Выбрать главу

Może i tak. Na drodze. Ale trudny teren wyrównywał szanse. W dodatku pagórki ustąpiły miejsca równinie. Mogłem przyspieszyć, lecz za to ci z tyłu mieli teraz na celowniku honkera, a nie czubki naszych głów. Od czasu do czasu widok przesłaniało im jakieś drzewo, jednak na zgubienie się w gąszczu roślinności nie było co liczyć.

– Nie strzelają. – Chyba nie chciała zapeszyć, bo odczekała z tym ze trzy minuty. Już nie używała lornetki. Było tu równo w porównaniu ze wzgórzami, ale asfalt nie leżał i zdrowo nami podrzucało. Wolałem nie wyobrażać sobie, co o tym myślą połatane dętki. Raz i drugi, podnosząc rękę, by zetrzeć płynącą z czoła krew, trafiłem w nos czy ucho.

– Jesteś kretem? – Nie patrzyłem w jej stronę. – Nie bój się, po prostu zwolnię i wyskoczysz. Staną, by cię zabrać. Oboje skorzystamy.

Trzeba było jednak spojrzeć. Trochę za długo nie odpowiadała. Może przegapiłem wyraz wahania na jej twarzy. Cóż, trudno.

– Aż tak źle? – Już nie było sensu patrzeć: znałem ten spokój w jej głosie. Odcinał wszystko, co kłębiło się pod spodem.

– Nie wiem. Daleko są? – Nie stać mnie było nawet na jedno szybkie spojrzenie do tyłu. Wyciskałem z silnika, zawieszenia i własnego refleksu wszystko, co się dało.

– Sześćset… – powiedziała niepewnie. – Może trochę…

– No to źle. Lepiej się przyznaj.

– Nie jestem. – Gniew, podobnie jak strach, też wzięła w cugle.

– Szkoda.

Jakiś kilometr dalej uświadomiłem sobie, że naprawdę tego żałuję. Nie tylko dlatego, że zostawiając ją, zyskałbym na czasie wystarczająco wiele, by zgubić pościg. Przeżyłaby. To też się liczyło.

Nie wyskoczyła. Ale i tak jej nie wierzyłem. Aż do samego końca.

Sześćset metrów to sporo, przy braku stabilizatora nawet bardzo dużo, jednak dla kogoś mającego karabin maszynowy i dwa tysiące naboi trafienie umykającego samochodu to tylko kwestia czasu. Powinni przynajmniej próbować.

Nie otworzyli ognia. Mijały minuty, a oni nie strzelali.

Dojeżdżając do kolejnego pasma wzgórz, zastanawiałem się, na ile sposobów zmiażdżyłby mnie jej adwokat, gdybym podsunął taki argument prokuratorowi. Pewnie nawet nie bawiłby się w miażdżenie, tylko po prostu wyśmiał. Ale wtedy, skręcając ku przesmykowi między wysokimi na parę metrów wzniesieniami, wiedziałem swoje.

Miała radio i całe godziny na dogadanie się. Zdjęła hełm. Przyjemniej, pewnie. Ale kiedy tak teraz stała, z rozwianymi włosami, opasując udami siedzenie fotela, trudno ją było pomylić z typowym polskim żołnierzem. Czołgiści mogli zareagować odruchowo, no i byli daleko. Załoga samochodu pancernego widziała nie bezimienny łazik gdzieś w oddali, ale konkretny samochód z konkretną załogą. Jeśli uprzedzono ich, że takim właśnie jeździ ich agentka…

Przed wjazdem na przełęcz leżało parę nieładnych kamieni. Wolałem nie ryzykować: bezpieczniej było skręcić trochę dalej, już na stoku prawego pagórka. Nie był zbyt stromy.

Nie uwzględniłem dwóch czynników: że i na wzgórzu mogą leżeć odłamki skał i że każdy pionowy obiekt to wymarzone tło dla kogoś, kto poluje z ciężką armatą na szybki, lecz mało odporny cel. W płaskim terenie pozbawionym przeszkód najpotężniejsze działo czołgowe jest niewiele lepsze od karabinu: by zabić człowieka, też praktycznie trzeba trafić prosto w niego. Nie pomyślałem także, że za jednym wzniesieniem mogą być następne, cały labirynt wzgórz i dolinek, w którym taki jak honker zbieg mógłby łatwo zgubić pościg.

Może popchnęła ich do tego okazja, może obawa przed takim finałem. W każdym razie w końcu przypomnieli sobie, że mają armatę.

Nie wiem, co było pierwsze: trzask pod kołem czy eksplozja. Wszystko rozegrało się błyskawicznie. Stromizna, siła odśrodkowa i podmuch zawiązały koalicję i honker runął na lewy bok. Grzmotnąłem o ziemię barkiem i głową. Mocno. Może i dobrze się stało, bo przynajmniej nie umarłem na zawał, czekając, aż wóz dokończy obrót i zgniecie mnie na amen. Zanim oprzytomniałem na tyle, by o tym pomyśleć i zacząć się bać, stało się oczywiste, że honker nie upadnie.

Co innego Gabriela. W nic nie uderzyła, miała czas spanikować i w efekcie tej paniki spadła na mnie jak dojrzały kokos. W ostatniej chwili zreflektowała się, kończyny umknęły na boki i nie oberwałem za mocno, jednak w dochodzeniu do siebie bynajmniej mi nie pomogła. Zwłaszcza że potem całe wieki klęczała nade mną okrakiem, skutecznie uniemożliwiając wstawanie. Ledwie ją widziałem: wybuch poderwał w powietrze tyle pyłu, że dla samego powietrza właściwie nie było już miejsca. Nałykaliśmy się tego draństwa i wykasływaliśmy je teraz jak para gruźlików płuca.

– Dobra – wycharczała w końcu. – Jesteś trup. Nie ruszaj się, rozumiesz? Dopiero jak wylezą.

Lewe oko skutecznie wyłączyła mi lejąca się z czoła krew; przez łzy wypełniające prawe patrzyłem z niedowierzaniem, jak zdziera z ramienia pepeszę – nie zgubiła jej jakoś – i rzuca gdzieś przed samochód. Nic z tego nie rozumiałem, ale przynajmniej włączył mi się świeżo nabyty instynkt trzymania w ręku czegoś do strzelania. Zacząłem siadać i rozglądać się za karabinem.

– Leż! – warknęła. Sama zdążyła wstać, więc dostałem kopniaka w pierś i padłem na łopatki. – Nie żyjesz, kretynie!

– Co…?

Skoczyła w stronę przedniego zderzaka, zawróciła nagle, złapała mnie za kark, drugą ręką brutalnie przejechała po twarzy, zerwała się, pobiegła. Pył opadał, widziałem już górną połowę przewróconego honkera, ale Gabriela znikła.

– Kocham cię!

Zaraz potem samochód pancerny zaczął zwalniać. Dźwięk silnika docierał do moich uszu pewnie od dawna, ale oszołomienie robiło swoje. Usłyszałem go dopiero teraz. Zaraz po tym, jak krzyknęła.

Zdążyłem wyciągnąć pistolet, kiedy zza chmury pyłu wyłonił się masywny hamulec wylotowy długachnej armaty. Przełożyłem błyskawicznie wista do lewej ręki, tej osłoniętej ciałem, i zastygłem, leżąc na wznak. Wielkie stalowe bydlę nie zatrzymywało się jeszcze. Nie było powodu, by zrobiło to, zanim przetoczy się po mnie i dla pewności zmiażdży pod kołami, jednak leżało mi się i czekało całkiem łatwo.

Zanim doszedłem do wniosku, że jednak się przesłyszałem, przyszło mi do głowy, że pewnie dlatego to powiedziała: bym miał o czym myśleć i nie miał czasu się bać.

„Kocham cię”?

Wóz zwalniał, hamował z fantazją, ryjąc ziemię masywnymi oponami i podrywając kolejne obłoki kurzu. Na lewe oko nic nie widziałem, prawe niemal w całości przesłaniała powieka, w dodatku starałem się celować nosem w niebo, jak uczciwy, stuprocentowo martwy trup, który nie ma powodu spoglądać szklanym wzrokiem akurat w stronę swych zabójców. Ale szczegóły nie były ważne. Do ustalenia tego, co istotne, wystarczył przybliżony widok rozmytej łzami sylwetki i książkowa wiedza.

„Dopiero jak wylezą”.

Nagle znów stała się chudą smarkulą z podrapanymi kolanami, przebraną za żołnierza i bawiącą się w wojnę. Rozbrajająco naiwną, zbyt dziecinną jeszcze, by rozumieć, że cuda zdarzają się wprawdzie, ale rzadko i nigdy trzy razy z rzędu. A tylu właśnie potrzebowaliśmy. Załoga panharda AML 90 to kierowca i dwóch ludzi w wieży. Samochód był lekki, półcalówka beerdeema pewnie poradziłaby sobie z jego opancerzeniem nawet w starciu łeb w łeb, ale my nie mieliśmy niczego cięższego od karabinka kaliber 5,56. Nasze szanse w starciu z ukrytymi za blachami ludźmi były zerowe.

Chyba że wyjdą. Wszyscy trzej.

Jak mogło jej przyjść do głowy coś tak głupiego? Najbardziej kretyński plan, z jakim się zetknąłem…

Udawać trupa, poczekać, aż durny szwarccharakter podejdzie, i kopnąć go w krocze? Hollywoodzkiemu scenarzyście uchodzą takie pomysły, ale dorosłej, trzydziestoletniej kobiecie? Ostatni, który w realnym, pozaekranowym świecie dał się nabrać na taki numer, nosił maczugę i jadł mamuty. Szaleństwo. Dlatego to powiedziała. Ktoś, komu odbiło w obliczu nieuchronnej śmierci, ma prawo wyznawać miłość na prawo i lewo.