Выбрать главу

— Witajcie w mojej rezydencji — mówi, kłaniając się poważnie wianuszkowi zainteresowanych twarzy. — Jestem Sirhan al-Churasani, główny wykonawca odpowiadający za ten mały zakątek w przejściowej fazie terraformowania Saturna. Jak zapewne niektórzy z państwa wiedzą, jestem związany pokrewieństwem i projektem z waszą byłą kapitan, Amber Macx. Oddaję wam do dyspozycji wygody mojego domu, na czas aklimatyzacji do obowiązujących w całym układzie zmienionych reguł, to znaczy, zanim zdecydujecie, dokąd chcecie się teraz udać.

Podchodzi do środka podkowiastego stołu z zestalonego powietrza, unoszącego się w klatce piersiowej zdechłego dinozaura, powoli obraca się, przypatrując wszystkim twarzom, i wymruguje podpisy, przypominające mu, kto jest kto. Lekko marszczy czoło: matki ani śladu. Ale ten żylasty gość, z brodą… to chyba nie jest…

— Ojciec? — pyta.

Sadeq mruga po sowiemu.

— My się już poznaliśmy?

— Prawdopodobnie nie. — Sirhan czuje, jak kręci mu się w głowie, bo choć Sadeq przypomina młodszą kopię jego własnego ojca, coś jest w nim nie tak, coś nie pasuje: ten wyraz zatroskania, ten brak zaangażowania, brak rodzicielskiego zainteresowania. Ten Sadeq nigdy nie trzymał Sirhana-niemowlęcia na rękach w sterowni w osiowym walcu Pierścienia, nigdy nie pokazywał mu spiralnej burzy na potężnej tarczy Jowisza, ani nie opowiadał mrożących krew w żyłach baśni o dżinach i cudach. — Ale nie użyję tego przeciwko tobie, obiecuję.

Sadeq unosi brew, ale się nie odzywa, zostawiając Sirhana w niekomfortowym bąblu ciszy.

— No dobrze — mówi ten pośpiesznie. — Jeśli chcecie, proszę się częstować jedzeniem i napojami, potem będzie dużo czasu na rozmowy.

Sirhan nie lubi rozgałęziać się na duchy tylko po to, żeby wchodzić w interakcję z ludźmi — łatwo się żenująco zaplątać — ale prowadzenie przyjęcia będzie wymagać trochę zaangażowania.

Rozgląda się wokół. Oto łysy, agresywnie wyglądający facet z krzaczastymi brwiami, ubrany w coś, co przypomina szorty i bezrękawnik z pociętego skafandra. Kto to? (Agenty Sirhana podpowiadają: „Borys Denisowicz”. Ale co to oznacza?). Jest też starsza kobieta z rozbawioną miną, na ramieniu przysiada jej kamerka o paciorkowatych oczkach, pstrokata jak rajski ptak. Za nią druga, młodsza, odziana od stóp do głów w obcisłą czerń, jasnopopielate włosy zaplecione w drobne warkoczyki, przygląda mu się — tak jak Pierre, w obronnym geście obejmujący ją ręką. To są… Amber Macx? To jego matka? Wygląda o wiele za młodo i jest zbyt zakochana w tym Pierrze.

— Amber! — mówi, podchodząc do nich.

— Słucham? Ty jesteś tym, hm, tajemniczym gościem, który sądzi mnie o alimenty? — Jej uśmiech jest zdecydowanie nieprzyjazny. — Zważywszy na okoliczności, nie mogę powiedzieć, że miło mi poznać, chociaż powinnam podziękować za gościnę.

— Ja… — Język przysycha mu do podniebienia. — To niezupełnie tak.

— A niby jak? — pyta ostro, celując w niego palcem. — Doskonale wiesz, że nie jestem żadną twoją matką. Więc o co w tym wszystkim chodzi? Wiesz też bardzo dobrze, że jestem prawie bankrutką, więc chyba nie zależy ci na tych drobnych z moich kieszeni. Czego ode mnie chcesz?

Jej gwałtowność zbija go z tropu. Ta agresywna, cięta kobieta nie jest jego matką, ani ten wierzący w Boga introwertyczny duchowny naprzeciwko nie jest jego ojcem.

— M-m-musiałem interweniować, żebyście nie lecieli do wewnętrznego układu — mówi. Ośrodek mowy zakleszcza mu się, zanim zdąża zareagować moduł przeciwjąkaniowy. — Tam by was pożarli żywcem. Twoja druga połówka zostawiła poważne długi, które wykupiły wyjątkowo drapieżne…

— Zdziczałe korporacyjne instrumenty finansowe — stwierdza dość spokojnie. — W pełni samoświadome i samodzielne.

— Skąd wiesz? — pyta zaniepokojony.

Amber patrzy ponuro.

— Już się z nimi zetknęłam. — Mina jest bardzo znajoma, zna ją do głębi, więc u osoby prawie obcej wydaje się bardzo nie na miejscu. — Byliśmy tam w paru dziwnych miejscach. — Patrzy poza niego, skupiając wzrok na kimś innym, i oddycha głęboko. Jej twarz obojętnieje. — Szybko, gadaj, co tam knujesz. Zanim zjawi się mamuśka.

— Archiwizacja umysłów połączona z historią. Robisz sobie kopię zapasową, przeżywasz kawałek takiego czy owakiego życia, patrzysz, co się sprawdza, a co nie — klęski niepotrzebne, klikasz „wczytaj grę” i zaczynasz jeszcze raz. A do tego, w dłuższej perspektywie, rynek kontraktów terminowych na historię. Potrzebuję twojej pomocy — paple. — Bez rodziny to nie zadziała, a ją próbuję powstrzymać, żeby się nie zabiła…

— Rodzina.

Amber ostrożnie kiwa głową i Sirhan zauważa, że jej towarzysz, ten Pierre — nie słabe ogniwo, które pękło jeszcze przed jego urodzeniem, ale podróżnik o nieustępliwym spojrzeniu, świeżo po powrocie z dziczy — taksuje go wzrokiem. Sirhan ma w zanadrzu egzokory parę sztuczek — widzi mgiełkę duchów wokół Pierre’a; technikę zgłębiania danych ma przestarzałą i prymitywną, ale pełną zapału i niepozbawioną pewnego wdzięku.

— Rodzina — powtarza Amber, brzmi to jak przekleństwo. Nieco głośniej dodaje: — Dzień dobry, mamuśka. Powinnam się domyślić, że ciebie też zaprosił.

— Pudło.

Sirhan odwraca głowę w stronę Pameli, potem z powrotem ku Amber, nagle czując się jak szczur między dwiema rozwścieczonymi kobrami. Opierając się na lasce, z dyskretnym makijażem, ze wszystkimi medycznymi wspomagaczami ukrytymi pod staroświecką suknią, Pamela mogłaby być źle zakonserwowaną sześćdziesięciolatką z dawnych czasów, a nie koszmarnym przypadkiem powolnego samobójstwa — bo tak się na nią dzisiaj patrzy. Uśmiecha się grzecznie do Amber.

— Może pamiętasz, jak ci powtarzałam, że dama nigdy nikogo niechcący nie obrazi. Nie chciałam urazić Sirhana, pojawiając się tutaj wbrew jego woli, więc po prostu nie dałam mu okazji się sprzeciwić.

— Myślisz, że tym sposobem wszyscy zesramy się ze współczucia? — odparowuje Amber. — Spodziewałam się po tobie czegoś lepszego.

— No wiesz… — Ogień w jej oczach nagle gaśnie, poddany paraliżującemu ciśnieniu samokontroli, przychodzącej tylko z wiekiem. — Miałam nadzieję, że ucieczka od tego wszystkiego trochę poprawi ci usposobienie, jeśli nie kulturę osobistą, ale wyraźnie nie. — Wskazuje laską stół. — Pozwól, że powtórzę: to pomysł twojego syna. Może coś zjesz?

— Najpierw ktoś, kto sprawdzi, czy to nie jest zatrute. — Amber uśmiecha się przebiegle.

— No żeż kurwa mać! — To pierwsze słowa Pierre’a, może chamskie, ale wszyscy czują wielką ulgę, gdy podchodzi do stołu, łapie półmisek pełen sucharków z kawiorem z łososia i wkłada jeden do ust. — Może zaczekacie z tą nawalanką, dopóki reszta się trochę nie naje? Bo z tutejszą biofizyką nie da się dyskutować. — Podsuwa talerz Sirhanowi. — Częstuj się, jest twój.