— To najmniejszy z twoich problemów — zauważa Amber. — Na jakim statucie chodzą ci komornicy?
— Statucie? A, systemie prawnym? Pewnie jakimś tanim, może nawet odziedziczonym po Imperium Pierścienia. W tych czasach nikomu nie chce się łamać prawa, za łatwo jest po prostu kupić jakiś system prawny w pudełku, dopasować go trochę do siebie i przestrzegać.
— Jasne. — Amber przystaje, nieruchomieje, po czym unosi głowę i wpatruje się w ledwie widoczną kopułę gazu. — Gołębie — mówi, niemal ze znudzeniem. — Cholera, jak mogłam ich nie zauważyć? Dawno ci się zalęgły te grupowe umysły?
— Grupowe? — Sirhan staje jak wryty. — Co powiedziałaś?
Z nieba dobiega ptasi śmiech, na ścieżce wokół Sirhana rozbryzgują się kropki ptasiego gówna. Amber uskakuje zręcznie, lecz Sirhan nie jest taki zwinny: klnie i wzywa ściereczkę z zestalonego powietrza, do wytarcia głowy.
— Chodzi o ich stadne zachowanie — tłumaczy Amber ze wzrokiem utkwionym w górze. — Kiedy prześledzisz ruchy poszczególnych elementów, ptaków, zauważysz, że nie latają po odrębnych trasach. Każdy gołąb stara się trzymać około dziesięciu metrów od szesnastu sąsiadów. Taka sieć hamiltonowska, dzieciaku. Prawdziwe ptaki tak nie robią. Dawno są?
Sirhan przestaje kląć i spogląda w górę na krążące ptaki, gruchające i szydzące z niego z bezpiecznej wysokości. Wygraża im pięścią.
— Jeszcze was dopadnę, zobaczycie!
— Nie wydaje mi się. — Amber znów chwyta go za łokieć i prowadzi wokół wzgórza. Sirhan, zajęty utrzymywaniem parasola z mgły użytkowej nad swoją lśniącą czystością czaszką, toleruje takie traktowanie. — Nie myślisz chyba, że to przypadek, co? — pyta na prywatnym kanale. — One są tu jednym z graczy.
— Nie obchodzi mnie to. Zhackowały moje miasto i wbiły się na krzywy ryj na przyjęcie! Wszystko jedno kim są, nie są tu mile widziane.
— Sławne ostatnie słowa — mruczy Amber, gdy przyjęcie wyłania się znad wzgórza i prawie ich tratuje.
Ktoś ukradkiem zamontował w szkielecie argentynozaura silniki i nanowłókna, animując gigantycznego zauropoda, jakby znienacka ożył. Udało mu się także wyciąć tę manipulację z monitorowania. Pierwsze ostrzeżenie to stąpnięcie, tak potężne, że grunt podskakuje im pod nogami — potem szkielet stutonowego roślinożercy, wyższego niż pięciopiętrowy budynek i dłuższego niż pociąg podmiejski, unosi głowę nad wzgórek i spogląda na nich. Na jego czaszce dumnie stoi gołąb z wypiętą piersią, a jadalnia, pełna osłupiałych taikonautów, znajduje się na podwieszonej drewnianej podłodze wewnątrz klatki piersiowej.
— To moje przyjęcie i mój pomysł na biznes! — narzeka Sirhan. — Ani ty, ani nikt inny z rodziny mi go nie odbierzecie!
— To prawda — potwierdza Amber — ale na wypadek gdybyś nie zauważył: zaproponowałeś tymczasowy azyl grupie ludzi — w tym także mnie, mówiąc bez ogródek — których paru drani uznało za wartych napadnięcia, i zrobiłeś to, nie mając żadnych planów awaryjnych, poza zaproszeniem mojej wrednej matki-manipulantki. Co ty sobie myślałeś? Całkiem jakbyś wywiesił transparent „Serdecznie zapraszamy wszystkich kanciarzy wszechświata”. Cholera jasna, potrzebna mi Aineko.
— Twoja kotka. — Sirhan uczepia się tego faktu. — To jej wina. Tak czy nie?
— Tylko pośrednio. — Amber rozgląda się i woła do szkieletu dinozaura: — Halo! Nie widziałeś Aineko?
Olbrzymi gad zgina szyję, a gołąb otwiera dziób, żeby zagruchać. Inne ptaki, rozsiane po obu stronach pierwszego, śpiewają z nim w kontrapunkcie, dając w rezultacie obłąkańczy, świergotliwy głos, przetykany niesamowitymi harmonicznymi.
— Kotkę ma twoja matka.
— Cholera! — Amber odwraca się gwałtownie do Sirhana. — Gdzie Pamela? Znajdź ją.
— Ale po co?
— Bo ona ma kotkę. Jak myślisz, co z nią zrobi? Przehandluje komornikom, żeby mi pokazać! Nie widzisz, skąd w tej rodzinie wzięły się tendencje do grania na nerwach?
— Za późno. — Dziwaczny głos gołębi dochodzi z góry, odbijając się echem wokół nich. — Porwała kotkę i uprowadziła z muzeum kapsułę. Nie lata, ale zdziwilibyście się, czego można dokonać, mając paręset duchów i parę ton mgły użytkowej.
— Dobra. — Amber wpatruje się w gołębie, wsparłszy ręce na biodrach, potem zerka na Sirhana. Na moment zagryza górną wargę, po czym kiwa do pierwszego gołębia. — Tato, przestań pieprzyć chłopakowi w głowie i się pokaż.
Sirhan aż się wzdryga, gdy stado gołębi pocztowych koncentruje się w powietrzu i osiada na trawie, gruchając i świergoląc, jakby coś wybuchło w fabryce syntezatorów.
— Co ona chce zrobić ze Ślimakiem? — pyta Amber stadko ptaków. — I czy w tej kabinie nie jest trochę za ciasno?
— Można się przyzwyczaić — odpowiada oryginalny, i dość dokładnie rozproszony, egzemplarz jej ojca. — Co planuje, to za bardzo nie wiem, ale mogę ci pokazać, co teraz robi. Przepraszam, dziecko, że ci poryłem miasto, ale naprawdę trzeba było zwracać uwagę na łatki zabezpieczające. Pod waszą śliczną, nowiutką osobliwością dalej w najlepsze chodzi sobie kulawy i dziurawy soft z dwudziestego wieku, usiany błędami i srający pakietami z ptasiego gówna na twoją nowiuśką maszynkę.
Sirhan kręci głową.
— Nie wierzę — pojękuje.
— Prowadź mnie do mamuśki — rozkazuje Amber. — Zobaczymy, czy uda mi się ją powstrzymać, nim będzie za późno…
Sędziwa kobieta w kosmicznym skafandrze rozpiera się w ciasnym fotelu, patrzy do kamery i mruga.
— Cześć, kochanie, wiem, że mnie szpiegujesz.
Na nomeksowo-aluminiowych kolanach trzyma rudo-białego kota, który wygląda na zadowolonego, a przynajmniej głośno mruczy, choć ten odruch jest wbudowany na bardzo niskim poziomie. Amber przygląda się bezradnie, jak jej matka wyciąga artretyczną rękę i przestawia parę przełączników. W tle coś głośno buczy — pewnie recyrkulator powietrza. Kapsuła Mercury nie ma okienek, tylko peryskop, trochę w bok od prawego kolana Pameli.
— To długo nie potrwa — mruczy i jej ręka opada. — Za późno, żeby mnie zatrzymać — dodaje. — Spadochron był w porządku, a dysza do balonów bardzo chętnie potraktowała mnie jak nasiono nowego miasta. Za minutę czy dwie będę wolna.
— Dlaczego to robisz? — pyta ze znużeniem Amber.
— Bo nie jestem wam potrzebna. — Pamela skupia wzrok na kamerze przyklejonej do tablicy przyrządów przed twarzą. — Jestem stara. No i spójrzmy prawdzie w oczy: jednorazowa. Stare musi ustąpić nowemu i tak dalej. Twój ojciec nigdy naprawdę tego nie rozumiał i zestarzeje się brzydko, zgniją mu bity w wielkiej wieczności. Ja się tam nie wybieram. Umrę sobie z przytupem. Prawda, kotku? Kimkolwiek ty tam jesteś.
Szturcha go. Kot mruczy i przeciąga się na jej kolanach.
— Trzeba się było kiedyś dokładnie przyjrzeć Aineko — dodaje, głaszcząc ją. — Myślałaś, że nie domyślę się, że przejrzysz cały jego kod źródłowy pod kątem różnych furtek? Wykorzystałam hack Thompsona — ona przez cały czas była moja, duszą i ciałem. Znam z pierwszej ręki całą historię o twoim pasażerze. A teraz załatwimy kwestię komorników. Jupii!
Kamera podskakuje, Amber czuje, jak integruje się z nią przerażony stratą duch. Kapsuła znika, dryfując w bok od wierzchołka habitatu pod niemal przezroczystym bąblem gorącego wodoru.
— Trochę twardo — stwierdza Pamela. — Ale nie ma problemu, jeszcze przez godzinę albo dwie będziemy w zasięgu łączności.