Выбрать главу

Królowa z rękami przy twarzy krzyczała, jakby o pożar w pałacu chodziło. Jakby już ją płomienie lizały.

Achaja z trudem odwróciła głowę. Shha, z oczami jak talerze, klęczała na trawie. A bliżej… leżał Virion z szeroko rozrzuconymi rękami.

– Achajaaaaaaaaaaaaaaa!!! – darła się dywizja i dosłownie brakowało chwil, żeby dziewczyny zabiły wszystkich wokół, albo pozabijały się wzajemnie. To był szał! To był powrót do wieków dzikich! To były normalne dzikuski, które w tej chwili czuły już tylko zew krwi! Nic więcej! To było szaleństwo, za którym już nic nie ma. Tylko pustka.

Ryk wypalił się jednak. Wszyscy patrzyli przed siebie jak ogłupiali, jakby nagle wulkan wyrósł im przed oczami na tej zagubionej między górami polanie. Prosta kapral z plutonu „C” załatwiła Pana Legendę Viriona! To niemożliwe, to niemożliwe, to niemożliwe, czy wszyscy naraz mogą śnić ten sam sen?

Achaja jęknęła w kompletnej ciszy, która zapadła znowu. I usłyszała ten głos:

– No, chodź. Spróbuj dokończyć – To był Virion, nieruchomy, ciachnięty w coś (nie miała pojęcia w co), ale żywy. – Chodź, przecież muszę wygrać to starcie.

– Nie mogę – jęknęła Achaja.

– Możesz! Spróbuj przynajmniej.

– Nie mogę się ruszyć!

– To ja się nie mogę ruszyć. Ty możesz przynajmniej spróbować.

Spróbowała się odwrócić na kolanach. Zrobiło jej się ciemno w oczach.

– Ja mam takie miękkie nogi – jęknęła. Ślina ciekła jej po brodzie. Obsmarkała się dokumentnie.

– No, chodź, małpo.

Zagryzła wargi do krwi. Nie czuła bólu, to nie w bólu była teraz sprawa. Po prostu nie czuła swojego ciała. Krew płynęła jej z ręki i z brzucha. Nie za bardzo mogła oddychać, bo coś ją dusiło, chciało jej się wymiotować, ale też nie mogła. Odwróciła się jakoś, widząc (tak, widząc, a nie czując), że jest cała mokra od potu. Spróbowała przesunąć nogę do przodu, ciągle na kolanach. Miała skurcze wszędzie. Wszędzie! Czy on tego nie widział?

– Mnie kiedyś ktoś pomógł – szepnął. – I ja tobie pomogę. Chodź, kurwo, tutaj, choćbyś miała się posikać!

– Ja już, kurwa, nie żyję! – załkała.

– Póki co, żyjesz, chodź.

Zrobiła jeszcze „krok” na kolanach.

– Miecz, idiotko! Miecz musisz mieć ze sobą, bo nóż zgubiłaś. Co mi niby chcesz zrobić? Napluć w oko?

– Nie mogę wziąć miecza! – rozpłakała się znowu. – Jak puszczę brzuch, to mi flaki wypłyną.

– Tak od razu nie wypłyną. – Nie mógł się za bardzo ruszyć, ale umysł miał jaśniejszy niż ona. – No, już. Uda ci się!

Oderwała rękę od brzucha, przerażona tak, że gdyby ktoś nagle krzyknął, to by umarła ze strachu. Sięgnęła po miecz. Nie mogła go unieść. Był tak strasznie ciężki! Zagryzając wargi, pchnęła go trochę po trawie. Przesunęła się na kolanach, chwytając swój brzuch, potem oderwała rękę i przesunęła miecz znowu.

– To się nie uda – jęknęła.

– Uda się! – westchnął Virion ciężko. – Spróbuj! I nie patrz, że jeszcze przed tobą odległość większa niż dwa normalne kroki. Tak nigdy nie dojdziesz. Musisz myśleć, że już mnie masz.

– Nie dam rady!

– Dasz, kretynko. Skup się!

Posunęła się znowu trochę. Potem przesunęła miecz. Potem znowu chwyciła się za brzuch i znowu trochę do przodu… Jęczała przy każdym poruszeniu. Łzy płynęły jej po twarzy, rozpuszczając krew i żłobiąc dwa potoki w ciemnej czerwieni na policzkach.

– Nie mogę już.

– Możesz, małpo! Skup się!

– Słuchaj… Zaraz się rozpadnę na kawałki.

– Musisz sobie przysiąc, idiotko, że nie zdechniesz, zanim do mnie nie dojdziesz! No! Jeszcze trochę!

Posunęła się kawałek. Przesunęła miecz, jęcząc i płacząc. Jeszcze trochę.

– Nie dam rady! – Zaczęła beczeć głośno, o mało nie upadła. Smarki mieszały się ze śliną.

– Przysięgaj! No! Powtarzaj za mną. Przysięgam…

– P… p… przysięgam… – Posunęła się jeszcze kawałek.

– … że nie zdechnę jak suka.

– Że… nie… zdechnę jak suka – Płakała tak, że ledwie słychać było jej słowa.

– … zanim do niego nie dojdę!

– Zanim… nie dojdę… do tego palanta! Do tego oprawcy pierdolonego!

Przesunęła się znowu.

– No, widzisz? Coś tam jednak z siebie wykrzesałaś.

Jeszcze krok. Przesunęła miecz. Jeszcze trochę. Jeszcze. Bogowie, nie pozwólcie umrzeć w tej chwili. Dajcie jeszcze choć pół modlitwy życia! Jeszcze trochę! Jeszcze trochę! Przesunąć miecz na trawie. Jeszcze trochę! Żeby tylko pamiętać o mieczu. Trzeba go, psiamać, przesuwać, bo zostanie z tyłu i już po niego nie sięgnie. Jeszcze troszeczkę, proszę was, Bogowie, co? Troszeczkę. Tyci, tyci.

– Trzeba ich zdjąć z pola! – krzyknął któryś z luańskich szermierzy. – Walka widać nie rozstrzygnięta, trzeba przełożyć pojedynek, aż oboje wydobrzeją! Ściągnąć ich z pola! Ściągnąć!

W ciszy rozległ się czyjś krzyk.

– Ja ci ściągnę, pacanie! – To Bei wyskoczyła z szeregu, napinając kuszę. – Ja ci ściągnę, sukinsynu! Ściągnę ale… spust tej broni! – Podbiegła i wymierzyła w niego. – No, co? Ściągnąć? Chcesz żeby ściągnąć?! – Coś jej się w rozumie poprzestawiało, ale widać było, że reszta dywizji poprze swoją żołnierz i w każdej chwili mogło to się skończyć fatalnie. – No mów, tchórzu! – krzyczała Bei. – Mam ściągnąć spust? Mam ściągnąć?!

Żadna z gwardyjek nie poruszyła się choćby o palec. Żadna nie chciała umierać na tej polanie. I było naprawdę bez znaczenia, czy Bei strzela dobrze, czy źle. Z tyłu, za jej plecami znajdowało się jakieś dwa tysiące kusz, w każdej chwili gotowych do użycia jak jasna zaraza.

– Już nie mogę – jęknęła Achaja, posuwając się jeszcze trochę. – Już naprawdę nie mogę. Wszystko mi wysiadło. – Wskazała na swoje ciało: – Już nic nie działa.

Virion zerknął na nią spod oka. Nie mógł odwrócić głowy.

– No, dobra. Może starczy – mruknął. – Podnieś miecz.

– Jak?

– Ręką – wyjaśnił.

– Kurwa twoja mać! – Rozpłakała się znowu Achaja. – Czy ty myślisz, że jestem Bogiem?

– Myślę, że dasz radę. No, już! I przestanę cię męczyć. Zrób to jakoś.

– On jest za ciężki! On jest za ciężki, gnoju!

– Złap go tak jak nóż, od kciuka w dół. Wiem, że na więcej cię nie stać, ale to akurat zrobisz, a ja ci pokażę, jak się wygrywa. Pomogę ci, tak jak mnie ktoś swego czasu pomógł.

– Nie mogę.

– Możesz, głupia dupo! Zrób to!

Ujęła rękojeść, ale żadną mocą nie mogła jej unieść z ziemi. Miała wrażenie, że coś ją rozrywa od środka. U niej naprawdę nic już nie działało jak należy! Była wrakiem. Czy on tego nie widział? Czego on chciał, psiamać? Śmierci? Ona tego nie sprawi.

– No – szepnął – jeszcze trochę i ci pokażę.

Szarpnęła rękojeść, o mało nie wypuszczając jej ze zmartwiałych palców. Jęknęła, mocno, to płynęło gdzieś z jej trzewi, i… uniosła miecz.

– Jestem teraz w twojej mocy, dziewczyno? – spytał.

– No… jesteś… – szepnęła z trudem, bo robiło jej się ciemno w oczach.

– To patrz. Tylko najpierw muszę się pożegnać z moim dwuletnim dzieckiem. – Teraz on zagryzł wargi, z najwyższym trudem sięgając do kieszeni. – Mam takiego brzdąca, dziewczynkę… Jest strasznie fajna, dopiero ona pokazała mi, co to miłość. I mam ze sobą jej – spojrzał jakoś tak smutno – jej mały szaliczek i czapeczkę.

Wyjął z kieszeni kłębek kolorowej wełny, którą jakaś biedna, niczemu nie winna jego dziewczyna zamieniła w taki mały… malutki szaliczek i czapeczkę dla swojego dziecka.