Выбрать главу

– Nie chcesz? – Te dwa słowa obijały mi się o ściany czaszki jak rykoszetująca kula i jak ona siały spustoszenie. Dostało się między innymi któremuś z hamulców. – Mówiłaś, że mnie…

– To nie jest dobry moment – przerwała mi tonem, który określiłbym jako obolały, gdyby własny ból tak dobrze nie przesłaniał cudzych. – Może ktoś za nimi jechał. I pewnie się zorientują, że coś złego… Na pewno mieli radio. Dym też widać z daleka.

Logiczne jak cholera. Gdyby los nie zakpił ze mnie tak okrutnie, zapewne usłyszałbym identyczne słowa. Tylko w oczach mówiącej byłoby więcej żalu. I nie towarzyszyłaby mu ulga.

– No tak. – Cofnąłem się, sięgnąłem po kamizelkę. – Racja.

Tchórzostwo ma swoje dobre strony. Tchórz tysiąc razy przeżywa swą klęskę i kiedy ta przychodzi naprawdę, łatwiej mu się z nią uporać. No i przez chwilę miałem ją za plecami, mogłem walczyć z mięśniami twarzy, udając, że walczę z kamizelką i jej zapięciem.

– Jak tylko wybuchnie, musimy szybko postawić samochód. – Chwila ciszy. – Usiądź. Jakiś odłamek może… Najlepiej w ogóle się położyć.

Następny przejaw zdrowego rozsądku. Daj Boże każdemu taką żonę. Ale Bóg nie daje rozsądnych żon przegranym facetom.

– Byle nie na tobie, co? – mruknąłem. Nie chciałem, samo jakoś…

Jej cień wyciągał rękę do mojego. Teraz cofnął. Potem znów próbował wyciągać. I nie dał rady. Słońce stało już dość nisko, cienie mieliśmy spore, a ja stałem lekko bokiem i nie mogłem ich nie widzieć. Zastanawiałem się ponuro, czy brała to pod uwagę.

A czemu nie? Nie znałem jej. Ani trochę. Może była nieskończenie perfidna. Ta wpadka z panhardem o niczym nie przesądziła: już przedtem wiedziałem, że między załogą śmigłowca a Sabahem co najmniej szwankuje koordynacja. Członkowie kolumny nadciągającej od somalijskiej granicy mogli po prostu nie wiedzieć o Gabrieli. Nawet nie powinni. Inni też zresztą mogli nie wiedzieć. Doręczna radiostacja ma nieduży zasięg; z nami też ledwie nawiązała kontakt.

– Jestem w samym środku cyklu – powiedziała cicho. – Szczyt płodności. Za bardzo cię lubię, żeby ci fundować jeszcze i ten kłopot.

Psiakrew. Nawet o tym nie pomyślałem.

Nie, nieprawda. Było jeszcze gorzej: gdzieś po obrzeżach marzeń błąkała się myśl o tej kwaskowej konsekwencji słodkich chwil z Gabrielą. I – zamiast płoszyć – tylko dodawała smaku.

– Nie masz przy sobie…? – zawiesiła głos, jak na porządną dziewczynę przystało. Nie odwracając się, pokręciłem głową. – No właśnie. – Może zawahała się, a może tylko odczekała, bym doszukał się tego wahania w jej głosie, i dodała: – Szkoda.

Usiadłem na ziemi, znów twarzą do niej. Musiała wziąć mój unik z kamizelką za rodzaj niemej sugestii, bo teraz ona z kolei odwróciła się plecami do mnie, zsunęła bluzę z ramion i założyła ją jak należy. Dostała mi się nagroda pocieszenia: nieskrępowany widok na jej pośladki. Miała je dokładnie tak ładne, jak się spodziewałem, ale w tej chwili wolałbym oglądać ją w spodniach.

– Nie patrz.

Zamknąłem oczy. Przeszła obok, muskając mnie cieniem i wonią brudnego ciała. Wolałem ją w jabłkowej wersji. Ale nie dlatego przykro było poczuć jej plecy, opierające się o moje.

Siedzieliśmy potem w milczeniu, służąc jedno drugiemu za oparcie fotela. Korzystała z mego cienia, wiedziałem jednak, że nie o to chodziło. O ulgę dla zmęczonych mięśni też nie. I nie o wstyd. Kiedy żar przedarł się przez masywne łuski i pociski kalibru 90 eksplodowały z energią małego wulkanu, to ona zerwała się pierwsza i to ona wbiegła na szczyt pagórka, nie zaprzątając sobie głowy widokiem, jaki mi funduje. To jeszcze mieściło się w granicach przymusu, ale potem, kiedy uwijała się wokół honkera, gorączkowo szukając gaśnicy i zbijając pianą zalążki płomieni, pełzających po podwoziu, też nie zachowywała się jak skrępowana po granice omdlenia dziewica. Wszystko, co robiła, mogłem zrobić za nią. Zysk na czasie był minimalny.

Następny pokaz twardego stąpania po ziemi.

Inna sprawa, że po wszystkim okazało się, iż miała rację. Wybuch zgasił panharda – metodą niemal totalnego unicestwienia – za to rozsiał po okolicy mnóstwo rozżarzonych szczątków. Jeden z nich – bodajże fragment błotnika – wylądował w miejscu, gdzie Gabriela wykonała swój szybki striptiz. Blacha, niepalna z natury, już tylko kopciła, lecz z szortów i majtek wiele nie zostało. Jak na ironię, ocalał podkoszulek.

Zerknęła tylko w tamtą stronę. Potem szybko usiadła na wewnętrznej części lewego tylnego koła. Jedynie kolano przyciskające się do drugiego kolana sugerowało, że pamięta o swej nagości.

– Jak poleci, to koniec – wyjaśniła niepotrzebnie. Sam wiedziałem. Też tu przybiegłem i jeśli nie wyrwałem jej gaśnicy, to nie dlatego, że urządziła mi bolesny, ale i najpiękniejszy w życiu pokaz. Podczas gdy powstrzymywała honkera przed spaleniem się na naszych oczach, ja próbowałem powstrzymać go przed nakryciem się kołami.

Parę kamieni wepchniętych pod koło i bok chyba pomogło. Zbyt wiele jednak zależało od utrzymania status quo, by uspokoił mnie ten bezruch. Mógł trwać lata, lecz równie dobrze sekundy. Coś skrzypiało, grunt pewnie ziarnko po ziarnku poddawał się naciskowi. Diabli wiedzą, dlaczego wóz nie dokończył obrotu za pierwszym razem – tylna oś minęła już pion i zaczęła pochylać się ku północy. Gabriela, siadając na kole, dociążyła teraz całość od południa, wątpiłem jednak, by ważyła dostatecznie wiele. Katastrofa wisiała w powietrzu i musiałem się spieszyć.

Zacząłem od zapobiegania. Panhard, jak przystało na wóz bojowy, miał na stanie kawałek liny holowniczej. Zużyłem resztę ładunku gaśnicy, by wyciągnąć ją z żaru, opłaciło się jednak. Udało mi się zakotwiczyć honkera, oplatając koniec wokół kikuta jakiegoś drzewa.

Gabriela zerwała się z koła, znikła za samochodem. Wciąż nie miałem stuprocentowej pewności, czy nie zwali się na nią, odłożyłem jednak na chwilę akcję ratowniczą. Zabrałem się do szukania podnośnika dopiero, gdy pojawiła się ponownie – w znanej mi już z Addis Abeby zielonej sukni prześcieradłowego typu.

Zanim honker grzmotnął parą prawych kół o ziemię, obejrzałem przedział silnikowy z obu dostępnych stron. Nie byłem pewien, co bardziej przyczyniło się do naszej wywrotki – poślizg po przebiciu opony czy podmuch eksplozji – i bałem się tego, co znajdę.

Niepotrzebnie. Już sam fakt, iż oboje wyszliśmy z katastrofy bez szwanku, powinien był mi dać do myślenia.

– Kumulacyjny – pokiwałem głową. – Udało nam się.

Fakt: mieliśmy szczęście. Najpierw nie strzelali do nas z kaemu, a potem posłużyli się armatą i pociskiem przeciwpancernym, choć odłamkowy byłby tańszy i dużo skuteczniejszy. Na koniec zaś, gdy panhard eksplodował, sanitarka ani się nie zapaliła, ani nie przewróciła. Straciliśmy zapasowe koło, to wszystko.

W sumie – kolejny cud.

Siedziałem, łatałem dziurawą dętkę i próbowałem pocieszać się myślą o tym, jaki to ze mnie szczęściarz. Nie wychodziło. Swą odmową Gabriela brutalnie sprowadziła mnie na ziemię i rozgoryczony umysł jeden po drugim kwestionował dowody ewidentnej łaskawości losu.

Nie użyli karabinu, bo go po prostu nie mieli: z rozszarpanej wieży zostało dostatecznie wiele, bym w końcu się tego dopatrzył. Pocisk przeciwczołgowy? Po potencjalnym polu bitwy pancernej dużo bezpieczniej jeździć z takim właśnie w lufie. Potem, gdy AML pędził w podskokach, nie było już jak przeładować działa. O ile w ogóle było czym. Wóz bojowy, któremu brakuje czegoś tak elementarnego jak karabin maszynowy, z daleka pachnie poważnymi problemami logistycznymi. Jak to w partyzantce. Nawet fakt, iż wybuch panharda nie przewrócił sanitarki, udało mi się podciągnąć pod wspólny mianownik partyzanckiej biedy. Zaparkowali dokładnie z tyłu, by jeden człowiek z jednym karabinem mógł upilnować obu stron honkera. Namiot z dwóch kart zwali byle podmuch, ale jeśli dmuchać idealnie równolegle do ich płaszczyzn…