Выбрать главу

– Nie myślała pani wcześniej, że możecie do siebie nie pasować? – Też zdołałem się uśmiechnąć. – Nie kolorem. Resztą.

– Mam trzydzieści lat. – Nie byłem pewien, na ile gorzko to powiedziała. – Nie jestem głupiutką smarkulą. Głupia może tak, ale już nie na ten sposób. Jasne, że myślałam. Tylko że takie stare pudła nie zawsze mogą przebierać w tłumie królewiczów z bajki.

– Przepraszam. Nie powinienem…

– Lekarz jest jak spowiednik – pocieszyła mnie.

– A propos spowiedników… – Mój umysł spłodził pomysł, który nie bardzo mnie zachwycał, ale ostatecznie byłem lekarzem i w pewnych okolicznościach podobały mi się pomysły typu: „Utnijmy temu facetowi nogę”. – Jak u pani wyglądają te sprawy?

– Jakie? – rzuciła mi zdziwione spojrzenie.

– No… religia.

– To ma coś do rzeczy? – zapytała cicho.

– Byłoby łatwiej, gdyby wyglądało to tak, że… no… katolicka dziewczyna ucieka od narzeczonego muzułmanina. Rozumie pani.

– Komu byłoby łatwiej? I co? – Od razu zrozumiałem, że mogę spisać koncepcję na straty. A przy okazji także przyjaźń z Gabrielą Asmare. Chyba po raz pierwszy doszukałem się chłodnego, pogardliwego błysku w jej oczach. – Chce pan powiedzieć, że jeśli nie dołożę do paszportu świadectwa chrztu, to niestety muszę poczekać na inny autobus?

Kierująca się logiką część mego mózgu zatarła ręce. Notowania Szczebielewicza leciały na łeb, powinienem się cieszyć. Nie przyjmowałem wprawdzie do wiadomości, że mógłbym stanąć przed koniecznością dokonywania trudnych życiowych wyborów w związku z Gabrielą Asmare, ale wychodząc w jej oczach na gnojka, mogłem nie przyjmować tym śmielej.

Problem w tym, czy logiczna część mózgu była w większości.

– Chciałem powiedzieć, że jeśli zaczną strzelać do tych chłopców – wskazałem kciukiem ściankę, za którą rozciągał się biwak – to może będzie wam z tym lżej. Im i pani.

– Zapomniał pan o sobie.

– O sobie wiem, że religia to ostatnia rzecz, za którą chciałbym dać się zabić. Co do nich nie mam takiej pewności.

Opuściła głowę. Przez jakiś czas wydawała się być całkowicie pochłonięta skubaniem sznurówki.

– Nie muszę z wami jechać – powiedziała cicho.

– Ale chce pani. – Nie odpowiedziała. Wiedziałem, że nie odpowie. – Dlaczego trzeba było aż Grochulskiego, żeby panią tu zatrzymać?

– Nie muszę z wami jechać – powtórzyła, nie unosząc wzroku.

– Rozumiem.

Podniosłem się i wyszedłem ze śmigłowca.

*

Po zainstalowaniu brezentowego dachu i podwieszeniu noszy na jego pałąkach, honker od biedy upodobnił się do sanitarki. Nie chciałbym nią podróżować w upale i kurzu po wybojach etiopskiej drogi, mając zmiażdżoną miednicę, ale na szczęście od przesiadki na prawdziwy pojazd pomocy medycznej dzieliło Świergockiego najwyżej sześć godzin. Tyle, według ostrożnie skalkulowanego planu Filipiaka, miał potrwać dojazd na miejsce spotkania z samolotem sanitarnym. Olszanowi wspomaganemu przez niedużego okularnika nazwiskiem Giełza udało się uruchomić radiostację sokoła. Połączenie było kiepskie, dogadali się jednak. Dowództwo UNIFE zdecydowało się na mieszany wariant ewakuacji rannego. Razem z kolumną Filipiaka mieliśmy dotrzeć do szosy Werder-Geladi, odległej o sto trzydzieści kilometrów, i przesiąść się na pokład turbośmigłowego Ae270, szybkiego, lekkiego samolotu, zdolnego dolecieć tam z Addis Abeby, usiąść na drodze i wrócić z dziewięcioma pasażerami bez konieczności tankowania. Sokół, jako niezdolny do lotu, miał pozostać na łasce losu i lokalnych władz etiopskich. Obu pilotom nakazano wracać z nami.

Przygotowałem honkera, przeniosłem do niego swoje rzeczy i ukrytą w śpiworze apteczkę z rozbitego śmigłowca. Raportówki nie musiałem przemycać: wypchanych toreb, tornistrów i temu podobnych krążyło tego ranka po obozie tak dużo, że nikt nie miał prawa zwrócić na nią uwagi. Pluton współczesnej piechoty skazany na kilkudniową autonomię nie ogranicza się do wyposażenia każdego żołnierza w plecak. Mając do dyspozycji odpowiednio dużo pojazdów, można zabrać takie luksusy jak książki, odtwarzacze, lampy naftowe i temu podobne rekwizyty, które nie są konieczne, by przetrwać, ale znakomicie podnoszą morale. Oczywiście przede wszystkim zapakowano na ciężarówki i wozy bojowe przedmioty użyteczne: miny, taśmy zasiekowe, szpadle, kilofy, worki, siatki maskujące i tak dalej. W sumie było tego zbyt dużo, by bez dokładnej kontroli dało się wychwycić nielegalny przewóz czegoś mniejszego od pianina. Samych kanistrów na wodę, kołyszących się wzdłuż burt samochodów i transporterów, Filipiak zabrał tyle co ludzi, nic więc dziwnego, że formująca się kolumna przypominała cygański tabor.

Pod kierownictwem sierżanta szefa kilku żołnierzy wycięło piłą spalinową dwa drzewka, z których sklecono coś w rodzaju platformy. Zamocowana na grzbiecie stara cysterny, miała posłużyć jako laweta do przewozu zwłok. Pomysł wydawał się dość makabryczny, ale nikt nie miał lepszego. Samochodów było wprawdzie więcej niż sprzętu pancernego, jednak po utracie UAZ-a i przekwalifikowaniu honkera na sanitarkę w grę wchodziły jedynie ciężarówki. Star szefa wiózł oprócz sprzętu kwatermistrzowskiego żywność i choć konserwom nie szkodzi sąsiedztwo trupów, późniejszym konsumentom owych konserw – już trochę tak. Drugim starem jechała trzecia, i tak poszkodowana przez los drużyna plutonu. Nie mieli własnego bewupa, a ich dowódcy podcięto w nocy gardło. Ostatnia ciężarówka wiozła armatę przeciwlotniczą, amunicję do niej i gromadkę ludzi, od których, w przypadku pojawienia się wrogiego śmigłowca, zależał los nas wszystkich. Wolnych miejsc było w kolumnie jeszcze sporo, nie dało się jednak ulokować dwóch trupów z dala od ludzi i jedzenia, a zarazem dyskretnie i w miarę godnie. Na szczęście Lesik, potencjalny oponent, miał kłopoty z kacem i nie protestował.

Zanetti i Agnieszka Wielogórska byli w lepszej formie, ale też kategorycznie odmówili spożycia śniadania. Jolę bolała głowa, a Olszan wypłukiwał resztki alkoholu z organizmu takimi ilościami kawy, że specjalnie dla niego kucharz odpalił ruszt pod najmniejszym kotłem kuchni polowej. Wszystko to sprawiło, że Filipiak nabrał respektu dla etiopskich trunków i gładko przeszedł do porządku nad kwestią stanu emocjonalnego panny Asmare ubiegłej nocy.

Pożyczyłem od Ciołkosza dwóch ludzi z karabinami, kazałem im czekać przy honkerze i udałem się nad staw. Jak większość byłych „sokolników”, nie mających nic do roboty, Gabriela siedziała nad wodą – choć niedokładnie tam, gdzie inni – mocząc nogi i obserwując poranne pojenie bydła. Po nocnej strzelaninie wieś wydawała się jeszcze bardziej pusta i martwa niż wczoraj.

– Potrzebuję tłumacza. Gdyby pani mogła…

Wstała bez słowa, schyliła się po buty, nie zakładając ich, ruszyła w stronę samochodu. W wozie, może z uwagi na towarzystwo pary szeregowych, też nie próbowała chować stóp w tenisówkach.

Tym razem nikt nie witał nas przed domem dyrektora Asmare. Dookoła nie widać było żywego ducha, okiennice pozamykano, a przed bramą leżał zapinany na zamek błyskawiczny worek z grubej czarnej gumy.

– Cholerne dzikusy – mruknął kierowca, szeregowy Andrusiak. – Nawet zwłok nie uszanują.

Spojrzałem kątem oka na dziewczynę: gdyby nie brąz jej skóry, byłaby teraz bardzo blada.

– Chyba nie chcą z nami rozmawiać – domyśliłem się. Skinąłem na żołnierzy. Andrusiak został przy wozie; w rękach trzymał glauberyta i widać było, że nie robi tego z czystej chęci imponowania gapiom. W otaczającej nas pustce było coś niepokojącego. – Nie pożegna się pani?