobójczą, żebyśmy wszyscy poczuli się winni za jej nieszczęście, ale i tak boi się śmierci. Twoja reakcja — jeśli będziesz zmartwiona, usprawiedliwisz tylko i pośrednio zaaprobujesz ten jej egoizm. A Sirhan, młody bałwan, z nią współpracuje. Świata poza nią nie widzi i myśli, że pomagając jej umrzeć, pomaga jej osiągnąć cel. Nigdy wcześniej nie widział na oczy dorosłej osoby, która idzie tyłem w stronę przepaści.
— Tyłem. — Amber zaczerpuje tchu. — Mówisz mi, że mama jest tak nieszczęśliwa, że postanowiła się zabić przez zestarzenie? Trochę powolny sposób, nie?
Annette kręci smętnie głową.
— Trenowała pięćdziesiąt lat. Dwadzieścia osiem cię nie było! Kiedy cię urodziła, miała trzydzieści. Teraz ma ponad osiemdziesiąt i z przekonania sprzeciwia się restaurowaniu telomerów, jest nawet członkiem założycielem frontu ochrony genomu. Zgodzić się na powolnego wirusa oczyszczającego i restart wieku — to by oznaczało opuścić transparent, którym powiewała przez pięćdziesiąt lat. A zdecydować się na transfer — to też coś głęboko niesłusznego, bo nie potrafi przyznać, że jej tożsamość jest zmienną, a nie stałą. Przyleciała tutaj w puszce, zamrożona, po drodze jeszcze dodatkowo uszkodzona promieniowaniem. Nie zamierza stąd wracać. Tu chce dokonać żywota. Rozumiesz? Dlatego cię tu ściągnęli. No i jeszcze ze względu na komorników, którzy wykupili inne wierzytelności tamtego twojego „ja”. Czekają na ciebie w układzie Jowisza, z nakazami i mózgossawkami, żeby wyciągnąć z ciebie twoje prywatne klucze.
— Osaczyła mnie!
— Tego bym nie powiedziała. Chyba wszyscy od czasu do czasu zmieniamy przekonania. Jest sztywna, nieustępliwa, ale nie jest głupia. Nie jest też tak mściwa, jak czasem sama sądzi. Myśli, że wszyscy ją zostawili, choć naprawdę nie tylko o to chodzi. Twój ojciec i ja…
— On nadal żyje? — pyta niecierpliwie Amber, trochę z ciekawości, trochę z chęci usłyszenia dobrej wiadomości.
— Tak. — Annette znów szczerzy zęby, nie w uśmiechu, bardziej jakby groziła światu. — Już mówiłam: ja i twój ojciec próbowaliśmy jej pomóc. Pamela ignoruje go. Mówi, że nie jest mężczyzną. Ja za to jestem stuprocentową kobietą, prawda? Mimo to, ze mną jakoś chce gadać. Tobie będzie jeszcze łatwiej. Ale wszystkie aktywa twojego ojca się zużyły. W tej epoce nie jest już bogaty.
— No tak, ale… — Amber kiwa głową. — Może będzie mógł mi pomóc.
— Serio? Ale jak?
— Pamiętasz pierwotny cel Wędrownego cyrkuł Przekaz od rozumnych obcych?
— No pewnie — prycha Annette. — Piramida finansowa na obligacjach śmieciowych, specjalnie dla durnych naiwniaków wierzących w mądrość z latających talerzy.
Amber oblizuje usta.
— Można nas tu podsłuchać?
— Tutaj? — Annette się rozgląda. — Bez problemu. Bez permanentnej inwigilacji nie da się utrzymać habitatu we wrogim środowisku.
— No to…
Amber nurkuje w głąb siebie, rozgałęzia tożsamość, zbiera w skomplikowany pakiet grupę swoich myśli i wspomnień, przegląda je jeszcze na wszelki wypadek, podaje Annette drugi koniec szyfrowanego tunelu i wtyka jej do głowy tę zamrożoną burzę myśli. Annette siedzi nieruchomo przez jakieś dziesięć sekund, po czym wzdryga się i cicho pojękuje.
— Musisz zapytać ojca — mówi w końcu, wyraźnie się ożywiając. — Ja muszę lecieć, i to szybko. Nie trzeba mi było tego mówić! Rozumiesz, to jak dynamit. Polityczny dynamit. Muszę wrócić do mojej głównej siostry-tożsamości i ostrzec ją.
— Twojej… zaczekaj! — Amber zrywa się tak szybko, jak pozwala jej nieskoordynowane ciało, ale Annette porusza się szybciej, wspinając się po półprzejrzystej drabinie zawieszonej w powietrzu.
— Powiedz Manfredowi! — woła ciotka w małpim ciele. — Nikomu innemu nie ufaj!
Rzuca tunelem ku Amber kolejny pakiet zaszyfrowanych, spakowanvch zapisów pamięciowych; chwilę później ruda głowa dotyka stropu i rozpływa się w płynny strumień luzujących wiązania cząsteczek mgły użytkowej, rozproszony potem po całej masie budynku, który wygenerował tę nieprawdziwą małpę.
Zdjęcia z rodzinnego albumu:”Kiedy cię nie było…”.
· Amber, w brokatowej sukni i koronie zdobnej w diamentowe procesory i zewnętrzne łącza neuronowe, otoczona świtą, w całym swym majestacie uznanej głowy państwa i władczyni małego wewnętrznego księżyca bierze udział w ogólnojowiszowej konwencji konstytucyjnej. Uśmiecha się do kamer, świadomie, z profesjonalnym polorem — widać, że ma zainstalowany dobry filtr public relations. „Z przyjemnością tu przyjechaliśmy”, mówi, „i jesteśmy niezmiernie zadowoleni, że komitet postanowił poprzeć program rozwoju eksploracji dalekiego kosmosu proponowany przez Imperium Pierścienia”.
· Kawałek nieinteligentnego papieru, z literami nabazgranymi niechlujnie jakąś wyblakłą brązową substancją — pewnie krwią — głosi: „Ja się wymeldowuję, proszę mnie nie deltować”.Ta wersja Pierre’a nie poleciała na router: został w domu, skasował wszystkie swoje kopie zapasowe i podciął sobie żyły — krótkie, ostre, własnoręczne epitafium. Dla elity politycznej zewnętrznego układu to zimny wstrząs i pierwszy powiew zimowego wiatru. A także początek cenzurowania informacji skierowanych do wciąż przyśpieszającego kosmolociku: zbolała Amber podejmuje decyzję nieinformowania swojej gwiezdnej ambasady, że jeden z członków załogi nie żyje, i że jest ostatnią, unikatową kopią.
· Manfred — pięćdziesięcioletni, o modnie bladej cerze zcyfryzowanego, wyglądający dość zdrowo jak na swój wiek, stoi z głupim uśmiechem obok krzaka transmigracyjnego. Postanowił uczynić ostatni krok, już nie tylko puszczać swoje umysłowe procesy na egzokorze rozproszonych procesów, ale wyprowadzić się całą osobowością z białkowego świata, w krainę, gdzie znalazły się inne transfery podróżujące Wędrownym cyrkiem. Obok niego stoi Annette, szczupła, elegancka i niepewna, jak przystało na żonę skazańca.