Выбрать главу

Czar pryska.

— Dziękuję — mówi Sirhan, biorąc sucharek i czując, jak opada napięcie.

Amber i jej matka przestają się przygotowywać do obrzucania atomówkami i skupiają na sprawach bieżących, czyli na fakcie, że na każdej imprezie najpierw idzie żarcie, a potem zadyma, nie na odwrót.

— Spróbujcie też majonezu jajecznego. — Sirhan słyszy swój głos. — Można łatwo zrozumieć, dlaczego za poprzednim razem dodo wymarły.

— Dodo. — Amber, biorąc talerz z bezgłośnie szybującego kelnerobota o kształcie tulei, nieufnie zerka jednym okiem na matkę. — A o co chodziło z tym rodzinnym projektem inwestycyjnym?

— Po prostu o to, że jeśli nie będziesz współpracować, twoja rodzina pójdzie w ślady ptaka. — Matka wtrąca się, zanim Sirhan zdąża sformułować odpowiedź. — Ale nie sądzę, żeby cię to obeszło.

— W światach rdzenia roi się od korporacji — wtrąca się Borys. — Dla nas interesy będą kiepskie, dla nich świetne. Jeśli to jest tak, jak tam, gdzie my…

— Nie przypominam sobie, żebyś ty tam był — rzuca opryskliwie Pierre.

— W każdym razie — ciągnie gładko Sirhan — rdzeń nie nadaje się już dla nas, jednorazowych białkowych organizmów. Wciąż jest tam wielu ludzi, ale ci, którzy przeszli transfer, spodziewając się boomu ekonomicznego, mocno się rozczarowali. Teraz wartością jest oryginalność, a ludzka architektura neuronalna nie jest zoptymalizowana pod tym kątem. Z natury rzeczy jesteśmy gatunkiem konserwatywnym, bo w statycznym ekosystemie to daje największy zwrot na utopionych kosztach inwestycji w rozmnażanie. Owszem, zmieniamy się z czasem — byliśmy chyba najelastyczniejsi ze wszystkich gatunków na Ziemi — ale w porównaniu z organizmami przystosowanymi do Ekonomii Dwa Zero jesteśmy jak granitowe posągi.

— Opowiadasz, chłopaku — ćwierka Pamela, niemal drwiąco. — W moich czasach nie byliśmy tacy anemiczni.

Amber rzuca jej zimne spojrzenie.

— Na czym to stanąłem? — Sirhan pstryka palcami i pojawia się w nich szklanka musującego soku winogronowego. — Pierwsi potransferowi przedsiębiorcy ciągle się rozwidlali: odkryli, że potrafią skalować się liniowo, zajmując moc procesorów proporcjonalnie do ilości dostępnego komputronium i że w ten sposób nietrywialne obliczeniowo problemy stają się bułką z masłem. Mogli także działać szybciej lub wolniej niż w czasie rzeczywistym. Ale nadal byli ludźmi i nie potrafili funkcjonować efektywnie poza narzucanymi przez człowieczeństwo ograniczeniami. Weźmy człowieka, dołóżmy wszystkie rozszerzenia, pozwalające w pełni korzystać z Ekonomii Dwa Zero, a właściwie poprzerywamy mu ciągłość narracji świadomości, zastępując ją dziennikiem transakcji pomiędzy rozmaitymi agentami; gość będzie niesamowicie efektywny i elastyczny, ale nie będzie człowiekiem w żadnym rozpoznawalnym sensie tego słowa.

— Rozumiem — mówi powoli Pierre. — Chyba sami widzieliśmy coś takiego. Na routerze.

Sirhan kiwa głową, niepewny, czy Pierre nie nawiązuje do czegoś istotnego.

— Sami więc widzicie: są granice ludzkiego postępu, ale nie postępu jako takiego! Transferowcy odkryli, że ich praca ciągle traci na wartości, od punktu, gdy zaczęła się zmniejszać ich przydatność. A kapitalizm nie ma za wiele do powiedzenia pracownikom, których umiejętności stały się niepotrzebne, poza stwierdzeniem, że dopóki pracują, powinni mądrze inwestować i ewentualnie się przekwalifikować: ale w Ekonomii Dwa Zero sama umiejętność inwestowania wykracza daleko poza możliwości nieulepszonego człowieka. Nie można się przekwalifikować na mewę, prawda, i tak samo trudno zaadaptować się do Ekonomii Dwa Zero. Ziemia jest teraz… — Wzdryga się.

— W dawnych czasach słyszało się takie hasło — odzywa się spokojnie Pamela — „czystka etniczna”. Wiesz, co to znaczy, moja kochana, głupia córko? Bierze się ludzi, których określasz jako nic niewartych, najpierw zapędza do getta, gdzie zasoby są ograniczone, a potem się decyduje, że nie warto już cokolwiek na nich wydawać, a naboje są tańsze od chleba. „Dzieci umysłu”, ekstropianie nazywali je postludźmi, ale bardziej przypominają Wyrodne Potomstwo. W stromej fazie sigmoidy było tego sporo. Głodujący w obfitości, przymusowe nawrócenia, dokładne przeciwieństwo wszystkiego, czego rzekomo pragnął twój ojciec…

— Nie wierzę — mówi żarliwie Amber. — To idiotyzm! Nie możemy pójść w ślady…

— A co, może kiedyś historia ludzi wyglądała jakoś inaczej? — pyta kobieta z kamerą na ramieniu. Donna, jakaś archiwistka materiałów publicznych, Sirhan ocenia, że jeszcze może mu się przydać. — Pamiętasz co znaleźliśmy w DMZ-cie?

— W DMZ-cie? — dziwi się zaskoczony Sirhan.

— No, po przejściu przez router — odpowiada ponuro Pierre. — Ty mu opowiedz, kochanie. — Zerka na Amber.

Obserwując go, Sirhan ma wrażenie, że wpadł do innego świata — wszystkie elementy zaczynają składać się w ten moment, gdy kobieta, która mogłaby być jego matką, wcale nią nie jest, gdy czarne jest białe, kochana babcia jest wredną wiedźmą, a nieodpowiedzialny dziadek dalekowzrocznym wizjonerem.

— Przetransferowaliśmy się przez router — mówi Amber, przez chwilę zakłopotana. — Po drugiej stronie ma sieć. Mówiono nam, że jest szybsza od światła, natychmiastowa, ale teraz nie jestem tego taka pewna. Chyba to jest bardziej skomplikowane, coś jak sieć działająca z prędkością światła, z fragmentami poprowadzonymi przez tunele, przez co z naszego punktu widzenia wydaje się, że działa szybciej. W każdym razie, mózgi-matrioszki, końcowe produkty osobliwości technologicznej, są ograniczane przez pasmo. Wcześniej czy później, potomkowie postludzi wyewoluowują Ekonomię Dwa Zero, albo Trzy Zero, albo coś jeszcze innego. I to coś, eee… zżera własnych świadomych twórców. Widzieliśmy końcowy efekt — wielka dżungla pełna zdegenerowanych danych i skompresowanych fraktalnie, postświadomych procesów, działających coraz wolniej i wolniej w miarę jak przehandlowują pojemność pamięci na moc przetwarzania. My… — oblizuje usta -…cudem uciekliśmy z całymi umysłami. I to tylko dzięki naszemu przyjacielowi. Trochę przypomina to podstawowy cykl ewolucji gwiazd — kiedy gwiazda typu G zaczyna spalać hel i puchnie w czerwonego olbrzyma, oznacza to koniec gry dla życia, które kwitło w strefie ciekłej wody. Świadome cywilizacje wcześniej czy później zamieniają całą dostępną masę na zasilane słońcem komputronium. A do gwiazd nie latają, bo chcą zostać blisko centrum, gdzie jest dostępne szerokie pasmo, opóźnienie jest małe. I wcześniej czy później z konkurencji o zasoby wykluwa się nowy poziom metakonkurencji, odsyłający ich do lamusa.

— To wygląda wiarygodnie — mówi powoli Sirhan. Odstawia szklankę i w roztargnieniu gryzie paznokieć. — Myślałem, że to mało prawdopodobny wynik, ale…

— Ja zawsze mówiłam, że pomysły twojego dziadka jeszcze się kiedyś zemszczą — wtrąca Pamela.

— Ale… — Amber kręci głową. — W tym jest coś jeszcze, prawda?

— Być może — mówi Sirhan i milknie.

— No to jak, powiesz nam czy nie? — pyta zirytowany Pierre. — Co to za superpomysł?

— Takie archiwum — odpowiada Sirhan, stwierdzając, że już czas na reklamę. — Na najniższym poziomie można w nim po prostu przechowywać kopie zapasowe własnej tożsamości. Dobra rzecz, bez dwóch zdań, prawda? Ale to nie koniec. Chcę oferować pakiet zagnieżdżonych światów — wielkich i chodzących szybciej od czasu rzeczywistego — o wielkości i kompletności pozwalającej inteligencjom ludzkiego poziomu na analizę i modelowanie samych siebie. Jak wypączkowywanie duchów, ale na o wiele większą skalę — można dać im całe lata na rozwój, zdobycie nowych umiejętności, a potem ocenić, który najbardziej odpowiada wymaganiom rynku i wtedy zdecydować, która wersja samego siebie najlepiej nadaje się do uruchomienia w prawdziwym świecie. Wspominałem o paradoksie przekwalifikowywania się. Popatrzcie na to jak na rozwiązanie dla inteligencji pierwszego poziomu, równorzędnych ludzkim. Lecz to tylko krótkoterminowy model biznesowy. W dłuższej perspektywie chciałbym całkowicie zmonopolizować rynek kontraktów terminowych na historię, posiadając kompletne archiwum ludzkich przeżyć, od zarania piątej osobliwości w górę. Nie będzie już nieznanych, wymarłych gatunków. Dzięki temu otrzymamy coś, czym da się handlować z następnymi generacjami inteligencji — tymi, które nie są dziećmi naszego umysłu i ledwo nas pamiętają. W najgorszym razie da to nam szansę na ponowne życie, na długą, miliardoletnią perspektywę. Ale może także stać się tratwą ratunkową. Jeśli nie będziemy w stanie konkurować z własnymi wytworami, przynajmniej będziemy mieli gdzie uciec — ci, co zechcą. Mam agenty pracujące na komecie daleko w obłoku Oorta — można by przenieść tam archiwum, zamienić je w generacyjną arkę, mogącą pomieścić miliardy uchodźców, żyjących w przestrzeni archiwalnej dużo wolniej od czasu rzeczywistego, dopóki nie znajdzie się nowego świata do zasiedlenia.