— Być może. — Drzwi materializują się z powrotem za nimi. — Ale jakiś trzon tożsamości jest i tak potrzebny. — Annette rozgląda się, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z jakimś sprzedawcą. — Zacząć od takiego wzorca, stylu, potem wyjść na zewnątrz, dopasowując do odbiorcy. A poza tym, dzisiaj wieczorem mamy jeszcze… ach, bonjour!
— Dzień dobry. Czym mogę służyć?
Dwie kobiety i jeden mężczyzna-ekspedient, wychodzący zza witryn wyświetlających kolejne cykle mody tekstylnej, modelki z wybiegów mieszające i zestawiające ze sobą couture różnych wieków, są ewidentnie odłamkami wspólnej osobowości nadrzędnej, wcieleniami zjednoczonymi przez wszechogarniającą krawiecką obsesję. Może i nie należą do wyspecjalizowanego w modzie borganizmu, ale prawie — ubrani od stóp do głów w najwyższej jakości repliki Chanel i Armaniego, emanują wyraźnym dwudziestowiecznym stylem i elegancją. To nie jest po prostu sklep, to świątynia ku czci pewnej szczególnej formy sztuki, a jej kapłani są wyszkolonymi powiernikami ezoterycznych sekretów dobrego smaku.
— Mais oui. Szukamy ubrania dla mojej siostrzenicy. — Annette sięga przez wachlarz pomysłów na ubrania rzutowanych na mapę sklepu i podaje najważniejszej pani subiekt specyfikację wymagań, którą właśnie skończył opracowywać jeden z jej duchów. — Wchodzi w świat polityki i kwestia wizerunku jest bardzo ważna.
— Z przyjemnością pani pomożemy — mruczy szefowa, robiąc mały krok ku niej. — Może nam pani powie, jaką ma pani wizję?
— Hm… — Amber robi głęboki wdech, zerkając z ukosa na Annette; Amber odwzajemnia spojrzenie, nie mrugając. No, dawaj, co tam masz w głowie, wysyła. — Jestem zaangażowana w program akceleracjonistyczny. Kojarzy go pani?
Główna krawcoborg lekko marszczy brwi, dwie bliźniacze zmarszczki fałdują jej czoło między idealnie symetrycznymi brwiami, wyskubanymi, żeby pasowały do klasycznego kostiumu New Look.
— Słyszałam nazwę, ale kobieta zajmująca się modą, jak ja, nie przejmuje się zanadto polityką — odpowiada, delikatnie się umniejszając. — Zwłaszcza polityką własnych klientów. Pani… hm… ciotka powiedziała, że chodzi o wizerunek?
— Tak. — Amber wzrusza ramionami, przez chwilę wstydząc się swych luzackich ciuchów. — Jest menadżerem mojej kampanii. Twierdzi, że mój problem polega na tym, że pewne grupy wyborców mylą wizerunek z programem i boją się nieznanego. Dlatego potrzebuję garderoby, która kojarzy się z rzetelnością, szacunkiem i rozwagą. Czegoś odpowiedniego dla kandydata mającego radykalny program polityczny, ale i imponującą listę osiągnięć. Obawiam się także, że się śpieszę, dzisiaj wieczorem mam wielki bankiet połączony ze zbiórką pieniędzy na kampanię. Wiem, że to krótki termin, więc potrzebuję czegoś gotowego.
— A co konkretnie chce pani osiągnąć? — pyta krawiec-mężczyzna; głos ma chropowaty, a „r” werblowate, jakby nie do końca wyzbył się śródziemnomorskiego akcentu. Wygląda na zafascynowanego. — Skoro uważa pani, że może to wpłynąć na dobór pani garderoby…
— Startuję do zgromadzenia ogólnego — mówi wprost Amber. — Na platformie głoszącej konieczność rozpoczęcia ogólnoludzkiej mobilizacji do budowy statku międzygwiezdnego. Układ Słoneczny już niedługo nie będzie się nadawał do zamieszkania, musimy więc emigrować. Wszyscy, pan też, musimy stąd uciec, nim Wyrodne Potomstwo postanowi zamienić nas na komputronium. Zamierzam się zrównoleglić i odwiedzić w domach cały elektorat, a mój wizerunek musi być spersonalizowany. — Zmusza się do uśmiechu. — Oznacza to, jak sądzę, około ośmiu strojów, cztery niezależne zmienne w ramach każdego, dodatki, oraz dwa czy trzy kapelusze — to wystarczy, by każdej kombinacji nie obejrzało więcej niż parę tysięcy wyborców. Wersja realna i wirtualna. Poza tym chciałabym zerknąć w waszą ofertę uroczystych strojów historycznych, ale to w drugiej kolejności. — Szczerzy zęby w uśmiechu. — Macie jakieś rozwiązania do testowania reakcji różnych typów osobowości, z różnych epok, na te kombinacje strojów? Przydałoby się zebrać trochę modelek i…
— Chyba możemy zrobić nawet coś więcej. — Szefowa kiwa głową, zapewne rozważając jej rachunek depozytowy mający pokrycie w złocie. — Hansel, proszę zajmować się następnymi klientami, dopóki nie obsłużymy pani, pani…?
— Macx. Amber Macx.
— Pani Macx.
Nie okazuje, że zna nazwisko. Amber lekko się krzywi; to znak, jak bardzo rozproszona stała się populacja dzieci Saturna, świadczący także o tym, jak olbrzymia liczba ludzi mieszka w całym halo — minęło zaledwie pokolenie i już mało kto pamięta królową Imperium Pierścienia.
— Proszę przejść tutaj, zaczniemy szukać dla pani stylu charakterystycznego spełniającego pani wymagania…
Sirhan, spowity w izolację, idzie wśród zebranego na uroczystość tłumu. Widzą go tylko rozgadane duchy nieżyjących polityków i pisarzy, deportowane z wewnętrznego układu na rozkaz Wyrodnego Potomstwa.
Ładna, zielona równina pod cytrynowym niebem rozciąga się aż po odległy o tysiąc kilometrów horyzont. W powietrzu delikatnie pachnie amoniakiem, a wielkie przestrzenie są pełne przyziemnych idei — lecz Sirhan o to nie dba. Na razie jest sam.
Tylko że tak naprawdę nie jest.
— Przepraszam, pan jest prawdziwy? — pyta go ktoś mówiący z wyraźnym amerykańskim akcentem.
Wyjście z introspekcji i uświadomienie sobie, że mówią do niego, zajmuje Sirhanowi chwilę.
— Co? — pyta, lekko zdziwiony.
Żylasty, blady, ubrany w szatę berberyjskiego pastucha i widmową aureolę z pasma mgły użytkowej nad głową: w swojej abstrakcji przypomina trochę świętego pasterza z poosobliwościowych jasełek.
— Pytam: co? — Głęboko w mózgu buzuje złość. — Już nigdzie nie można mieć spokoju?
Odwracając się, widzi, że jedna z kapsuł wcieleniowych rozszczepiła się wzdłuż na podobną do grzyba koronę, wypluwając resztki płynu budulcowego oraz kompletnie bezwłosego, wyglądającego na skonsternowanego, białego mężczyznę o osłupiałej minie.
— Nie mogę znaleźć moich wszczepek — narzeka biały mężczyzna, kręcąc głową. — Ale jestem tu naprawdę, tak? W ciele? — Rozgląda się, patrząc na inne kapsuły. — To nie symulacja.
Sirhan wzdycha — następny uchodźca — i wysyła demona, żeby przepytał abstrakcyjny interfejs kapsuły. Niewiele się dowiaduje; ten wskrzeszony, jak mało który, jest nieudokumentowany.
— Umarł pan. A teraz pan żyje. To przypuszczalnie oznacza, że jest pan prawie tak realny jak ja. Coś jeszcze chciałby pan wiedzieć?
— Kiedy jest… Może mi pan powiedzieć, gdzie znajduje się najbliższe centrum obsługi? — pyta ostrożnie. — Zgubiłem się.
Sirhan jest zaskoczony — większości imigrantów domyślenie się tego zajmuje więcej czasu.
— Pan niedawno zmarł? — pyta.
— Nie przypominam sobie. — Przybysz drapie się ze zdziwioną miną po łysej głowie. — Zaraz, nie ma gniazdek! — Zrozpaczony, wzrusza ramionami. — Słuchaj, to centrum obsługi…?
— Tam. — Sirhan wskazuje monumentalną bryłę bostońskiego Muzeum Nauki (przywiezionego tu z Ziemi parędziesiąt lat temu w celu uratowania przed rozbiórką wewnętrznego układu). — Moja matka je prowadzi. — Uśmiecha się słabo.
— Twoja matka… — Nowo wskrzeszony imigrant wpatruje się w niego intensywnie, potem mruga. — Jasna cholera. — Podchodzi bliżej do Sirhana. — Czy to ty…?
Sirhan odsuwa się i pstryka palcami. Cienka strużka mgły podążająca za nim przez cały czas, osłaniająca ogoloną czaszkę przed rozproszonym czerwonym blaskiem skorup nanokomputerów tłoczących się na orbitach w miejscu zewnętrznych planet, wydziela laskę z błękitnej rosy, która wyciąga się w powietrzu i wpada mu prosto w dłoń. Wygląda jak uwity z bąbelków drąg.