— Pewnie gdzieś się ukrywa — odpowiada Sirhan. — Bo jej matka też tu jest — dodaje. — A czemu pytasz?
— Nie wiem, co ty o nas wiesz. — Pierre patrzy nań z ukosa. — Dość długo lecieliśmy tym Wędrownym cyrkiem.
— Och, mną się nie przejmuj. Ja wiem, że nie jesteście tymi samymi ludźmi, którzy zostali tutaj i przyczynili się do upadku Imperium Pierścienia — odpowiada pobłażliwie Sirhan, a Pierre pośpiesznie wypuszcza parę poszukiwawczych duchów, żeby przyniosły historię, do której nawiązuje. Ich wyniki, integrując się z narracją jego świadomości, wstrząsają nim do głębi.
— Nie mieliśmy o tym pojęcia! — Pierre splata ręce w obronnym geście. — Ani o tobie, ani o twoim ojcu — dodaje cicho. — Ani o moim drugim… życiu. — Jest zszokowany. Naprawdę się zabiłem? Ale dlaczego miałbym zrobić coś takiego?! Nie potrafi też sobie wyobrazić, co Amber zobaczyła w takim introwertycznym duchownym, jak Sadeq, i niespecjalnie ma na to ochotę.
— To musi być dla ciebie wielki wstrząs — mówi protekcjonalnie Sirhan — ale przecież właśnie o czymś takim mówiłem. Odwracalność. Co to znaczy dla ciebie, w twoim ukochanym kontekście? Ty stanowisz, sam widzisz możliwość odwrócenia wszystkich nieszczęść, które zmusiły twoje pierwotne wcielenie do autodarwinizacji. On zniszczył wszystkie kopie, jakie tylko potrafiły wyszukać jego duszki, rozumiesz. Ciebie uratował tylko rok świetlny opóźnienia i fakt, że jako aktywne wcielenie jesteś, ściśle rzecz biorąc, inną osobą. A teraz ty żyjesz, a on nie. A to, co skłoniło go do samobójstwa, ciebie w ogóle nie dotyczy. Popatrz na to jak na dobór naturalny pomiędzy różnymi wersjami twojej osoby. Przeżywa najsprawniejsza z nich.
Wskazuje na ścianę krateru. Z lewego dolnego rogu ekranu zaczyna wyrastać drzewiasty diagram, zakrzywiając się i pętląc w miarę, jak idzie w prawy górny róg, powiększając się i rozwidlając w linie systematyki.
— Życie na Ziemi, drzewo genealogiczne, przynajmniej tyle, ile mogliśmy ustalić, posiłkując się paleontologią — mówi pompatycznie. — Kręgowce zaczynają się tutaj. — Wskazuje około trzech czwartych od dołu drzewa. — I odtąd mamy średnio sto skamieniałości na megarok. Większość wykryto w ostatnich dwudziestu latach, czyli odkąd umiemy zrobić dokładne co do mikrona mapowanie skorupy i górnych warstw płaszcza Ziemi. Co za marnotrawstwo.
— To jest… — Pierre szybko wykonuje dodawanie. — Pięćdziesiąt tysięcy różnych gatunków. To jakiś problem?
— Tak! — stwierdza z naciskiem Sirhan, wyzbywszy się już powściągliwości i wyniosłości. Ma wyraźne trudności z opanowaniem się. — Na początku dwudziestego wieku mieliśmy około dwóch milionów gatunków kręgowców i szacunkowo trzydzieści milionów gatunków organizmów wielokomórkowych — trudno przykładać tę samą statystykę do prokariontów, ale ich też było sporo. Przeciętny okres trwania gatunku to jakieś pięć megalat. Kiedyś ludzie myśleli, że jeden megarok — ale to bardzo kręgowco-centryczny punkt widzenia — gatunki owadów, na przykład, są stabilne o wiele dłużej. W każdym razie, wszystkie nasze próbki obejmują, z całej historii Ziemi, zaledwie około pięćdziesięciu tysięcy gatunków prehistorycznych, z trzydziestu milionów, zmieniających się co pięć milionów lat. Czyli ze wszystkich form życia, jakie kiedykolwiek istniały na Ziemi, znamy tylko jedną na milion. A z ludzką historią jest jeszcze gorzej.
— Aha, czyli ty jesteś fanem wspominkologii, tak? Co się naprawdę wydarzyło, kiedy kolonizowaliśmy Barneya. Kto powypuszczał ropuchy Oscara do nieważkiego rdzenia Ernsta Sangera, tego typu rzeczy?
— Niezupełnie. — Sirhan ma udręczoną minę, jakby jego przemyślenia dewaluowały się od wypowiedzenia ich na głos. — Mnie interesuje historia. Cała historia. Ja chcę podbić rynek kontraktów terminowych na historię. Ale potrzebuję pomocy babki, i ty pomożesz mi ją uzyskać.
Przez cały dzień ze zbiorników wykluwają się coraz to nowi uchodźcy z Wędrownego cyrku; mrugają oślepieni światłem, rozbitkowie z poprzedniej epoki. Z tej odległości wewnętrzny układ widać bardzo niewyraźnie, jako opuchniętą czerwoną chmurę przesłaniającą wiszące nisko nad horyzontem słońce. Lecz wielka przebudowa jest i tak widoczna nawet gołym okiem — tutaj, w niepokojąco fraktalnej strukturze wirujących na niebie pierścieni. Sirhan (lub ktoś, kto finansuje to spotkanie rodzinnych ciał) zaspokoił ich fizyczne potrzeby: zapewnił jedzenie, wodę, ubranie, mieszkanie i pasmo transmisyjne, wszystkiego tego jest pod dostatkiem. Na trawiastym wzgórku obok muzeum wyrasta już małe osiedle bąblowatych domków z zestalających się w najrozmaitsze kształty i style cząsteczek mgły użytkowej.
Sirhan nie jest jedynym mieszkańcem tego okolicznościowego miasteczka, choć pozostali na razie wybierają samotność. W obecnym stanie zechcieliby tu zamieszkać tylko burżuazyjni izolacjoniści i dziwacy-samotnicy, gdyż od reszty cywilizacji dzieliłyby ich całe świetlne minuty. Sieć habitatów-nenufarów nie jest jeszcze gotowa na pełne saturnalia — masową falę imigracyjną, która rozleje się po tym obcym świecie, gdy przyjdzie czas na Wystawę Światową, czyli za dziesięć lat lub więcej. Latający cyrk Amber sprawił, że tubylcy-odludki skryli się pod ziemię, w pewnych przypadkach dosłownie: sąsiadka Sirhana, Vinca Kovic, najpierw głośno narzekała na hałas i rozgardiasz („Czterdziestu imigrantów! Skandal!”), a potem zamknęła się w podtrzymującej życie kapsule i teraz przesypia zły czas, dyndając kilometr pod fundamentem orbitującego miasta, na lince cienkiej jak pajęcza nić.
Ale to nie powstrzyma Sirhana od zorganizowania przyjęcia dla gości. Wyprowadził na zewnątrz swój wspaniały stół jadalny razem ze szkieletem argentynozaura. Właściwie zbudował tam nową jadalnię mieszczącą się w jego klatce piersiowej. Nie zamierza w żadnym razie wyłożyć na stół wszystkich kart, ale ciekawie będzie obserwować reakcje gości. No i może wreszcie skądś wylezie ów tajemniczy dobroczyńca płacący za te wszystkie białkowe ciała.
Gdy drugi zachód słońca w cyklu dziennym delikatnie przyciemnia niebo fioletem, agenty Sirhana grzecznie zapraszają gości na przyjęcie. On sam omawia z Pamelą swe plany przez zabytkowy, dający tylko fonię telefon, a tymczasem milczący lokaj ubiera go z nieludzką zręcznością i szybkością.
— Jeśli jasno im przedstawię sytuację, na pewno posłuchają — mówi. — A jeśli nie, to trudno, szybko się przekonają, co to znaczy być biedakiem w Ekonomii Dwa Zero. Bez możliwości zwielokrotniania się, bez mocy decyzyjnej, ograniczeni do czysto fizycznych zasobów, zdani na łaskę i niełaskę drapieżnych borganizmów i metareligii. To żadna sielanka!
— Sam nie masz zasobów, żeby to wszystko zorganizować — przypomina babka suchym, dydaktycznym tonem. — Gdyby to była stara gospodarka, mógłbyś skorzystać z infrastruktury banków, ubezpieczycieli czy innych mechanizmów zarządzania ryzykiem…
— W tym przedsięwzięciu, z czysto ludzkiego punktu widzenia, nie ma żadnego ryzyka — upiera się Sirhan. — Jedyne ryzyko to rozpoczynanie tego z tak ograniczonymi zasobami.
— Raz lepiej, raz gorzej — zauważa Pamela. — No, pokaż się. — Sirhan, wzdychając, macha do nieruchomej kamerki; ta mruga, zaskoczona. — Proszę, świetnie wyglądasz! Tradycyjny rodzinny przedsiębiorca w każdym calu. Jestem z ciebie dumna, skarbie.
Sirhan, pozbywając się mrugnięciem niespodziewanej łzy dumy, kiwa głową.
— Do zobaczenia za parę minut — mówi, po czym przerywa połączenie i zwraca się do najbliższego lokaja: — Sprowadź mi powóz, szybko.
Falująca chmura mgły użytkowej, nieustannie rozpadającej się i łączącej w rozmyty kształt zabytkowego rolls-royce’a silver shadow rocznik 1910, bezgłośnie wywozi Sirhana z jego skrzydła muzeum. Wiezie go ścieżką wokół budynku, pod zachodzącym słońcem, do niecki amfiteatru, gdzie stoi już szkielet argentynozaura, jak trochę nadtopiona instalacja z kolumn pod pomarańczowo-srebrnym blaskiem pierścienia. Jest już tam mała gromadka ludzi, niektórzy są ubrani na sportowo, inni w eleganckie stroje z poprzednich epok. Większość stanowią niedawno wybudowani pasażerowie lub załoga kosmolociku, choć pojawiło się też paru łypiących nieufnie pustelników, stojących w obronnych pozach, otoczonych bzyczeniem orbitujących wokół nich pszczół-ochroniarek. Sirhan wysiada ze srebrzystego auta i każe mu się rozwiać; bryza rozgania obłoczki mgły.