– Poplotkowałaś sobie? – rzuciłem mało życzliwie. – To może spytaj ją teraz, co tu robi.
– Nie strasz jej – uśmiechnęła się, na pokaz wprawdzie, lecz i tak ładnie. – Myślała, że chcemy ją zabić.
– Jest od Sabaha?
– Lepiej. – Jej uśmiech ewoluował w stronę autentycznego, za to mniej radosnego. – Aziz, ten jej facet, reperował śmigłowce.
Nie powiem, że podskoczyłem z wrażenia. Ale przestałem wyobrażać ją sobie z Sabahem. Jedno słowo przywróciło rzeczom właściwą hierarchię.
– Śmigłowce?
– Gotowała im. Raz, kiedy Aziz wyjechał, piloci się upili i jeden się do niej dobierał. To dlatego teraz żyje. Ukryła w sąsiedztwie bazy trochę wody i jedzenia, na wypadek, gdyby znów…
– Bazy? – Czułem, że wszystko dało się opowiedzieć bez zahaczania o tematy seksu i że z premedytacją dłubie w świeżej ranie, ale nie dałem się sprowokować.
– Mieli kobiety w mieście, jeździli do nich czasem, ale na miejscu była tylko ona. Nic dziwnego, że…
– Zaczniesz mówić do rzeczy? – przerwałem jej spokojnie.
– Mówię – rzuciła mi wyzywające spojrzenie. – Mało się wtedy nie pozabijali. Pustkowie, banda wyposzczonych facetów i jedna dziewczyna. Tylko raz na miesiąc siadali w ciężarówkę i jechali się zabawić.
– Mówmy o bazie i śmigłowcach – zaproponowałem.
– Były trzy – wzruszyła ramionami. – Dwa wielbłądy, mniejszy i większy, jeden wojownik.
– Słucham?
– Trochę brakuje nam słów – uśmiechnęła się gorzko. – Więcej się domyślam, niż rozumiem. Chyba chodzi o dwa transportowe i bojowy.
– Mają trzy śmigłowce – podsumowałem.
– Mieli. Jeden nie wrócił. Cztery noce temu. – Poczekała, aż policzę w myślach. – Wyleciał wojownik i większy wielbłąd, wrócił tylko wojownik.
– Ten wrak pod Kasali – mruknąłem.
– Wiózł miny. To dlatego niewiele z niego zostało. Cała półciężarówka min. Nanouk pomagała je ładować. Nawet na warcie czasem stała. Mieli kupę roboty i za mało ludzi. Wiesz, co to znaczy?
– Że Osamie brakuje na pensje? – zażartowałem bez zapału.
– Że ktoś robił z pilotów tragarzy i wartowników, byle nie angażować w to jednego zbędnego człowieka. – Odetchnęła głębiej. – To śmierdzi, Jacek. Bardziej, niż myślałam.
Nasz honker też śmierdział. I ja. I nawet ona. Powinienem dać sobie spokój z marnowaniem śliny, wcisnąć gaz do dechy, odjechać gdzieś, gdzie będzie woda – albo nie będzie już nic. Zamiast tego wysiadłem, odebrałem jej patyk, którym kreśliła w ziemi, i sam zacząłem rysować.
– Zapytaj ją, czy tak wyglądał.
Zapytała. I bez tłumaczenia wyczułem, jak niepewnie brzmi odpowiedź. Nim Gabriela wzięła się za przekład, zabrałem się za sylwetkę następnego śmigłowca. Obie miały dość rozsądku, by zamilknąć i czekać.
– Który jest bardziej podobny – sprecyzowałem.
Nanouk pokazała. Nadal budziłem strach, daleko mu było jednak do paraliżującego i połapała się, w czym rzecz, nawet wcześniej od Gabrieli. Gabriela, gdy przeszliśmy do smukłych sylwetek szturmowców, zabrała mi kijek i próbowała dorysowywać skrzydła. Złapałem ją za rękę. Raz zbita z tropu Nanouk mogła się pogubić na dobre.
– Chodzi mi o kształt kabiny. Zapytaj, czy to przypominało schody.
Okazało się, że Nanouk nigdy nie widziała schodów. Ale kabinę śmigłowca-wojownika widywała często i kiedy trzy razy z rzędu, nie zważając na moje poprawki, nanosiła własne, przywracając sylwetce numer cztery jej pierwotny zarys, dałem za wygraną.
Narysowałem śmigłowiec widziany od przodu. Celowo niedbale: miała zrozumieć, że tak naprawdę interesują mnie gondole silników.
Zrozumiała. I znów przykucnęła, by poprawić po moich poprawkach. Jej palec bez wahania podążał po nie do końca zasypanych koleinach, wytyczonych końcem patyka.
Dźwignąłem się, starszy o parę lat.
– Co? – zapytała cicho Gabriela.
– Zapytaj o ludzi. Białych.
Usiadłem na samochodowym progu i czekałem. Długo. Dziewczyny mozolnie budowały słownik, w ruchu były patyki i ręce. W końcu ta starsza podniosła się z kolan, podeszła do sanitarki.
– Chcesz jej pokazać tę głowę? – Ton był beznamiętny, lecz właśnie dlatego od razu przejrzałem jej intencje.
– Chyba nie ma po co.
Podziękowała słabym zalążkiem uśmiechu.
– Chyba nie. Mało tu polskich pilotów.
– Ona w ogóle wie, co to jest Polak?
– Nie wie nawet, co to Europa. Ale… – odwróciła się, powiedziała coś do Nanouk. Somalijka uśmiechnęła się niepewnie.
– Kurrr-wa – wymówiła z miną gorliwego ucznia.
– Z mechanikami rozmawiali po angielsku – wyjaśniła Gabriela. – Z nią prawie wcale. Aziz nie pozwalał. Ale to jedno słowo zapamiętała.
– No jasne. Ilu ich było?
– Naszych? Czterech. Obie załogi wielbłądów. Zmieniali się. Na bojowym latali Arabowie. Było też pięciu arabskich techników. I to wszystko, cały personel. Tajne łamane przez tajne łamane przez poufne. Przez rok widziała tylko dwoje obcych.
Nie zaakcentowała tego, ale słuchałem zbyt uważnie, by przegapić.
– Kobieta? – upewniłem się. – Któryś nie wytrzymał i…?
– Nie. Ani dziwka, ani żona. Przyleciała legalnie. Z białym pilotem. – Przerwała na chwilę i dodała: – Białym śmigłowcem.
Wysiadłem, wziąłem torbę z maską przeciwgazową i wytarłem nią drzwi. Nic nie mówiłem, a oznakowanie ONZ niechętnie wychynęło spod skorupy smaru, łajna i brudu, ale obie od razu zrozumiały.
– Tak – przełożyła Gabriela. – Coś takiego.
– Zapytaj, jak wyglądał ten śmigłowiec. – Uniosła brwi, więc sprecyzowałem: – Czy był podobny do… no, wielbłądów.
Wystarczyło im w sumie kilka słów.
– Był taki sam jak ten większy.
Miałem nadzieję, że tego nie powie. Ale nie zaskoczyła mnie.
– A ludzie? Potrafi ich opisać?
– Pytałam – mruknęła. – Nie bardzo. Wygonili ją do kuchni, chyba miała nie patrzeć. Kobieta miała bardzo jasne włosy związane nad karkiem i była w takim samym jak pilot kombinezonie.
– Rozpozna ich?
– Ją widziała tylko z tyłu. On był w kasku. Oboje tylko jej mignęli. Wątpię. Jak tu przyjechałam, wszyscy czarni wydawali mi się jednakowi. Ubierz się odpowiednio, a wskaże ciebie.
Racja. Stary problem miliarda jednakowych Chińczyków.
– Kiedy to było?
– Jakiś rok temu. Na samym początku.
Podjąłem decyzję.
– Zamaskuj samochód. I czekaj na nas.
– Czekaj na nas? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Chcesz…
– Sama – postawiłem kropkę nad „i”. – Nanouk pójdzie ze mną.
Przyglądała mi się badawczo. Nic nie mówiła. Wieszałem na sobie automat i amunicję do niego w tempie artylerzysty, któremu przyszło dźwigać moździerz. Nie musiała nic mówić. Była cwana, miała rentgen w mózgu i wiedziała, jak mnie załatwić bez jednego słowa.
Psiakrew. Właściwie to dobrze, że nie dała sobie zdjąć tej bluzy. Chwilami miałem wrażenie, że przerasta mnie o głowę.
– Ktoś strzelał, chyba do ciebie – wymruczałem w końcu, uciekając ze spojrzeniem. – Nie chcę ryzykować.
– Aha. – Pomilczała jeszcze chwilę. – A ona?
– Widziała ich. Może żadnego nie rozpozna, ale chcę zobaczyć ich miny, kiedy ją przedstawię.
– To żaden dowód.
– Nie jestem sędzią. Chcę się upewnić, czy to ona.
– Jola? – Zmarszczyła brwi.
– Blondynka, długie włosy, lata śmigłowcami, była tu wtedy – wyliczyłem. – Morawski też był. Na początku latały tu cztery polskie załogi. Ośmiu pilotów. Dwaj się utopili, jednego zastrzelili partyzanci. Potem przyszli nowi. Więc jeśli to Polak przywiózł wtedy do bazy blondynkę, mamy jedną szansę na pięć.