Выбрать главу

– Bogowie… nie mogę się ruszyć.

Achaja oparła się na łokciu. Coś strzyknęło jej w krzyżach. Chłód, który wdarł się pod odwinięty koc, był paraliżujący. Jeden z rysiów wskoczył na posłanie uniemożliwiając jej położenie się na powrót. Musiała wstać.

– Ale zzzzimno – zaszczekała zębami Arnne.

Achaja pomogła jej się podnieść. Opatuliła kaszlącą czarownicę kocem. Arnne nie wyglądała dobrze. Kurde! Oby tylko nie zapalenie płuc, zaklęła w myślach.

Nałamała gałęzi, strząsając z nich śnieg. Ciepły posiłek dobrze by im zrobił. Wyjęła suszone mięso i suchary.

– Rozpalisz ogień?

Czarownica zaprzeczyła ruchem głowy.

– Mam zbyt zgrabiałe palce. Nic nie czuję.

– Szlag!

Achaja wyjęła regulaminowe wojskowe krzesiwo. Ale nic z tego. Szarpała się ze dwie modlitwy, iskry padały wokół jak w kuźni, ale nie potrafiła rozpalić mokrego drewna. Nigdy w życiu nie musiała dotąd używać krzesiwa. Nie umiała tego robić.

Obu dziewczynom kapało z nosów. Zaczęły żuć suchary, bowiem dwa rysie i żbik rozprawiły się w międzyczasie z suszonym mięsem. Było tak zimno, że obie myślały wyłącznie o tym, żeby znowu przytulić się do siebie i spać… Nie! Żadnych takich pragnień! Żbik przekrzywił głowę. To on wywołał w ich głowach obraz zaprzeczenia.

– Czy jest tu jakaś wieś? – spytała Arnne.

Żadnej reakcji. Żbik nie był domowym kotem. Pewnie w ogóle nie znał pojęcia wsi.

– Co radzisz?

W głowach dziewczyn pojawiły się pomieszane obrazy. To naprawdę nie był kot przyzwyczajony do ludzi. Trudno go było zrozumieć. Zobaczyły coś jakby obraz małego gryzonia, pogoń, skok, śmiertelny pisk, krew, wnętrzności, zadowolenie.

– No, ładnie – mruknęła Achaja. – Spytaj go jeszcze, jak się przyrządza płetwy rekina w sosie ostrygowym. Albo czy na giełdzie w stolicy…

– Przestań. – Czarownica była ledwie żywa.

Tak po prawdzie Achai też niewiele brakowało. Tyle tylko, że była o całe niebo bardziej silna i odporna, ale… Nie była przyzwyczajona do mrozu i śniegu. Rozejrzała się wokół. Zwały białego puchu wokół dezorientowały ją zupełnie, nie miała nawet pojęcia, w którym kierunku leży droga.

– Chłopaki. Poprowadźcie nas do traktu, co?

Znowu pomieszane obrazy w ich głowach. Tym razem zaprzeczenie wszystkich naraz, obu rysiów i żbika jednocześnie. Trakt – nie! Tam ludzie. Ludzie – blisko! Nie, nie, nie!

– Ludzie? – spytała z nadzieją. – Gdzie?

Trzy zwierzaki spojrzały na nią w niebotycznym zdziwieniu. Wszystkie trzy zaczęły węszyć. O, żesz szlag! Jak mogła o tym nie pomyśleć?

Pociągnęła nosem. Poruszyła głową i złapała ich zapach. Ubranie, pot, skórzane pokrowce, smar do osi, końskie szczyny, płótno, parciane worki, owies pomieszany z trocinami, natłuszczony metal. Dwóch ludzi, wóz, czwórka koni. Sto kroków stąd.

– Dzięki, chłopaki. Przedtem mnie zaćmiło.

Szarpnęła czarownicę za ramię. Napięła swoją kuszę, nałożyła strzałę. Potem napięła kuszę czarownicy.

– No, chodź! Robimy rozbój!

Arnne z pewnym przestrachem patrzyła na trzymaną w ręku broń.

– Znowu napad? A na pewno nas stać?

– Chodź. Nie czas na żarty.

Pobiegły, a właściwie pokuśtykały w stronę traktu, kierując się węchem. Ani żbik, ani rysie nie szły za nimi. Droga to nie był ich teren.

– Stać! – Achaja wypadła spomiędzy drzew, mierząc z kuszy. Arnne dość przytomnie podskoczyła na tył wozu, terroryzując pomocnika.

– Kurwa! Dezerterzy! – Woźnica ściągnął lejce zatrzymując zaprzęg. – I to ze zwiadu! Ale pech.

– Ty! To nie jest napad. To jest tajna operacja służby rozpoznania i zaopatrzenia.

– Akurat… – jęknął. – Już ja wiem, jak wygląda wojskowa fryzura. – Zerknął na jej głowę.

Poczuła zapach strachu. Coś gorącego rozlało się w jej żyłach. Czuła też zapach zmęczonych koni, garbowanej skóry, worków, płótna, owsa i trocin. Podskoczyła z kuszą.

– Dobra. Dawaj gorzałkę i dziesięć brązowych. A jak nie… To będziesz oddychał przez dwa dodatkowe otwory w płucach!

– Co? – zwątpił wyraźnie. – Ile?

– Gorzałkę i dziesięć brązowych.

Nie miał pojęcia, co o tym myśleć. Co ten napastnik? Chciał dostać tylko napiwek? Przerażony do granic możliwości rzucił jej bukłak. Potem drżącymi palcami rozsupłał sakiewkę i podał jej srebrną monetę.

– M… m… może być trochę więcej? – spytał, jąkając się ze strachu. – Nie mam drobnych.

– Dobra, gnoju. – Odskoczyła do tyłu. – I żebyś mi się więcej nie odważył mieszać owsa z trocinami, skurwysynu! Przez takich jak ty parszywców zdychają wojskowe konie!

Obie z Arnne cofały się, odskakując pod osłoną własnych kusz. Potem odwróciły się i pobiegły w gąszcz, do koni. Słyszały jeszcze, jak pomocnik utyskuje, gramoląc się na kozioł do woźnicy:

– O, matko! Skąd wiedziała? Skąd ona wiedziała?

– Kurwa. Tera przez sito musimy przepuścić cały towar.

Dziewczyny pospiesznie zgarniały swój wojskowy dobytek. Achaja wyrwała zębami korek i wlała w gardło kilka łyków parszywej wódki.

– Teraz ty – podała czarownicy.

– Ja? Nie mogę.

– Pij! Jak dostaniesz zapalenia płuc, to ci nie pomogę na tym wygwizdowie.

Czarownica wzięła bukłak i przełknęła mały łyk. Rozkaszlała się znowu.

– Nie mogę!

– Pij. – Achaja podniosła kuszę.

Umęczona Arnne spojrzała wzrokiem zabijanej sarny.

– Wiem, wiem… – chlipnęła. – Bo będę oddychać przez dodatkowe otwory.

Zamknęła oczy i z wielkim poświęceniem pociągnęła kilka łyków. O mało nie zwymiotowała. Coś nią szarpało i dusiło jednocześnie. Po chwili jednak poczuła się lepiej. Achaja odebrała od niej bukłak i wlała w siebie drugą porcję. Potem również czarownicę zmusiła do powtórki. Czarne oczy Arnne zaczęły błyszczeć.

– Teraz już jestem pijaczką, tak? – spytała poważnie jak dziecko.

– Jeszcze nie – roześmiała się Achaja. – Ale jesteś na dobrej drodze.

Osiodłała z trudem obydwa konie i pomogła tamtej dostać się na siodło. Trochę przynajmniej rozgrzane ruszyły w dalszą drogę.

– Ty. A może byśmy tak plunęły na służbę i zajęły się poważnie rozbojem?

Czarownica najwyraźniej była pijana. Achaja nie odpowiadała.

– Bo wiesz. Nam to całkiem fajnie idzie. A poza tym… Najlepszy szermierz w kraju. Jedna z najlepszych czarownic. Wpadamy we dwie na konwój, zabijamy wszystkich, żeby śladu nie było, rabujemy i chodu! Co?

– I zabiłabyś wszystkich?

– Nieeee… Tym to ty byś się zajmowała. Ja bym ich tylko otumaniła. Albo spaliła żywcem, co?

– Arnne. Nie pij więcej.

– We dwie to byśmy narabowały góry złota. Na co nam służba? A jakby się rozniosło, że my to my… znaczy, to by nam przynosili złoto w zębach, żebyśmy tylko na drogę nie wychodziły, co?

– No coś w tym jest – niechętnie zgodziła się Achaja. – Ale znając ciebie, to byś raczej nakarmiła ofiary swoich napadów, kocami opatuliła i jeszcze gotowiznę dała na drogę.

– Tak cię męczą te chłopskie dzieci i zupa z cebuli, co nam zjadły? No, ale przy tym wozie to twardo stanęłam, co? Okrutny ze mnie zbój, prawda?

– Taaaaa… Dobrze, że się tak przestraszyli, że o nic nie zdążyli poprosić. Bo byśmy im własne ubrania musiały oddać.

– A ty to co? Czemu tylko dziesięć brązowych chciałaś?

– Wzięłam srebrnego.

– Wzięłaś srebrnego tylko dlatego, że nie miał drobnych. Jesteś głupi tyłek, a nie zbój!