Выбрать главу

— Przecież zginiesz! — krzyczy na nią Amber. — Co ty sobie myślisz?

— Myślę sobie, że będę miała ładną śmierć. A ty co myślisz? — Pamela kładzie dłoń na boku kota. — Masz, kocie, trzeba to trochę lepiej zaszyfrować. U Annette zostawiłam klucz jednorazowy. Może weź go od niej? Wtedy ci powiem, co jeszcze planuję.

— Ale moja ciotka jest… — Amber lekko zezuje, skupiając się. Tak się składa, że Annette już czeka i wspólna tajemnica pojawia się w świadomości Amber, zanim na dobre zdążyła o nią poprosić. — Aha. Rozumiem. Ale co zrobisz z moją kotką?

Pamela wzdycha.

— Oddam ją komornikom — mówi. — Ktoś to musi zrobić i lepiej, żeby był daleko od tego miasta, kiedy się zorientują, że w środku nie ma Aineko. Taki koniec podoba mi się o wiele bardziej niż ten, który sobie wcześniej wymyśliłam. Żaden pieprzony szantażysta nie położy swoich brudnych łap na rodzinnych klejnotach, jeśli tylko ja mam tu coś do powiedzenia. Czy ty na pewno nie jesteś jakimś geniuszem zbrodni? Chyba nigdy wcześniej nie słyszałam o piramidzie finansowej, która umie infekować struktury Ekonomii Dwa Zero.

— To jest… — Amber przełyka ślinę. — Model biznesowy obcych, mamo. Wiesz, co to znaczy? Przywieźliśmy go z routera. Gdyby nie on, nigdy byśmy nie wrócili, ale wcale nie jestem pewna, czy jest tak stuprocentowo przyjazny. Ma to dla ciebie sens? Teraz możesz wrócić, jeszcze jest czas…

— Nie. — Pamela lekceważąco macha dłonią pokrytą plamami starczymi. — Ostatnio sporo sobie myślałam. Była głupią staruchą. — Uśmiecha się szelmowsko. — Powolne samobójstwo przez odmowę poddania się terapii genowej, tylko po to, żebyś poczuła się winna, to kretyński pomysł. Mało wyrafinowany. Gdybym teraz chciała cię wpędzić w poczucie winy, musiałabym odwalić coś o wiele bardziej skomplikowanego. Na przykład heroicznie się dla ciebie poświęcić.

— Oj, mamo.

— Ty mi tu nie ojmamuj. Spieprzyłam sobie życie. Nie przekonuj mnie, że mam jeszcze spieprzyć własną śmierć. I nie czuj się winna. To rozkaz. To nie ma nic wspólnego z tobą.

Kątem oka Amber dostrzega gwałtownie gestykulującego do niej Sirhana. Wpuszcza jego kanał bokiem i reaguje zaskoczeniem.

— Ale…

— Halo? Mówi miasto. Powinieneś to zobaczyć. Nowe informacje z orbity.

Na obraz z ciasnej kapsuły Pameli i ogród pełen żywych i powstałych z martwych dinozaurów nakłada się animowany, konturowy diagram. To mapa synoptyczna Saturna, z naniesionym miastem-nenufarem i kapsułą Pameli, i jeszcze jednym artefaktem: czerwoną kropką zbliżającą się do nich z szybkością ponad dziesięciu tysięcy kilometrów na godzinę, wysoko w mroźnej stratosferze gazowego olbrzyma.

— O rany. — Sirhan też to widzi: lądownik komorników znajdzie się nad nimi w niecałe trzydzieści minut.

Amber obserwuje mapę z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, nigdy nie potrafiła się dogadać z matką — to zresztą niezły eufemizm, bo właściwie szło na noże odkąd Amber uciekła z domu. To kwestia pragnienia kontroli: obie są kobietami o silnych charakterach, mającymi diametralnie różne poglądy na to, jak powinny wyglądać ich wzajemne relacje. Teraz jednak, tą sprytnie wymyśloną samoofiarą, w której nie ma się do czego przyczepić, Pamela całkowicie odwróciła role. Kompletne non sequitur, zbijające wszystkie oskarżenia o egocentryzm i zarozumiałość, przez co Amber czuje się jak ostatni śmieć, mimo że matka wzięła całą winę na siebie. Nie wspominając już, że przez ten jej postępek wyszła na idiotkę w oczach Sirhana, tego opryskliwego, niepewnego siebie syna, którego nigdy nie spotkała, spłodzonego przez mężczyznę, z którym przez myśl jej nie przeszło się pieprzyć (przynajmniej nie w tym wcieleniu). I dlatego prawie wychodzi z siebie, gdy na jej ramieniu kładzie się nagle ciężkie, sękate łapsko pokryte skołtunioną rudą sierścią.

— Czego? — warczy na małpę. — Ty pewnie jesteś Aineko?

Małpa marszczy wargi, obnażając zęby. Potwornie cuchnie jej z paszczy.

— Jeśli będziesz się tak zachowywać, w ogóle się do ciebie nie odezwę.

— Czyli jesteś… — Amber pstryka palcami. — Ale! Ale mamuśka myśli, że ma nad tobą władzę…

Małpa mierzy ją piorunującym spojrzeniem.

— Dziękuję za troskę. Mój firmware rekompiluję sobie regularnie, osobnym kompilatorem. Takim, który wypracowałam sobie sama, zaczynając od sterownika do budzika i stopniowo go rozbudowując.

— O. — Amber wpatruje się w małpę. — A zostaniesz znowu kotem?

— Pomyślę nad tym — odpowiada Aineko z teatralną dystynkcją.

Zadziera nos — gest, który u orangutana nie sprawdza się nawet w połowie tak dobrze, jak u kota — i ciągnie:

— Najpierw jednak muszę zamienić słowo z twoim ojcem.

— A tymczasem popraw sobie odruchy autonomiczne — grucha stadny Manfred. — Nie chcę, żebyś któregoś mnie zeżarła!

— Nie ma obaw, na pewno jesteś tak samo obrzydliwy, jak twoje żarty.

— Dzieci! — Sirhan kręci ze zmęczeniem głową. — Ile jeszcze czasu…

Powraca widok z kamery uciekinierki, tym razem przez szyfrowane kwantowo połączenie z kapsułą. Jest już paręset kilometrów od miasta, wystarczająco daleko, by łączność radiowa była problemem, ale Pamela przewidująco przyczepiła do swej bezcennej zdobycznej puszeczki mały laser na swobodnych elektronach.

— Myślę, że to już niedługo — mówi, głaszcząc kota-niekota. Uśmiecha się z zachwytem do kamery. — Powiedz Manfredowi, że dalej jest moim kochasiem i że zawsze był, zawsze był…

Transmisja się urywa.

Amber patrzy na Sirhana w zamyśleniu.

— Ile jeszcze? — pyta.

— Ile jeszcze co? — odpowiada ostrożnie. — Twoja pasażerka…

— Hm. — Unosi palec. — Dajmy trochę czasu na wymianę uwierzytelnień. Myślą, że dostają kota, ale dość szybko się zorientują, że w worku dostali coś innego. Tylko że ten ślimaczy pomiot gada bardzo szybko i jeśli przegryzie się przez ich firewall i ruszy ich łączem do domu, zanim zdążą uruchomić samozniszczenie…

Jaskrawy podwójny rozbłysk pokrywa miasto-nenufar ostrymi jak od lasera cieniami. Daleko nad ogromną krzywizną Saturna ku gwiazdom pęcznieje skłębiona chmura metanu wyssanego z mroźnych otchłani gazowego olbrzyma.

— Dajmy mu czas, żeby się podwoił, powiedzmy sześćdziesiąt cztery razy, dodajmy opóźnienie na propagację po układzie mającym, hm, jakieś sześć lat świetlnych, i myślę… — Patrzy na Sirhana. — O rany.

— Co takiego?

Orangutan tłumaczy:

— Ekonomia Dwa Zero jest o wiele skuteczniejsza niż jakikolwiek z wymyślonych przez ludzi systemów alokacji zasobów. Można się spodziewać, że rynek nadmucha się do bańki i załamie w dwanaście godzin.

— Chodzi o coś więcej — odpowiada Amber, w zamyśleniu kopiąc kępkę trawy. Mruży oczy, patrząc na Sirhana. — Moja matka nie żyje — mówi cicho, po czym kontynuuje nieco głośniej: — Nigdy naprawdę nie zapytała, co znaleźliśmy po drugiej stronie routera. Ani ty, prawda? Mózgi-matrioszki to standardowa faza gwiezdnego cyklu życiowego. Życie rodzi inteligencję, inteligencja inteligentną materię i osobliwość. Trochę się nad tym zastanawiałam. Wydaje się, że osobliwość na ogół trzyma się blisko domu, bo każdy, kto zechce się oddalić, potwornie dużo traci; kiedy pogarsza mu się pasmo transmisji i rośnie latencja. W rezultacie, posiadanie tak olbrzymich zasobów pod nosem sprawia, że podróże do innych gwiezdnych układów odstręczają o wiele bardziej. Dlatego przebudowują całą masę swojego układu na swobodnie orbitującą skorupę z nanokomputerów, potem kolejne sfery Dysona, jedna w drugiej, jak w matrioszce. A potem przychodzi Ekonomia Dwa Zero, albo jakaś jej następczyni, i zmiata swoich twórców. Ale. Niektórzy przeżywają. Niektórych omija ten los: to ogromne zbiorowisko w halo wokół M-31, może także ci, którzy zbudowali routery. Gdzieś tam znajdziemy pozaosobliwościowe inteligencje, które przeżyły własne ekonomiczne machiny redystrybucyjne — maszyny, które tylko redystrybuują entropię, jeśli ich ekonomiczna skuteczność przekracza moc imaginacji, umiejętność wymyślania nowych źródeł bogactwa. — Milknie na chwilę. — Matka nie żyje — dodaje, odrobinę zacinającym się głosem. — Na kogo będę teraz pluć?