Выбрать главу

– Przyznaję bez bicia: nie spieszyliśmy się. – Olszan, krzywiąc się, pomógł Agnieszce usiąść po ocienionej stronie czołgu. – Przywilej cywila. Można się bezkarnie czaić po kątach.

– Niech go pan nie słucha. – Wielogórska posłała mu blady i ciepły zarazem uśmiech. – Wóz strasznie znosi, praktycznie nadaje się tylko do jazdy po rondzie. I musieliśmy robić przerwy, żeby studzić silnik.

– W porządku. – Popatrzyłem na brunatny od zakrzepłej krwi przód koszuli Olszana. – Nikt nie ma o nic pretensji.

– Myślałem, że to koniec. – Usiadł, osłonił powiekami oczy i skryty w nich ból. – Nie rozumiem, czemu nie przyleciał nas dobić.

– Widział go pan?

– Właściwie nie. Coś mi mignęło w chmurze pyłu.

– Czyli nadal nie wiemy, co to jest?

– Szturmowiec. Sylwetkę z grubsza było widać. A model… To bez znaczenia. Każdy jeden jest kurewsko skuteczny. Gdzie są wszyscy?

Zacząłem objaśniać, że załogi w wozach, przyklejone do celowników i rozruszników, a reszta zdolnych do noszenia broni na górze, ale nie dane mi było dokończyć. W przerywanej ospałym postukiwaniem narzędzi ciszy seria kilku karabinowych wystrzałów zabrzmiała bardzo dobitnie. Jeśli wszyscy nie podskoczyliśmy z wrażenia, to tylko dlatego, że byliśmy trójką bezsilnych kup nieszczęścia.

– To przy wylocie Szyjki. – Bez zapału schyliłem się po beryla. – Jakby co, pod czołgiem jest schron. I karabin maszynowy.

Nie miałem sił taszczyć tego paskudztwa, choć na polu bitwy wart był paru automatów. Przewiesiłem karabinek przez ramię i w tempie zdobywcy himalajskiego ośmiotysięcznika powlokłem się przez zarośla.

Nim dotarłem do wylotu ni to wąwozu, ni to skośnej przełęczy, ochrzczonej Szyjką, wymiana ognia dobiegła końca. Finał nie napawał optymizmem: to nie beryl strzelał ostatni. Ale nawet nie o to chodziło.

Filipiak, na którego niemal wpadłem za zakrętem, skomentował rzecz w najlepszy możliwy sposób:

– Te skurwysyny są dokładnie nad nami.

Klęczał za jakąś skałką, celując z automatu w przeciwległy koniec Szyjki, i choć raz po raz nadwerężał kark, rzucając szybkie spojrzenia nad lewe i prawe ramię, widać było, że zupełnie upadł na duchu i na serio szykuje się do zasypania wąwozu pociskami. Ewentualna obrona mocno przypominałaby tę spod Termopiclass="underline" z winy pola minowego nasze wozy nie mogły podjechać bliżej i musiałby walczyć samotnie. Co gorsze, nie miał też co liczyć na solidną osłonę skrzydeł: BRDM, kręcąc gorączkowo wieżyczką, udowadniał właśnie, że może mieć problemy z ostrzeliwaniem górujących nad nami skalnych ścian kotliny.

– Co się stało? – Zaległem dwa metry od niego, na boku, co dawało szansę w miarę szybkiego strzelania do góry.

– Kto przyjechał?

Z góry powinien widzieć samuraja. Czyli nie wracał, a dopiero szedł do saperów. Tak czy inaczej miał sporo szczęścia. Mógł leżeć tam teraz obok Ciołkosza i Staśki. Maciaszek też miał szczęście, choć nie wyglądał na wybrańca losu, kiedy odbierano mu mackę i posyłano w charakterze gońca do Morawskiego. Pot zamiast krwi, jak w starej żołnierskiej maksymie…

– Olszan i Wielogórska.

– Nie zabrali po drodze tych ze stara? – Wciąż nie było łączności z Wołynowem, i między innymi dlatego Maciaszek, zamiast z minami, zmagał się teraz z urwiskami Bukłaka, żarem, wertepami i własną słabością.

– Nie. Nie zdążyłem zapytać – dodałem, zastanawiając się, ile takich drobnych błędów już popełniłem i ilu ludzi przypłaciło je życiem. Filipiak oglądał wąwóz przez szczerbinkę karabinu i snuł pewnie podobne rozważania. Dwuosobowy patrol, żadnej osłony. Musiał pluć sobie w brodę. Niesłusznie: Grochulski przy radarze, trzyosobowe załogi w sprawnych wozach, jeden przy zenitówce, mechanicy… Praktycznie pozostali mu ranni, Jola i Lesik. Ale w brodę pluł i tak. Wiedziałem.

Był dobrym żołnierzem i dlatego udało mu się nie stracić kolejnego podwładnego.

– Nie strzelaj!

Gdyby nie jego rzucony szeptem okrzyk – nawiasem mówiąc: też dowód trzymania nerwów na wodzy – pewnie pociągnąłbym za spust. Ruda od kurzu postać wyskoczyła zza kamieni i krzaków zbyt nagle, za blisko. Dopiero kiedy zwaliła się między nas, poznałem Ciołkosza.

– Idą za tobą? – Filipiak zaczął od najgorszego scenariusza.

– Nie… chyba… nie widziałem. – Przez chwilę sierżant wykasływał ogadeński pył z gardła. Trzeba przyznać, że równie cicho i dyskretnie, jak przedtem schodził wąwozem. Urwiska wiszące nad naszymi głowami najwyraźniej nie tylko mnie nasuwały paskudne myśli. – Staśko dostał.

W duchu pogrzebałem ich obu, więc nie poczułem zawodu.

– Co się stało? – drążył porucznik.

– Doszliśmy prawie na samą górę. Na wprost wylotu jest taki pagórek, poza tym płasko. I z tej górki nam przygrzali. Dobrze, że się pospieszyli i byliśmy jeszcze na stoku, ale i tak… Kule latały tak nisko, że głowy nie uniesiesz. Nie było szansy ściągnąć Staśki. Zresztą już nie żył.

– Widziałeś kogoś?

– Kurz. Niżej usypali jakby szańczyk, schron… bo ja wiem… I tam stoi maszynka. Obłożona kamieniami, nie wiem, jak byśmy mogli ugryźć to gówno. A wyżej mieli obserwatora. To on trafił Staśkę.

– Jak to daleko? – Filipiak zmrużył oczy, szkicując w wyobraźni plan potencjalnej bitwy. – Da się podpełznąć?

– Z sześćdziesiąt metrów. Usrasz się, a granatu nie dorzucisz.

Każda drużyna plutonu miała na stanie jeden karabinek z powieszonym granatnikiem kalibru 40 mm, ale rozumiałem, w czym problem. Jeśli cel jest blisko, granatnik przestaje być bronią stromotorową i chcąc go użyć, trzeba wystawić głowę zza osłony. Poza tym tradycyjne granaty ręczne były cięższe, a tym samym skuteczniejsze.

– A oskrzydlenie? Jakiś rowek, krzaki?

– Nie wiem, może… Ale ja bym tam nie lazł. Kaem stoi nisko, może i podpełzniesz ciut bliżej, ale to chujowe miejsce. Z przodu ta górka, kamień na kamieniu, drużynę schowasz i nie widać, a z tyłu jeszcze gorzej. Jak kogoś tam poślą – zadarł głowę i popatrzył na obrzeża wąwozu – to mogiła. Nawet tu nas mogą…

– Co z minami? – ciągnął odpytywanie Filipiak. Pokazał mi gestem, bym miał na oku zakrzaczony żleb, a sam bez przerwy wodził wzrokiem po górnych partiach urwisk.

– A co za różnica? – W miarę oglądania piętrzących się nad nami skał i warstw gliny, Ciołkosz stawał się coraz bardziej rozdrażniony. Rozumiałem go. Celnie spuszczony kamień mógł zabić każdego z nas, a przy odrobinie szczęścia ktoś kryjący się pięć czy sześć pięter nad nami byłby w stanie posłać na dół parę sporych lawin, ani na moment nie wchodząc nikomu przed lufę. Pozycja była naprawdę fatalna.

– Da się przejechać czy nie? – Głos porucznika nieco stwardniał.

– Prosto na ten bunkier? Żartujesz? A jak mają granatniki?

– Pytałem cię o coś.

Ciołkosz zawahał się.

– Znaleźliśmy osiem min. Jedną Staśko wykopał, resztę oznaczyliśmy chorągiewkami. To MPP-61. Były też metalowe. Przeplatanka. Ta MPP nie miała odciągu, ale założę się, że którąś ustawili na nieusuwalność. No i nieźle je przeżarło. Stukniesz i po tobie.

To akurat wiedzieliśmy.

– Po prostu będziemy detonować. To nie miasto ani most.

– A jak nie wszystkie znaleźliśmy? To była robota po łebkach i…

– Wrócisz po induktor – przerwał mu Filipiak. – Dam ci dwóch ludzi i granaty dymne, ale muszę go mieć. Tak między nami, to spieprzyłeś sprawę. Ten aparat liczy się teraz na wagę złota. Jego trzeba było ewakuować, a nie trupa.

Sierżant trzy razy otwierał i zamykał usta.

– To samobójstwo – rzucił w końcu przez zęby.

Filipiak nie zdążył skomentować. Jego zawieszone przy biodrze radio przemówiło głosem Grochulskiego.