Выбрать главу

– Przypominam o wojskach Zakonu – wtrąciła nieśmiało Annamea.

– Ach, pani pułkownik – Orion uśmiechnął się promiennie. – W wojsku nic nie dzieje się szybko. Ale oczywiście – skinął głową. – Nie zatrzymuję państwa – zerknął na księcia Siriusa. – Synu, słyszałeś naszą rozmowę?

– Tak ojcze. Z chęcią obejmę dowództwo nad oddziałem liniowym.

Annamea poprowadziła Achaję, która powoli już odzyskiwała wzrok. Trzeźwiała również powoli. Usiłowała nawet stanąć sama, bez podparcia, kiedy pani pułkownik instruowała oddział Dahmeryjczyków, że mają iść za nimi.

Na dziedzińcu, kiedy owionęło ją parne, niosące sadzę powietrze, doszła jako tako do siebie.

– Liniowcy Troy! – krzyknął Sirius. – Awangarda!

Achaja chrząknęła, usiłując się pozbyć czegoś, co blokowało jej tchawicę. Spojrzała przytomniej na zaimprowizowany obóz wojskowy, który utworzył się samorzutnie wokół pałacu. Szturmowcy Troy atakowali właśnie grenadierów Arkach, a te chętnie poddawały się atakowi. Coraz więcej chichoczących par w mundurach różnych armii znikało w zakamarkach zabudowań gospodarczych.

– Słuchaj Harmeen – mruknęła. – Wydaj wreszcie jakiś rozkaz koncentracji, bo nasze wojsko zajdzie w ciążę i w przyszłym roku będziemy mieli dwie armie zamiast jednej.

Ktoś podał jej bukłak z wodą. Przemyła sobie twarz. Przytomność wracała jej powoli.

Podeszła do pocztów towarzyszących. Rozpoznała tylko jednego medyka.

– Cześć, Marbe.

– Cześć, pani Achajo – uśmiechnął się medyk. Parę razy pani major leżała na jego stole i jakoś tak nie wypadało zwracać się „po służbowemu” do kobiety, u której widziało się wszystko, co miała do pokazania.

– Co to? Masz samych „młodych”? – wskazała na świeżutkich medyków przysłanych przez komisję uzupełnień.

– No.

– Nauczyłeś ich czegoś?

– No pewnie. Ale jakby pani Achaja powiedziała do nich choć słowo, to może nie zesrają się na sam widok ciężko rannego.

Uśmiechnęła się. Tuż obok zauważyła szesnastoletnią kapłankę w mundurze chorążego patrzącą na wszystko wokół rozszerzonymi oczami. Kapłani zawsze mieli lepiej. Szesnastoletni chorąży, psiamać.

– Medycy, sanitariusze – krzyknęła. – Wiem, że to wasz pierwszy raz, ale… ufajcie swojemu dowódcy. I pamiętajcie o jednym. Jesteście ostatnią nadzieją dla wielu ludzi. Za wami… za waszymi plecami nie ma już nic. Tam z tyłu stoi już tylko ta kapłanka, która ich odprowadzi do krainy śmierci. Ludzie! Wy jesteście ostatnią linią obrony naszych biednych żołnierzy na tym świecie. Ich ostatnią nadzieją. Więc zróbcie swoje dobrze! Niech każdy wypełni swój obowiązek.

Medycy i sanitariusze z uzupełnień patrzyli na nią jak cielęta na malowane wrota.

– Słuchajcie, chłopcy… Jeśli się naszym żołnierzom nie uda, to pozostaniecie im tylko wy. Wiecie, co to jest życie? Dla żołnierza, któremu się nie udało… życie to wy. Za wami już tylko ta kapłanka w mundurze chorążego. Jak wy skrewicie, ona odprowadzi ich do krainy śmierci. Ale póki co… Na tym świecie nasz żołnierz ma już tylko was. Nie zawiedźcie go. Proszę!

Podeszła do kapłanki, która wyprężyła się na baczność.

– Pierwszy raz w bitwie?

– Nie, pani major! – dziewczyna była przejęta swoją misją. – Już byłam w bitwie. Tuż pod murami Syrinx ktoś z lasu zaczął strzelać z kuszy. I musiałyśmy się wszystkie ukryć za wozami! I ten ktoś, kto strzelał, o mało co nie trafił muła, pani major.

Achaja położyła jej rękę na ramieniu.

– Słuchaj, dziecko. Dzisiaj musisz dać z siebie wszystko. Musisz modlić się do swoich Bogów, żeby dali ci siłę.

– Mam nadzieję, że to są również pani Bogowie, pani major.

Achaja uśmiechnęła się lekko.

– Już za chwilę będziesz mniej harda – powiedziała. – Tylko pamiętaj, dziecko, o jednym. Wymiotuje się poza zasięgiem wzroku rannych. Nie ma nic gorszego, jak ktoś leży z rozwalonym brzuchem i widzi, że kto inny rzyga na jego widok. To głupie, ale to kres nadziei dla niego. Więc pamiętaj. Wymiotuje się poza zasięgiem wzroku rannych. Choćby na kolanach, choćby na czworakach, nawet dławiąc się z braku oddechu, musisz odejść dalej.

– Pani! Ja nigdy!…

– Zamknij się, dziecko. I zrób swoje, tak jak cię nauczono – Achaja odwróciła się w stronę formowanych właśnie oddziałów. – Współczuję ci, mała, dzisiejszej nocy. Zapamiętasz ją do końca życia.

Liniowcy Troy już ruszali. Biafra obsobaczył panią pułkownik piechoty. Szybko sformowano dwa bataliony, ale nie udało się ich porządnie ustawić. Annamea kazała ruszać swoim Dahmeryjczykom w jakiś czas po ariergardzie. Dowództwo i poczty pomocnicze zostały umieszczone w środku luźnej formacji osłaniane przez pluton służbowy Achai.

Biafra kazał ruszać, bo czołówki Troy oddaliły się za bardzo. Dwa bataliony nie były jeszcze gotowe. Dahmeryjczycy tłoczyli się, uniemożliwiając im koncentrację i formowanie szeregów marszowych.

– No dobra, chodźmy – mruknęła Achaja, wskakując na swojego konia. – Tu jest za dużo wojska.

Przygalopował książę Sirius. Sam, bez obstawy. Był naprawdę odważny.

– Nikt, szlag, nie słyszał o rycerzach Zakonu – splunął na ziemię. – Mój zwiad niczego nie wykrył.

– Dotarli do przystani? – spytał Biafra.

– Nieeee… No ale nie mogę sobie wyobrazić wojska, które wyładuje się z barek i czeka tylko na to, żebyśmy je dopadli w tym samym miejscu.

– Fakt – potwierdziła Achaja. – Takiego prezentu raczej nam nie zrobią.

– Ruszać! Ruszać – krzyknął Biafra. – Zwiad na boki!

Meredith nie mógł dosiąść przydzielonego mu konia. Trzeba było podsadzać. Dziewczyny z plutonu służbowego o mało nie turlały się ze śmiechu, bo kiedy już wsiadł, wierzchowiec czarownicy Arnne ugryzł kolegę i czarownika trzeba było podnosić, masować i sadzać na powrót w siodle. Miał wspaniałą minę. Dziewczyny ze zwiadu niewiele dzieliło, żeby się zsikać ze śmiechu. Arnne chciała mu jakoś pomóc, ale Meredith odsuwał się od koleżanki, nie chcąc, by jej „pojazd” wchodził znowu w paradę.

Nareszcie ruszyli. Z ogromną luką przed nimi, bo oddziały Troy maszerowały szybko. Achaja miała wrażenie, że wszystkie armie świata maszerują szybciej od Arkach. Te pieprzone buty z twardej skóry, tak skuteczne w górskim lesie, tutaj, w upale, na brukowanych drogach sprawiały tylko ból, odparzenia i pękające krwią bąble. Pluton służbowy na koniach miał się jeszcze dobrze, podobnie jak medycy i kapłanka, bo ktoś im poradził, żeby maszerowali boso, ale już regularna piechota nie mogła chodzić bez butów. Dziewczyny zaciskały zęby, musząc iść „w nogę” i mając na sobie te koszmarne narzędzia tortur.

– Wolniej – zakomenderowała Achaja ludziom na koniach. – Dwójkowy zwiad na równoległe ulice. Ktoś na szpicę, żeby nawiązać łączność z oddziałem Troy.

– Ja pójdę! – Sharkhe szybko zgłosiła się na ochotnika. Czyżby już zdążyła przygruchać sobie jakiegoś liniowca z Troy?

Do Achai podjechał Sirius.

– Cześć, koleżanko – uśmiechnął się sympatycznie. – Nareszcie możemy zamienić choć słowo. Bo w pałacu… – usiłował być delikatny i nie dokończył.

– Cześć, Sirius.

– Buty mi spadły, kiedy się dowiedziałem, kim jesteś. Komu zawdzięczam życie – przeciągnął palcem po tatuażu na jej policzkach. – Kocham cię, głupia babo!

Spojrzała zaskoczona. Najwyraźniej mówił poważnie.

– Kocham cię – powtórzył. – Nie masz przypadkiem jakichś sprecyzowanych już planów małżeńskich?

Zagryzła wargi. Jako księżniczka Arkach, operacyjny dowódca zwiadu, nie była panią samej siebie. Jeśli już mowa o małżeństwie, to groził jej raczej ojciec Siriusa, Orion. To była polityka na szczeblu królestw i nie miała wiele do gadania.