Выбрать главу

– Ty się nie martw chłopami. – Uśmiechnął się do siebie. – Naród, naród – powtarzał nowe słowo. – To znaczy, że my to jeden naród, a oni to inny naród?

– Chyba tak. – Nie pamiętała dokładnie.

– I to mi wystarczy. Dobre, krótkie słowo, łatwe do wymówienia! My, a nie oni. Rewelacja! – Wstrzymał konia – Niech filozof Theu żyje wiecznie! – krzyknął, bo się spóźniła w szarpnięciu wodzami i odjechała trochę. – Niedługo usłyszysz słowo naród na ustach wszystkich! I Wielki Theu też usłyszy!

– Biafra. Przecież ci tłumaczę, że to pojęcie z zakresu filozofii wyższej. I niby co ty chcesz z tym zrobić?

– Słowa „my” i „oni” nie są wyższą filozofią. – Uśmiechnął się do siebie. – No, nieźle… No to mamy właśnie narodziny narodu!

– I myślisz, że ktoś z tych, co się nazywają „my”, skoczy na tamtych tylko dlatego, że oni są „oni”? Upiłeś się? Chłop na chłopa, sam z siebie? Bez bata?

– Słuchaj, Achajko – uśmiechnął się ciepło. – Brakowało mi tylko słowa. Resztę mam już wymyśloną. – I nagle powtórzył: – Narodziny narodu. Dobre.

Potrząsnęła głową. Nie mogła sobie wyobrazić, na co komu takie słowo. Równie dobrze można było podrywać ciżbę określeniami w rodzaju: „Do boju, żołnierze, którzy wierzycie w idealistyczną estetykę!” Chociaż… Słowo „naród” rzeczywiście było krótkie i łatwe do wypowiedzenia.

– Chciałem ci powiedzieć jeszcze o kilku sprawach – mruknął. – Ale muszę już wracać. Papiery dostaniesz na kolejnych przystankach. – Skinął jej głową. – Powodzenia. I dzięki za Theu!

Wzruszyła ramionami. Nie do końca mogła go zrozumieć. Obserwowała, jak zawraca i zmusza konia do galopu na piaszczystej drodze. Potrząsnęła głową.

– Lanni!

Dziewczyna podjechała, usiłując opanować narowistego wierzchowca.

– Słuchaj, wiesz gdzie się po drodze mamy zatrzymać?

– Tak.

– Daleko? Napiłabym się czegoś.

– Jakieś pół kroku – uśmiechnęła się Lanni.

– Co?

Dziewczyna wyjęła z juków mały bukłak i podała go Achai. Ta również się roześmiała. Wyszarpnęła zębami korek i wypiła kilka łyków.

– To prowadź, co? – Oddała jej bukłak. – I strzel sobie łyka, wyższych szarż nie ma chyba w okolicy.

Pani porucznik nie trzeba było powtarzać. Potem jednak ustawiła pluton, wywrzaskując komendy, i ruszyły w noc wijącą się leniwie wśród drzew drogą. Shha podjechała do Achai, zrównując konie.

– Daj rękę, siostro.

Nie zrozumiała początkowo. Shha jednak sama sięgnęła po jej lewą dłoń i, szarpiąc z powodu trudności w dostosowaniu tempa swojego konia, ściągnęła jej żelazną rękawicę.

– Wszyscy mężczyźni to idioci – wyjaśniła.

– Kurde, czemu?

– No, nałożyć ci, siostrzyczko, coś takiego i kazać jechać przez chłodną noc – Schowała urządzenie do własnych juków. – To tak, jakbyś miała trzymać rękę w przerębli. Toż żelazo zimne jak szlag.

– Ale ja nic nie czuję.

– No, właśnie. Potrzymaj sobie rękę w przerębli przez pół nocy, nawet jak nic nie czujesz. Niemoc zaraz cię chwyci.

Lanni skinęła głową, popierając swoją sierżant.

– Taaaa… Mężczyźni to durnie – mruknęła. – Ale ten Biafra jest fajny. Wyjdziesz za niego?

– No, co wyście? Powariowały jedna z drugą?

Shha uśmiechnęła się szeroko.

– Pamiętaj, co ci już wcześniej mówiłam. Daj mu tyłka i się pobierzcie!

– Odczep się!

– Ma rację – powiedziała Lanni. – Masz szansę teraz, to nie czekaj na królewicza z bajki.

– Wy w ogóle macie coś popieprzone w głowach, dziewczyny. To straszny sukinsyn.

– Lepiej mieć męża sukinsyna niż niedorajdę – skomentowała Shha.

– Oż, kurde, co za wojsko! Porucznik z sierżantem swatają majora. No nie, nazwijmy się od razu plutonem weselnym i kupę pieniędzy zarobimy, swatając naszych żołnierzy.

– Też niegłupia myśl – roześmiała się Lanni. – Fajne dupki mamy do przehandlowania.

Achaja machnęła ręką. Jechały w milczeniu przez coraz bardziej chłodną noc. Bezchmurne niebo sprawiało, że gwiazdy świeciły jasno, umożliwiając utrzymanie dużej szybkości nawet na krętym gościńcu. Wypoczęte konie rwały do przodu, jakby chciały udowodnić, że w żyłach mają prawdziwą krew, a nie jej wałachowate popłuczyny. Oddział jakimś cudem utrzymywał nawet równy szyk. Wyglądał bojowo. Jak stado wilków pędzących przez noc za swoją ofiarą.

– Tam! – krzyknęła nagle Shha, wyciągając rękę.

Dopiero po dłuższej chwili dostrzegły nikłe światełko.

– Karczma. – Shha miała naprawdę niesamowity wzrok.

– Mamy się w niej zatrzymać. – Lanni uniosła się w strzemionach, kiedy podjechały bliżej. – Kurde, ale zwierzaków wokół.

Rzeczywiście, wokół kilku niewielkich budynków stało ze dwieście koni przykrytych derkami. Co najmniej dwie kompanie kawalerii musiały tu popasać.

– Sierżancie – zakomenderowała Lanni. – Nasze konie do stajni. Żołnierzy ulokuj w stodole i zamelduj.

– Tak jest! – Shha miała jednak wątpliwości. – Stodoła pewnie pełna jak szlag. Tyle wojska…

– To ich wywal na zbity pysk. – Lanni zeskoczyła z konia. – Stajnię też opróżnij, jak zajdzie potrzeba.

– Tak jest!

– Nie za ostro? – spytała Achaja, rzucając sierżantowi swoje wodze.

– Tak nas uczyli na szkoleniu. – Lanni mrugnęła porozumiewawczo. – Teraz jesteśmy Służba Rozpoznania i Zaopatrzenia. Nie będą nasi żołnierze po krzakach nocować, jeśli to nie jest konieczne.

Achaja roześmiała się, otwierając ciężkie drzwi. W karczmie mimo późnej pory było pełno gości. Oprócz chłopów i okolicznej szlachty zauważyły kilku oficerów kawalerii przy jednym ze stołów. Zasalutowały obie, bo była tam nawet pani pułkownik. Usiłowały nie słyszeć cichych, rzucanych półgębkiem uwag:

– O, żesz ty. Pierdolony zwiad! Wywalą nam żołnierzy ze stodoły, jeśli ich więcej.

– Widzisz, co ta młoda major ma na twarzy? Zwiad łóżkowy, czy jak?

– A widziałaś porucznik? Siksa nie ma nawet osiemnastu lat.

– A sama major? Nie ma nawet dziewiętnastu. Co oni w tym zasranym zwiadzie?

– Ciiii… To księżniczka.

– No to co? Idąc dalej tym tropem w hierarchii, to ich żołnierze mają pewnie po dwanaście.

Obie usiadły z dala od oficerów kawalerii. Ospały gospodarz postawił przed nimi talerz z nieśmiertelną baraniną i garniec gorzałki.

– Pokroisz mi? – Achaja zerknęła na Lanni.

– O, żesz ty – usłyszały od stołu zajmowanego przez oficerów kawalerii. – Jaśnie pani nawet nie raczy wziąć noża do ręki.

Lanni rzuciła im wściekłe spojrzenie, ale Achaja była szybsza.

– Jak wam nie pasuje, drogie panie, pokroję sobie sama.

Wstała lekko, prawą ręką wyszarpnęła nóż, wskoczyła na ławę, postawiła prawą nogę na stole, tak żeby but wylądował w środku misy przytrzymując mięso, i powoli odkroiła sobie kawałek. Pułkownik zerwała się ze swojego miejsca.

– Pani major! Chyba pani przesadza!

– To proszę napisać raport!

Sięgnęły do swoich mieczy. Wszystkie kawalerzystki jak na komendę. Księżniczka nie księżniczka, ale honor armii był naprawdę narażony na śmieszność.

– Nie radzę – osadziła je Lanni cichym głosem. – Ona załatwiła Viriona.

Zwątpiły. Wszystkie. Dopiero teraz, kiedy przyszło otrzeźwienie, zauważyły, że z lewą ręką pani major jest coś nie tak. Że trzyma ją przy boku jak przysznurowaną. Zrobiło się jakoś głupio. Na szczęście do karczmy weszła Shha, kierując całą złość na siebie. Zasalutowała tamtym tak niedbale i lekceważąco, że właściwie można było z tego wyciągnąć konsekwencje. Ale… Była sierżantem tej, która załatwiła samego Viriona. I niby co zrobić? Kawalerzystki usiadły na powrót za swoim stołem.