— To nie brzmi dobrze — wtrąca Borys. Rzuca niespokojne spojrzenie kobiecie o wschodnich rysach, stojącej na uboczu i w milczeniu obserwującej debatę.
— To naprawdę zaszło tak daleko? — pyta Amber.
— W wewnętrznym układzie czatują na ciebie komornicy — mówi beznamiętnie Pamela. — Po postępowaniu upadłościowym rozmaite korporacje doszły do wniosku, że pewnie coś ukrywasz. Teoria brzmiała tak: to nieprawdopodobne, żebyś stawiała tak wiele na samą możliwość napotkania obcego artefaktu parę lat świetlnych stąd, więc musiałaś dysponować dodatkowymi informacjami, których nie ujawniłaś. Teoria mówi też, że twoja kotka — bo w latach pięćdziesiątych modne były sprzętowe tokeny — stanowi klucz do pakietu rachunków depozytowych. Kiedy weszła Ekonomia Dwa Zero, cała afera trochę przyschła, ale paru podejrzanych świrów od spiskowej teorii nie dało za wygraną. — Uśmiecha się złowrogo. — Dlatego właśnie podpowiedziałam twojemu synowi, żeby złożył ci propozycję nie do odrzucenia.
— Co to jest? — rozlega się głos, dobiegający z poziomu znajdującego się poniżej kolan.
Pamela patrzy w dół z wyraźnym niesmakiem.
— Tobie miałabym powiedzieć? — pyta, wspierając się na lasce. — Po tym, jak mi się odpłaciłaś za gościnność! Zasługujesz tylko na porządnego kopa! Gdyby tak kolana mi na to pozwalały!
Kotka wygina grzbiet i stroszy ogon ze strachu, a Amber dopiero po chwili uświadamia sobie, że to nie reakcja na Pamelę, ale na coś z tyłu, za nią.
— Za ścianą bąbla. Poza atmosferą miasta. Takie zimne. Co to jest?
Amber obraca się i kieruje wzrok tam gdzie kotka.
— Spodziewasz się gości? — pyta drżącym głosem Sirhana.
— Gości…? — Sirhan odwraca się w stronę, w którą gapią się wszyscy, i zamiera. Horyzont rozświetla fałszywy świt: termojądrowy błysk schodzącego z orbity statku.
— Komornicy — mówi Pamela, przekrzywiając głowę, jakby wsłuchiwała się w głos ze staroświeckiej słuchawki z przewodnictwem kostnym. — Przylecieli, skarbie, po nasze wspomnienia — tłumaczy, marszcząc czoło. — Mówią, że mamy pięć kilosekund na oddanie wszystkiego. Inaczej nas rozwalą…
— Jesteście wszyscy w poważnych tarapatach — mówi orangutan, z wdziękiem zjeżdżając po olbrzymim żebrze i lądując niezgrabnie przed Sirhanem.
Sirhan cofa się z obrzydzeniem.
— Znowu ty! Czego teraz chcesz?
— Niczego. — Małpa nie zwraca na niego uwagi. — Amber, czas wezwać ojca.
— No tak, ale czy on przyjdzie? — Amber wpatruje się w małpę. Jej źrenice się rozszerzają. — Zaraz, przecież ty nie jesteś moją…
— Ej, ty. — Sirhan gapi się na orangutana. — Idź sobie! Nie zapraszałem cię!.
— Jeszcze jacyś niechciani goście? — pyta Pamela, unosząc brwi.
— Właśnie, że zapraszałeś. — Małpa szczerzy się do Amber, potem kuca, cicho pohukuje i woła kotkę, która schowała się za jednym ze zwinnych, srebrnych kelnerobotów.
— Manfred nie jest tu mile widziany. Ani ta pani. — Sirhan klnie pod nosem. Wyłapuje spojrzenie Pameli. — Wiedziałaś coś o tym? Albo o komornikach? — Macha dłonią ku oknu, za którym ogień silnika rzuca strzępiaste cienie.
Schodząc z orbity, opada za horyzont — kiedy pojawi się następnym razem, będzie leciał z frontem naddźwiękowej fali uderzeniowej, prując ku nim tuż nad wierzchołkami chmur, żeby dokonać rabunku.
— Ja? — prycha Pamela. — Dorośnij. — Przygląda się nieufnie małpie. — Aż takiej kontroli nad wszystkim nie mam. A co do komorników, to nie napuściłabym ich nawet na najgorszego wroga. Widziałam, co oni potrafią. — Jej oczy na moment rozbłyskują gniewem. — No, naprawdę byś dorósł!
— Mógłbyś — powtarza ktoś za plecami Sirhana.
Nowy rozmówca to kobieta, odrobinę przy kości, mówiąca z akcentem.
Sirhan odwraca się i patrzy na nią: wysoka, czarnowłosa, ubrana w ciemny męski garnitur o archaicznym kroju i lustrzane okulary.
— A, Pamela, ma chérie. Dawno nie wydrapywałyśmy sobie oczu. — Kobieta uśmiecha się groźnie i wyciąga rękę do Pam.
Sirhan już przedtem był zbity z tropu. Teraz, widząc swą honorową ciotkę dla odmiany w ludzkiej postaci, zdezorientowany wgapia się w małpę. Pamela podchodzi do Annette i ujmuje jej dłoń wątłymi palcami.
— Wcale się nie zmieniłaś — mówi poważnie. — Już rozumiem, czemu tak się ciebie obawiałam.
— Ej ty. — Amber cofa się, aż wpada na Sirhana. Wbija w niego wzrok. — Czemu, do kurwy nędzy, zaprosiłeś tutaj te dwie? Chcesz, żeby wybuchła wojna termojądrowa?
— Nie pytaj — odpowiada bezradnie. — Nie wiem, czemu się tu zjawiły. I o co chodzi z tym… — Wbija wzrok w orangutana, który pozwala teraz kotce lizać włochatą dłoń. — To twój kot?
— Pomarańczowy strój zupełnie Aineko nie pasuje — mówi powoli Amber. — Mówiłam już o naszym autostopowiczu?
Sirhan kręci głową, próbując pozbyć się zmieszania.
— Chyba nie ma czasu. Za dwie godziny wrócą komornicy. Są uzbrojeni i niebezpieczni, a jeśli skierują ogień wylotowy na szczyt bąbla i podpalą atmosferę, mamy przerąbane — pękną komory wyporowe, a nawet komputronium za dobrze nie działa pod ciśnieniem miliona atmosfer metalicznego wodoru.
— Więc chyba jednak musisz znaleźć trochę czasu. — Amber chwyta jego łokieć w żelazny uścisk i odwraca ku ścieżce prowadzącej do budynku muzeum. — Wariactwo — mruczy. — Tante Annette i Pamela Macx na jednej planecie! I jeszcze w dobrej komitywie! To zły znak. — Rozgląda się i dostrzega małpę. — Ej. Chodź tutaj. I weź kota.
— Ten kot… kotka… — Sirhan się waha. — Słyszałem o niej — dodaje głupawo. — Leciała z wami Wędrownym cyrkiem.
— Naprawdę? — Ogląda się za siebie. Małpa posyła jej całusa; kołysze kotkę na ramieniu i łaskocze pod brodą. — Nie przyszło ci do głowy, że Aineko nie jest takim sobie zwykłym kotem-robotem?
— Aaa — odzywa się cicho Sirhan. — Więc ci egzekutorzy…
— Nie, to wszystko gówno prawda. Aineko to sztuczna inteligencja, dorównująca ludzkiej albo i lepsza. Jak myślisz, dlaczego siedzi w ciele kota?
— Nie mam pojęcia.
— Bo ludzie zawsze lekceważą rzeczy małe, futrzaste i śliczne — odpowiada orangutan.