Los nie był dla mnie łaskawy – był tylko bardziej wredny dla tamtych trzech. A to nie to samo. Życzliwy czy choćby tylko neutralnie usposobiony los nie zabrałby mi Gabrieli w takiej chwili. Przeciętna dziewczyna pozwoliłaby zdjąć z siebie tę cholerną bluzę – może z wdzięczności, może dla odreagowania stresu, a może po prostu dlatego, że prawdopodobnie nie wydostaniemy się żywi z tego pustkowia i warto na koniec zafundować sobie trochę przyjemności. Nieprzeciętna – czytaj: panna kret, specjalistka od kłamstw, owijania naiwniaków wokół palca i podcinania gardeł – zrobiłaby to ze mną z wyrachowania. Zakładając, że morderczynie są zwyrodniałe pod każdym względem i nie mogą przespać się z facetem ot tak, po prostu, dla zaspokojenia naturalnych instynktów.
Albo była uczciwa i mnie lubiła, albo nie była, i nadal musiała udawać, że lubi. W obu przypadkach powinniśmy leżeć teraz, spleceni w miłosnym uścisku – tak by to załatwił los, gdyby nie był mym ewidentnym wrogiem.
Udało nam się? Wolne żarty.
– Zobacz.
Guzik mnie interesowało, co trzyma w ręku, ale widok jej kolan i łydek był nie do zniesienia. Doskonałość tak doskonała, że gdybym zaczął ją całować od tego miejsca, mógłbym nie dotrzeć nigdzie dalej. Uniosłem głowę i przez chwilę wpatrywałem się tępo w granat. Wzrok od razu wyłowił nieprawidłowość, umysł jednak nie reagował, zbyt pochłonięty roztrząsaniem swej klęski.
– Gwóźdź – powiedziała zniecierpliwiona. – Zamiast zawleczki.
– Widzę. – Przemknęło mi przez myśl, że raczej gwoździk: rozmiarami miał się nijak do hufnala, który wepchnęła mi w sam środek serca.
– Znalazłam w sanitarce – wskazała śmietnik porozsypywanych podczas upadku bagaży. – To twój?
Miał króciutkie ostrze, a ona znała się na broni. Gniewna domieszka w jej głosie była jak najbardziej na miejscu: jedno pechowe stuknięcie pod niewłaściwym kątem mogło wykończyć nas razem z samochodem.
– Nie. – Mimo wszystko musielibyśmy mieć naprawdę nie lada pecha, więc nie dziwiła mnie własna obojętność. Byłem zaskoczony, że równie obojętnie dopowiadam resztę: – Andrusiaka.
– Tam coś jest.
Mogłem ją zignorować. Od Bukłaka dzieliło nas jednak tylko parę minut jazdy, więc skręciłem bez słowa. Musiałem pomyśleć, a to wydawało się dobrą okazją.
I faktycznie: BWP-1 drugiej drużyny dawał do myślenia. Tyle że nie miało to związku z dręczącym mnie tematem: „Gabriela Asmare”.
Zatrzymałem honkera i po chwili wahania wyłączyłem silnik. Ryzykowne, ale rozrusznik działał dotąd bez zarzutu, a paliwa mieliśmy mało. Nie wysiadając jeszcze, stanąłem i popatrzyłem na wschód, wzdłuż pozostawionego przez gąsienice śladu. Nie był zbyt wyraźny, wspomogłem więc oczy lornetką. Kiedy ją opuszczałem, Gabriela unosiła dłoń ku klamce tylnych drzwi.
Popatrzyliśmy sobie w oczy. Cofnęła rękę.
– Tak myślałam – powiedziała cicho. – Że to jeden z naszych. Tylko kierunek mi się nie zgadzał. No i liczba.
– Jechali na zachód. – Odłożyłem lornetkę, wysiadłem.
– Do Kasali? – podsunęła.
– Chyba nie. – Przez chwilę patrzyłem na lufę karabinka, spoglądającą w niebo z gniazda strzeleckiego lewych drzwi. – Schodzili z drogi obławie. Pewnie trochę dalej skręciliby w stronę Werder.
– Pewnie? – Miała znany mi już, sztucznie spokojny głos Gabrieli ocierającej się o śmierć, nie była jednak aż tak opanowana, by z własnej woli sięgać do klamki. Pozamykane włazy, ani jednego odcisku stopy, ten beryl… Wiedziała. Oboje wiedzieliśmy.
– Po prostu umilkli – wzruszyłem ramionami. – Myśleliśmy, że śmigłowiec… W sumie mieliśmy rację – wskazałem najbliższy lej. Miał rozmiary parasola nad kawiarnianym stolikiem i czernił się dobre sto metrów za bewupem, niemal dokładnie w osi wyznaczonego koleinami szlaku.
– Może radio im się popsuło?
– Mieli dwa. Epidemie zdarzają się wśród ludzi, ale nie…
Urwałem. Coś mi się przypomniało. Coś na tyle nieprzyjemnego, że prawie bez oporu ująłem klamkę i delikatnie pociągnąłem drzwi.
BWP projektowano na atomowe pole walki. Tego typu pojazdy, jeśli zamknąć włazy, są szczelne, nie dziwiło mnie więc, że smród paliwa, spalenizny i śmierci uderzył nas w nozdrza dopiero teraz. O hermetycznym wnętrzu nie mogło być mowy – to nie promieniowanie zabiło załogę – ale przestrzelina okazała się niepozornie mała. Gdyby nie wymieciony z osprzętu i okopcony pancerz górny, pewnie długo bym jej wypatrywał.
Strumień kumulacyjny przepalił górny pancerz, urwał kierowcy nogę razem z kawałkiem pośladka i przebił podłogę, ale nie spowodował wybuchu amunicji. Obaj pozostali ludzie niemal nie ucierpieli, jeśli mierzyć widocznymi z zewnątrz ranami. Odłamki pomknęły głównie w przód i tkwiły teraz w zwłokach opartego o wolant trupa. Celowniczego i Andrusiaka – to on strzelał z osadzonego w drzwiach karabinu – zabił skok ciśnienia. Trochę ich osmaliło, lecz już po śmierci, nim automatyczny system przeciwpożarowy ugasił ogień. Miał co gasić: któryś z odłamków przebił służący za oparcie ławek zbiornik. Całe paliwo znajdujące się powyżej niepozornego otworu spłynęło na podłogę i dalej, przez dziurę w dnie, na ziemię.
– Byli we trzech? – Gabriela rozejrzała się z nadzieją, tak jakby nie robiła tego przedtem. W pamięci miała wąwóz i zatłoczone wnętrza pojazdów pancernych.
– We czterech.
Ruszyła dookoła bewupa, uważnie patrząc pod nogi.
Wcisnąłem się do środka, pootwierałem wszystkie włazy. Oględziny nie zajęły wiele czasu, ale też nie tyle szukałem, co sprawdzałem. Człowiekowi z gotową hipotezą wszystko idzie szybciej.
– Nie rozumiem – poskarżyła się. – Ani śladu. A przecież strzelali do nich, musiał biegiem… – Patrzyła przez chwilę, jak wywlekam Andrusiaka i rozpinam jego kamizelkę. Zaniepokoił ją dopiero widok rozkładanego scyzoryka. – Co robisz?
– Nie patrz.
Patrzyła. Nie do końca, ale dostatecznie długo, by nie powtarzać pytania. Kiedy dźwignąłem się znad rozciętego brzucha, wyglądała niewiele lepiej od jego właściciela.
Uniosłem zakrwawiony palec i zakołysałem drucianym kółkiem.
– Naprawdę zżarł zawleczkę. Tyle że nie przypadkiem. Trochę za późno na to wpadł. Nikt akurat nie strzelał i nie mógł się elegancko pozbyć reszty granatu. Stąd ten gwóźdź. Wpakował w otwór pierwsze, co znalazł. – Przyglądała mi się oszołomiona. – Gnojek.
– Symulował?
– Głupi gnojek – uściśliłem. – Widzisz? Rozgiął z powrotem końcówki. Zwymiotuj czymś takim albo wyjmij z nocnika, a każdy biegły przyzna, że ostry koniec drutu mógł się zaczepić o ściankę żołądka i spowodować ból. Nie wiem tylko, jak by się tłumaczyli z…
– Biegły?
– To prawie dezercja. Poważna sprawa, więc się zabezpieczył. Ale przedobrzył. Bolało naprawdę, nie zwietrzył w porę zagrożenia i Filipiak zostawił go z Hanusikiem w charakterze niepracującej czujki.
Dopiero teraz zerknęła na jego twarz. Miałem ochotę zdjąć pas i zdzielić ją w tyłek. Za litość w spojrzeniu, za szczery ból w głosie. Powinna opluwać trupa, kopnąć parę razy. Omal jej nie zabił. Zasłużył, ona miała święte prawo, a mnie byłoby trochę lżej.
– To moja wina – powiedziała cicho. – Dwudziestu pięciu zabitych. A teraz jeszcze… Gdyby ich nie dopadł śmigłowiec, poszliby siedzieć.