Выбрать главу

– Co, dziewczyny? – Shha zwaliła się z hukiem na ławę. – Zamówiłyście gorzałeczkę? – Wzięła sobie kubek i nalała wszystkim. – Achajka, czemu stoisz na stole?

Księżniczka zeskoczyła zgrabnie, zajmując swoje miejsce. Kawalerzystkom nie mieściło się w głowie, że sierżant może siedzieć przy jednym stole z oficerami, ani tym bardziej, że mówi do nich na „ty”.

– Tak sobie stałam.

Lanni uśmiechnęła się do sierżant.

– Z wojskiem… Udało się?

– Co się miało nie udać? – Sierżant nachyliła się nad misą. – No, kto tu, kurde, butem naciapał?

– Tak wyszło z rozmowy.

– Achaja, co ty? W baraninie tańczysz?

Wypiły następną kolejkę, z przyzwyczajenia zamykając oczy. Dwie chłopki przy innym stoliku uśmiechnęły się. Przepiły do zwiadowców kolejkę również „po ciemku”. Swoje znaczy. Weteranki. Zrobiło się cieplej. Shha posłała im całusa ustami. Kilku chłopów roześmiało się cicho.

– Wasze zdrowie, panie oficyjerowie! – Jeden ośmielił się nawet podnieść swój kubek. – Z pań żołnierzy to najlepsze żoneczki! Że nie gadam o morgowym, co we wianie wnoszą.

– Kurde! Kocham ten kraj! – Achaja odpowiedziała mu swoim kubkiem.

Zignorowały ciche uwagi kawalerzystek. Chłopi natomiast nie zignorowali. Księżniczka, wyrażająca się po ludzku i odpowiadająca na toast chłopa, wyraźnie im się spodobała. Sarkające jaśnie panie oficyery z kawaleryi natomiast nie przypadły im do gustu. Zaczęli sykać i z pogardą lać resztę wódki z kubków na podłogę. Wybuchowi burdy na szczęście zapobiegło wejście kolejnego gościa.

Śliczna dziewczyna w mundurze zwiadu zrobiła kilka kroków i zasalutowała sprężyście.

– Pani! Kapitan Hermeen melduje się na rozkaz!

Achaja odsalutowała, unosząc się trochę.

– To ty? – Oczy jej się zaśmiały.

Harmeen rozpoznała ją również. Uśmiechnęła się, potem padły sobie w objęcia, co spowodowało kolejne nieprzychylne komentarze ze strony dowództwa kawalerii. Znały się od czasu, kiedy Sirius z poselstwem dotarł do Arkach. To Harmeen dała Achai kurtkę i spodnie. Nie wspominając o drobnym fakcie moralnego rozsieczenia obcego księcia.

– Awansowałaś. Wtedy byłaś chyba porucznikiem.

– Ty też. – Harmeen usiadła naprzeciw.

– Miałaś rację co do tego kraju.

Harmeen uśmiechnęła się na wspomnienie tamtej rozmowy.

– Słyszałam, że zabiłaś Viriona. Podobno załatwiłaś też stu jego najlepszych szermierzy. Tak?

Shha wybałuszyła oczy. Lanni tylko machnęła ręką.

– Sześciuset! – mruknęła. – Nasza księżniczka załatwiła sześciuset mistrzów Viriona!

– O, kurde! Naprawdę?

Achaja ryknęła śmiechem.

– Zabiłam czterech. – Nie mogła pohamować chichotu. – A Viron mnie okaleczył. – Podniosła lewą dłoń i strzeliła się prawą w swoje nieruchome palce.

– Wszyscy mówią, że stu! I że Virion całował cię po stopach, błagając o łaskę.

Tym razem nawet Shha nie wytrzymała. Zaczęła się śmiać, potem zakryła usta, nie mogąc się powstrzymać.

– Się pani napije, pani kapitan – mruknęła. – Łatwiej będzie uwierzyć.

– Czterech, Harmeen, czterech. – Achaja napełniła jej kubek. – Napiszą o nas w kronikach, jeśli aż takie cuda krążą w plotkach. I kto po pięciuset latach uwierzy w te brednie?

Harmeen strzeliła kolejkę, potem nachyliła się nad misą.

– O, kurczę, kto wam rozdeptał baraninę? Jest wyraźny odcisk buta.

– Nie powracajmy do tego tematu, co?

Wzruszyła ramionami. Odcięła sobie najmniej sponiewierany kawałek i włożyła do ust.

– Przywiozłam papiery. – Położyła na stole skórzaną teczkę, którą odpięła od paska. – I przywiozłam też czarownicę.

– Mmmm? Gdzie jest?

– Myje się przy studni. A to trochę potrwa – Harmeen zrobiła minę, jakby nie chciała, żeby ją o to więcej pytać. Widocznie temat był drażliwy. – Chodźcie spać, dziewczyny, co? – mruknęła. – Jutro musimy wstać skoro świt, niewiele czasu zostało.

– No. – Achaja wzięła skórzaną torbę i uniosła się lekko. – Gospodarz! Dwa pokoje i daj coś na ząb na górę.

Podskoczył, chcąc tłumaczyć, że wszystkie pokoje zajęte, ale zwątpił, widząc dystynkcje majora, te wszystkie świecące metalicznie gwiazdki i belki na jej rękawie, i… dodatkowo… cieniutki złoty wężyk znamionujący księżniczkę.

– Proszę. – Poprowadził je wszystkie na górę schodami przyklejonymi do ściany głównej izby. – Służę uprzejmie. – Zastanawiał się, jak wytłumaczyć pozostałym gościom, że ich pokoje nie są już wolne. – Tutaj, proszę. – Otworzył wąskie drzwi do klitki, która mogła pomieścić najwyżej dwie osoby. – Pozostałe panie tu obok, proszę.

Achaja wsunęła się przez wąskie drzwi. Miała spać z czarownicą, bo Harmeen i Lanni poszły do drugiego pokoju. Na wąskim podeście stanęła Shha, rozkraczona lekko, z lekceważącym wszystkich wyrazem twarzy i napiętą kuszą w ręku. Zwiad rzeczywiście różnił się od innych formacji. Tu naprawdę czuło się coś szczególnego. Nie przy każdej kwaterze oficera stała wartownik z bronią, a na pewno, żadna nie robiła tego tak demonstracyjnie jak jej własna sierżant.

– Shha – szepnęła. – Jak skończysz wartę… wpadnij na chwilę, co?

– No! – Shha uśmiechnęła się szeroko, ani na moment nie odwracając wzroku od zasypiających powoli gości w sali poniżej. – Dobra!

Pomocnik gospodarza postawił na małym koślawym stoliku tacę z mięsem, owocami i mały garnek z gorzałką. Achaja rzuciła się na łóżko. Oparła jedną nogę o ścianę drugą podciągnęła pod siebie, by oprzeć na niej teczkę z papierami. Wypiła kubek wódki, zagryzła jabłkiem i zaczęła przeglądać zawartość teczki.

Pierwszy raport był po prostu zestawieniem dostępnych w piśmiennictwie opisów Wielkiego Lasu. Z reguły określano go jako niezmierzoną knieję położoną w nieprzebytej, ogromnej dolinie pomiędzy górami. W dolinie zawsze panowała mgła, było wilgotno i chłodno. Nikt nie wiedział, jak wielki jest Wielki Las. Wiedziano natomiast, że po drugiej stronie istniało królestwo Chorych Ludzi. Żadnej z kupieckich ekspedycji nie udało się przebyć kniei. Żadna nie wróciła. Chorzy Ludzie również usiłowali się przedostać od swojej strony, z równie niezadowalającym skutkiem. W lesie mieszkały potwory. Opisywano je jako wielkie smoki, olbrzymy, demony, karły z rogami i ogonami, wielkie owady, malutkie mrówki atakujące zewsząd odważnych podróżnych i zjadających całe ciało w czasie krótszym niż oddech… Autorzy nie mieli więc pojęcia o charakterze potworów z Lasu.

Drugi raport stanowił analizę ekonomiczną królestwa Chorych Ludzi. Był to kraj otoczony górami, pozbawiony dostępu do morza i, tak jak Arkach, bez dostępu do spławnych rzek. Chorzy Ludzie produkowali jednak wspaniałe wyroby, abstrahując nawet od ich broni, poznali sztukę wytwarzania niesamowicie odpornej stali, niezwykle dokładnych zegarów, maszyn do nawadniania pól, dźwigów i kołowrotów, których użycie wymagało tylko połowy normalnie potrzebnej siły, rozciągliwych lin, narzędzi. Achaja przebiegła wzrokiem całą listę. Imponujące osiągnięcia. Jednak ceny towarów były wprost niebotyczne. Główną przyczyną był transport. Kraina Chorych Ludzi była praktycznie niedostępna. Z tyłu Góry Bogów, z boku góry dużo mniejsze, ale również nie do przebycia dla ekspedycji handlowych, z przodu Wielki Las. Pozostawała droga do najbliższego morza, wiodąca najpierw przez (najniższe z opisanych dotąd) góry, potem (w miarę obniżania się terenu) przez coraz bardziej tropikalną puszczę zamieszkaną przez dzikie plemiona, aż do pierwszej spławnej rzeki. Koszty i straty ponoszone przy takiej drodze siłą rzeczy windowały ceny towarów do nieprawdopodobnych wręcz wartości. Chorzy Ludzie parokrotnie podejmowali agresywne wojny (choćby zajęcie Hem) ale na dłuższą metę kończyły się one fatalnie z braku jakiejkolwiek realnej łączności z własnym państwem, z braku porządnej floty – jedyne łodzie, którymi dysponowali, musieli każdorazowo sami zbudować po dotarciu do spławnych rzek. Utrzymanie faktorii w puszczy kończyło się źle z powodu zabójczego klimatu i ciągłych ataków piratów, którzy władali morzem i ujściami rzek w tym rejonie. Królestwo najprawdopodobniej dusiło się ekonomicznie i uzyskanie lądowego połączenia z partnerami handlowymi było dla nich priorytetem. Niestety, jedyna możliwa droga lądowa musiałaby biec przez Wielki Las.