– Nie wiem – odrzekłem. – Nie spotykam się już z Jesusem.
– Tak, kiedy już pójdą na ugodę i wyjadą na północ, przestaje się pan pewnie nimi interesować. Żadnych widoków na apelację, żadnej roboty.
Skinąłem głową. Wszyscy gliniarze są uprzedzeni do adwokatów.
Jak gdyby wierzyli, że sami wszystkie śledztwa prowadzą wzorowo i niczego nie można im zarzucić. Nie wierzyli w system sprawiedliwości oparty na mechanizmie równowagi.
– Chyba tak jak pan – powiedziałem. – Po prostu biorę następną sprawę. Mam nadzieję, że skoro ma pan dużo pracy, to szykuje pan dla mnie nowego klienta.
– Nie myślę o tym w ten sposób. Zastanawiam się jednak, czy dobrze pan sypia.
– A wie pan, nad czym ja się zastanawiam? Z czym, do diabła, ma pan tę kanapkę?
Detektyw pokazał mi zawartość niedojedzonego lunchu.
– Z masłem orzechowym i sardynkami. Dużo zdrowego białka, żebym miał siły na łapanie drani. I rozmowę z nimi. Nie odpowiedział pan na moje pytanie.
– Sypiam dobrze, detektywie. Wie pan dlaczego? Bo mam ważne zadanie w systemie. Potrzebne – podobnie jak pan. Kiedy ktoś zostaje oskarżony o przestępstwo, ma okazję wypróbować system. Jeżeli chce to zrobić, przychodzi do mnie. I tylko o to w tym chodzi.
Kiedy człowiek to zrozumie, nie ma kłopotów ze snem.
– Ładna historyjka. Mam nadzieję, że pan w nią wierzy, kiedy zamyka pan oczy.
– A pan, detektywie? Zastanawiał się pan kiedyś przed snem, czy nie zdarzyło się panu przymknąć niewinnego człowieka?
– Nie – odrzekł szybko z pełnymi ustami. – Nigdy. I nigdy tak nie pomyślę.
– Taka pewność musi być miła.
– Ktoś mi kiedyś powiedział, że kiedym człowiek znajdzie się na końcu swojej drogi, powinien popatrzeć na stos drewna, z którego korzysta cała jego wspólnota, i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w życiu więcej do niego dołożył, czy z niego wziął. Ja dokładam do stosu, Haller. Dobrze sypiam. Ale zastanawiam się nad takimi jak pan. Wszyscy adwokaci tylko bierzecie z tego wspólnego stosu.
– Dziękuję za kazanie. Przypomnę sobie, kiedy będę rąbał drewno.
– Jeżeli się panu nie podoba, to opowiem panu dowcip. Jaka jest różnica między adwokatem a sumem?
– Hm, nie wiem, detektywie.
– Pierwszy to śliskie bydlę żerujące w mętnej wodzie, a drugie to ryba.
Ryknął gromkim śmiechem. Wstałem. Musiałem już iść.
– Mam nadzieję, że umyje pan zęby po zjedzeniu czegoś takiego – powiedziałem. – Nie chciałbym być w skórze pańskiego partnera.
Odszedłem, rozmyślając o tym, co mówił o wspólnym stosie drewna i słowach Sama Scalesa o oszuście z papierami. Dostawało mi się dzisiaj od wszystkich.
– Dzięki za radę! – zawołał za mną Kurlen.
Rozdział 14
Ted Minton umówił się ze mną na naradę w sprawie Rouleta na taką godzinę, żeby zastępca prokuratora okręgowego, który dzielił z nim gabinet, był w tym czasie na rozprawie, tak więc mogliśmy spokojnie porozmawiać. Minton przywitał mnie już w poczekalni.
Wyglądał na niewiele więcej niż trzydzieści lat, ale jego zachowanie zdradzało dużą pewność siebie. Prawdopodobnie miałem nad nim przewagę dziesięciu lat i stu procesów, jednak Minton nie okazywał mi przesadnego szacunku. Sprawiał wrażenie, jak gdyby traktował nasze spotkanie jak zło konieczne. Nie miałem nic przeciwko temu.
To było normalne. Miałem pełny bak.
Kiedy weszliśmy do małego, pozbawionego okien gabinetu, Minton wskazał mi miejsce swojego partnera i zamknął drzwi. Usiedliśmy i spojrzeliśmy na siebie. Pozwoliłem mu zacząć.
– Najpierw chciałem pana poznać – powiedział. – Właściwie dopiero rozpoczynam pracę w Dolinie i nie zdążyłem jeszcze spotkać zbyt wielu tutejszych adwokatów. Wiem, że pracuje pan w całym okręgu, ale nie mieliśmy okazji się wcześniej zetknąć.
– Może dlatego, że dotąd nie skarżył pan w zbyt wielu procesach o ciężkie przestępstwa.
Uśmiechnął się i skinął głową, jak gdybym zdobył jakiś punkt.
– Być może – odrzekł. – Muszę jednak panu powiedzieć, że kiedy studiowałem prawo na USC, czytałem książkę o pańskim ojcu i jego sprawach. Miała tytuł „Haller w imieniu obrony” czy jakoś tak. Ciekawy człowiek i ciekawe czasy.
Przytaknąłem.
– Zmarł, zanim zdążyłem go naprawdę poznać, ale jest o nim parę książek i wszystkie przeczytałem po kilka razy. Przypuszczam, że dlatego robię to, co robię.
– Poznawać ojca z książek… to musiało być dla pana trudne.
Wzruszyłem ramionami. Nie miałem ochoty wchodzić z Mintottem w tak zażyłe stosunki, zwłaszcza że szykowałem mu coś nieprzyjemnego.
– Cóż, tak się zdarza – rzekł.
– Tak.
Klasnął w dłonie gestem oznaczającym „przejdźmy do rzeczy”.
– No dobrze, powodem naszego spotkania jest Louis Roulet.
– Wymawia się „ru – lej”.
– Niech będzie, „ruu – lej”. Mam tu coś dla pana.
Odwrócił się do biurka, wziął z niego cienką teczkę i podał mi.
– Chcę grać fair. Znajdzie tu pan najświeższe dowody. Wiem, że ujawnienie powinno nastąpić dopiero po odczytaniu aktu oskarżenia, ale co tam, nie będziemy się bawić w formalności.
Z doświadczenia wiem, że jeśli prokurator zapowiada grę fair, lepiej uważać. Przejrzałem zawartość teczki, niczego jednak nie czytając. Teczka, którą dostałem od Levina, była co najmniej cztery razy grubsza. Nie ucieszyłem się, że Minton powiedział tak niewiele. Podejrzewałem, że ukrywa coś w zanadrzu. Większość prokuratorów każe czekać na ujawnienie dowodów, o które trzeba się tak długo dopominać, że czasem jedynym wyjściem jest złożenie skargi u sędziego. A Minton bez żadnych ceregieli przekazał mi przynajmniej część materiałów. Albo musiał się jeszcze wiele nauczyć o oskarżaniu w procesach karnych, albo było to jakieś chytre zagranie.
– To wszystko? – zapytałem.
– Wszystko, co mam.
Typowy ruch. Kiedy prokurator nic nie miał, mógł odwlekać udostępnienie dowodów obronie w nieskończoność. Przekonałem się – będąc mężem prokuratorki – że nakłanianie policji przez prokuratora, aby nie spieszyła się z gromadzeniem dokumentów, nie jest niczym niezwykłym. Następnie oskarżyciel oświadczał obronie, że chce grać fair, po czym przekazywał materiał, w którym nie było praktycznie nic. Adwokaci często nazywali zasady ujawnienia zasadami ujajenia. Reguła oczywiście działała w obu kierunkach. Ujawnienie miało być procesem dwustronnym.
– I z tym chce pan iść na proces?
Machnąłem teczką, jak gdybym chciał zademonstrować, że jest tak cienka jak dowody oskarżenia.
– O dowody jestem spokojny. Ale jeśli chce pan rozmawiać o porozumieniu, proszę bardzo.
– Nie, ugoda nie wchodzi w rachubę. Zagramy ostro. Rezygnujemy ze wstępnego i od razu idziemy na proces. Nie ma na co czekać.
– Klient nie odstępuje od prawa do szybkiego procesu?
– Nie. Sześćdziesiąt dni od poniedziałku i odkrywa pan karty albo pas.
Minton ściągnął usta, jakby liczył się z taką możliwością, a moja decyzja oznaczała dla niego tylko mało znaczący kłopot. Dobrze się maskował. Wiedziałem, że mój cios był celny.
– No dobrze, wobec tego powinniśmy chyba porozmawiać o ujawnieniu dowodów drugiej strony. Co pan dla mnie ma?
W jego głosie nie słyszałem już uprzejmego tonu.
– Nadal gromadzę materiał – powiedziałem. – Ale będę gotowy na poniedziałek, przed odczytaniem oskarżenia. Wydaje mi się jednak, że większość moich dowodów jest już chyba w teczce, którą mi pan dał, prawda?
– Najprawdopodobniej.
– Znalazła się tu informacja, że rzekoma ofiara jest prostytutką, która nagabywała mojego klienta?
Minton na ułamek sekundy otworzył usta i zamknął, ale to był dobry znak. Mój drugi cios także okazał się celny. Przeciwnik szybko się jednak otrząsnął.
– Prawdę mówiąc, zdaję sobie sprawę, czym trudni się ofiara.
Dziwię się natomiast, skąd pan już o tym wie. Mam nadzieję, że nie węszy pan za ofiarą, panie Haller.
– Mów mi Mickey, Ted. Tym, co robię, najmniej powinieneś się przejmować. Lepiej uważnie przyjrzyj się sprawie. Wiem, że jesteś nowy, i przypuszczam, że nie chcesz przegranej na dzień dobry.