Nie zaakcentował ostatniego zdania. Ale było ważne.
– Strzelają do nas z rakiet przeciwczołgowych – zauważyłem. – Myślisz, że stać ich na takie subtelności, jak wykrywacze kłamstw?
– Przypominam, że to tylko moje gdybanie. Tak, myślę że można brać pod uwagę i ten etap. Nawet trzeba. Ci z nas, którzy przeżyją, usłyszą wiele pytań. I od odpowiedzi może zależeć ich dalsze życie.
– Najprościej nie dopuścić, by ktoś przeżył.
– Lubisz proste rozwiązania, co?
– A ty lubisz mówić zagadkami. Może byś tak powiedział wprost, kto twoim zdaniem próbuje nas zabić? I dlaczego.
– Nieświadomi dłużej żyją.
Dałem za wygraną. W gruncie rzeczy powiedział całkiem sporo.
– To się jakoś wiąże z wycieczką po wodę? – westchnąłem.
– Możliwe. To znaczy: na pewno potrzebujemy wody na wypadek pieszego marszu. Ale bardziej chodziło mi o dziewczynę. – Przez chwilę zastanawiał się nad doborem stosownych słów. – Nie możesz jej ufać.
No cóż, znalazł całkiem stosowne.
– Nie ufam. – Brwi Morawskiego powędrowały do góry. – No, co się tak gapisz? Nigdy nie twierdziłem…
Czekał, ale nie dokończyłem. Moja znajomość z Gabrielą Asmare była krótka, jeśli mierzyć zegarkiem, lecz zbyt burzliwa i bogata w emocjonalne zwroty, by słowo „nigdy” nadawało się do jej uczciwego opisu.
– To dlaczego się w to pchasz? – zapytał dziwnie cicho.
– Bo bez tej wody prawdopodobnie zdechniemy.
– I?
Musiałem to komuś powiedzieć. Choćby po to, by powiedzieć sobie.
– Może się w końcu dowiem, czy jest tą wredną, kłamliwą suką. To znaczy… prawie na pewno się dowiem.
– Bo cię zabije albo nie?
– Bo spróbuje albo nie – sprostowałem. – Nie bój się, nie mam zamiaru dla niej umierać. Będę uważał.
– Ale musisz tam iść? – To nie było pytanie, więc nie próbowałem odpowiadać. – Nieźle wpadłeś, szkoda gadać.
Siedzieliśmy przez jakiś czas, smażąc się w słońcu. Niebo było idealnie puste, nawet sępy dały za wygraną i zrobiły sobie sjestę.
– Nie wierzę jej. – Morawski omal nie rozejrzał się na boki, by sprawdzić, czy to naprawdę ja do niego mówię. – Wiem, że kłamie przynajmniej w jednej kwestii. Mówi, że sfałszowała rozkaz Zaręby. Ten o zabraniu jej na pokład sokoła.
– Żartujesz.
– Nie. A problem w tym, że generał mówi coś wręcz przeciwnego.
Wyglądał na zdrowo wstrząśniętego.
– Tylko nie pytaj, o co jej chodziło – dorzuciłem. – Pewnie pogubiła się w swoich krętactwach. Wszyscy dostaliśmy w kość, ciężko się tu myśli bez wody. W każdym razie nie ufam jej ślepo.
– Ale… idziesz?
– Mówiłem ci: potrzebujemy wody. A to jedyna szansa.
Zastanawiał się nad czymś. Pewnie nad skutecznym sposobem przemówienia mi do rozsądku.
– Mogę ci coś doradzić? Tylko się nie śmiej. Mówię serio.
– Mam sobie wybić z głowy ten pomysł?
– Zanim pójdziesz, wywołaj ją przez radio. I powiedz… powiedz, co do niej… – Musiał przerwać i wykonać głęboki wdech. – Powiedz, że ją kochasz. Może cię nie zabije od razu.
Od chwili, gdy południowe obrzeża Bukłaka znalazły się za moimi plecami, poruszałem się jak na zajęciach z taktyki: krótkimi skokami. Biegłem kilkadziesiąt metrów, zygzakując przy tym ostro, padałem za wybraną wcześniej osłoną, odczołgiwałem się kawałek i oglądałem przez lornetkę potencjalne kryjówki potencjalnych snajperów. Tych ulokowanych blisko nie powinienem przegapić, a przy strzale z daleka miałbym spore szanse rozminąć się z pociskiem: najlepszy strzelec świata nie może być pewny trafienia w coś, co już po wystrzeleniu pocisku potrafi przemieścić się o pół metra w lewo czy prawo. Inna sprawa, że bardziej niż na życzliwość losu, który decyduje w takich przypadkach, liczyłem na zdrowy rozsądek Sabaha.
Ścigał kolumnę pojazdów i nie miał powodu rozmieszczać samotnych snajperów pośrodku pustkowia.
I faktycznie: kolejne setki metrów pozostawały za mną, a ciszę przerywał jedynie coraz krótszy oddech i coraz cięższe dudnienie butów o ziemię. W którymś momencie niemal przestałem się bać. W trakcie przerw wspomagany szkłami wzrok biegł zaskakująco daleko, nie napotykając żadnych przeszkód, i zdążyłem uwierzyć, że na tym cholernym pustkowiu nie ma po prostu kryjówek zdolnych ukryć człowieka.
Ile warta była ta teoria, przekonałem się w połowie kolejnego skoku. Moje oczy wyłowiły spośród niegodnych wzmianki kępek trawy dopiero drugą koleinę, a mózg zareagował na ów obraz dobre kilkanaście kroków dalej.
Zawróciłem, zwaliłem się tyłkiem obok jakiejś karykatury krzaka i przez chwilę próbowałem podbudować morale stwierdzeniem, że dwie długie na parę kilometrów wstęgi potraktowanej gąsienicami ziemi to jednak nie to samo co przyczajony w zasadzce tubylec. Człowieka na pewno wypatrzyłbym dużo wcześniej.
Może nawet zdążyłbym nie nadepnąć mu na głowę…
Cholerny kraj.
Honkera znalazłem w identycznym stylu: pojawił się w szkłach lornetki w miejscu, które oglądałem wcześniej dwa razy i w którym – dałbym może nie głowę, ale na pewno palec – nie było niczego nienaturalnego. Stał wprawdzie w sąsiedztwie paru zbitych w gromadkę drzewek, były tam kamienie, a teren się obniżał, ale i tak nie chciało mi się wierzyć, kiedy nieforemna bryła przeistoczyła się znienacka w obwieszone kawałkami szmat, przyozdobione gałęziami pudło samochodu.
Przeładowałem karabin i powoli, z bronią na wysokości bioder, ruszyłem w jego stronę.
Ktoś się mocno napracował nad maskowaniem – już tu, na miejscu, dopasowano kolorystykę do barwy tła – ale wóz wyglądał na porzucony. Szedłem, szedłem i szedłem, honker rósł w oczach – i nic. Stał w zagłębieniu, widziałem tylko górną część. To trochę podnosiło na duchu.
Byłem zaledwie o parę kroków od wyłupanego reflektora, kiedy w końcu coś się poruszyło i zza burty wyjrzał kawałek kędzierzawej głowy.
Poderwała się jak pchnięta sprężyną.
– Jesteś?
Nie potrafiłem zgadnąć, co czuje. Jedno było pewne: moje pojawienie się zrobiło na niej wrażenie.
Próbowałem znaleźć odpowiednie słowa. Bez skutku.
– Przyszedłeś. – Wpatrywała się we mnie tak intensywnie, że zabrakło już energii na głośne mówienie. – A gdzie… Jesteś sam?
Sprawiała wrażenie kogoś, kto mówi tylko po to, by nie milczeć. Rozejrzała się. A jej prawa ręka…
– Sam – powiedziałem. Czułem, że fatalnie to rozgrywam. Była za mądra i – jeśli słusznie ją podejrzewałem – zbyt wyrachowana, by robić coś z tą opuszczoną, ukrytą za samochodem ręką. Nawet jeśli faktycznie obciążał ją automat. To nie była pozycja do szybkiego strzału.
Staliśmy jeszcze przez chwilę w całkowitym bezruchu. Potem wykonała pierwszy krok w prawo. Naturalny wstęp do obejścia wozu. Albo poderwania broni do ramienia. To była ta chwila, którą powinienem wykorzystać dla ratowania życia.
Nie poruszyłem się. Nawet gdy warknęło rozcinane pociskiem powietrze i słupek podtrzymujący niegdyś przednią szybę, a teraz resztki uszczelek, trysnął efektownym gejzerem zebranego wewnątrz pyłu.
Stałem jeszcze całą sekundę, bo po prostu nie wierzyłem. Nie przyjmowałem do wiadomości. Nie chciałem przyjmować. Dopiero widok pustki w miejscu, gdzie przed chwilą przesuwała się ruda od brudu koszulka Gabrieli, pobudził mnie do działania. Do myślenia jeszcze nie. Jak ostatni idiota, obiegłem po prostu samochód. Gdyby chciała mnie zastrzelić, zyskała idealną okazję. Wystarczyło podnieść lufę archaicznego automatu i nacisnąć spust. Nie zrobiła tego, lecz za to zainkasowałem pierwszy w życiu cios pepeszą w jądra. Błyskawicznie zrobiłem więc to, od czego należało było zacząć. Czyli zwaliłem się z jękiem na kolana, schodząc komuś z linii strzału.