Stała plecami do mnie, ale z tyłu przeczący ruch głową jest równie czytelny. Nie widać za to łez. Nie miałem pojęcia, że płyną z jej oczu, dopóki nie odwróciła się i ścierając je z policzków nie wróciła do samochodu.
Nie płakała, po prostu spod powiek wylały się po dwie czy trzy krople. Twarz pozostała nienaturalnie spokojna, a kiedy żołnierze przytaszczyli worek, przejęła od tego z przodu uchwyty i pomogła umieścić ciało na noszach.
Kolumnę otwierał bojowy wóz piechoty drugiej drużyny. Trzydzieści metrów za nim wlókł się czterdziestką sierżant Ciołkosz swoim starem, dalej bliźniacza ciężarówka trzeciej drużyny, cysterna ciągnąca kuchnię polową, czołg, sanitarka, suzuki samuraj Agnieszki, wóz opelotki, drugi bewup i zamykający sznur pojazdów BRDM. Trzystumetrowa kolumna robiła wrażenie raczej kompanii niż plutonu, a w razie ataku byłaby też mniej wrażliwa na ostrzał granatników czy karabinów. Inna sprawa, że kilka podobnych incydentów z udziałem Błękitnych Hełmów należało traktować jako nieszczęśliwe wypadki – żadna z walczących stron nie zadzierała celowo z UNIFE. Podczas krótkiej zbiórki, przeprowadzonej przed wyjazdem, Filipiak wyjaśnił, iż nie oczekuje żadnych kłopotów związanych z wojną i wszelkie środki ostrożności podejmowane są mocno na wyrost. Pasażerowie – czyli my, „sokolnicy” – mogą nie zaprzątać sobie głów sterczącymi na wszystkie strony lufami. Natomiast panom żołnierzom przypomina się, że oczy służą do patrzenia, i to nie na karty czy zdjęcia gołych panienek. Ta ostatnia uwaga wydała mi się trochę nieprzemyślana: cały dwuszereg wykonał natychmiast pachnące buntem: „Na lewo patrz!” i bez mała pięćdziesiąt par oczu zaczęło rozbierać wzrokiem trzy stojące z boku młode kobiety. Było mi szczerze wstyd, kiedy w chwilę później zagarnąłem do swej sanitarki aż dwie z nich, w dodatku młodsze i ładniejsze.
Już po paru kilometrach zorientowałem się, że układ jest fatalny. Naszpikowany środkami przeciwbólowymi Świergocki spał, kołysząc się w rytm łagodnego falowania gruntowej drogi, a opieka nad nim sprowadzała się do siedzenia obok. Honker miał teraz dwie dwuosobowe, zakończone podłokietnikami ławki przy lewej burcie i oczywiście obie panie ulokowały się na przeciwległych końcach każdej z nich. Nie byłby to problem, gdyby nie Lesik, który zajął fotel obok kierowcy. Mogłem albo wpakować mu się na kolana, albo dokonać wyboru, którego wcale nie chciałem dokonywać. Gdyby łopata trafiła Świergockiego wyżej lub niżej, byłbym kryty – ale biodro miał jak każdy pośrodku ciała i wybór ławki należał wyłącznie do mnie.
Usiadłem bliżej głowy pacjenta. Udo w udo z pielęgniarką.
– Na szczęście wracamy – powiedziała. – Mam dość tej dziczy.
– Co stolica, to stolica – zgodziłem się. Próbowałem ocenić, czy jej biodra i ramiona są aż tak szerokie, że musi kleić się do mego boku, a także doszukać się jakichś emocji w twarzy Gabrieli. W obu przypadkach bez powodzenia.
– Nie wiem, jak można tu żyć – zwierzyła się Jola jakiś czas potem. – Upał, brud, smród i muchy.
Przymknąłem oczy. Sen nie byłby złym rozwiązaniem.
– I pomyśleć, że w kraju jest teraz całkiem biało. – Chwila przerwy. – Chciałabym tam być. Święta… Co to za święta bez śniegu?
– Mnóstwo ludzi na świecie musi się bez niego obyć.
– Ale dla nas to już nie to – powiedziała cicho. – Muszą być białe. – Jakiś wybój przycisnął ją mocniej do mego boku i choć potem rzuciło nami do przodu, już tak pozostała. Była miękka i ciepła. – Białe.
Zasypiałem. Dobrze jest zasypiać, mając obok piękną dwudziestolatkę, która nie ma nic przeciw temu, by się do ciebie przytulić. Myślę, że w niebyt odpłynąłem uśmiechnięty.
Huk był przeraźliwy. Z samej definicji – przeraził mianowicie kierowcę. Tylko mocno wstrząśnięty szofer potrafi skręcić nagle pod kątem prostym, wlokąc się czterdziestką. Andrusiak dokonał tego, a ja wyfrunąłem z siedzenia, trzasnąłem czołem w ściankę – na szczęście z brezentu – i jedynie cudem uniknąłem upadku na biodro Świergockiego.
Dobra ćwiartka zachodniego horyzontu znikła za ogromną chmurą pyłu, a wokół wozu latały płonące gałęzie. Ktoś krzyczał. Smagany piachem samochód resztkami rozpędu wtoczył się na pagórek, silnik zawył i zgasł, gdy spanikowany Andrusiak puścił zbyt gwałtownie sprzęgło.
– Miny! – Lesik otworzył kopniakiem drzwi. – Padnij!
To, co wykrzykiwał, nie miało sensu, ale praktycznie wszyscy, którzy mieli taką możliwość, wylądowali na brzuchach. Rzucająca się do wyjścia Jola nie zwróciła uwagi, że klęczę na jej drodze, skutkiem czego oboje runęliśmy na podłogę. Gabriela, która zdążyła otworzyć tylne drzwi i wyskoczyć, przeoczyła gęstą kępę zarośli przed przednim zderzakiem Honkera. Wóz cofnęło, a ona, uderzona trochę poniżej pośladków, upadła na twarz i znikła, przykryta cielskiem nasuwającego się na nią samochodu. Jeden Lesik, ignorując własny apel, pognał w poprzek zbocza, krzycząc coś niezrozumiale.
Andrusiak wziął się w garść, wbił stopę w hamulec.
– Zaciągaj ręczny! – Wytoczyłem się, zanurkowałem pod tylną oś. Kilkanaście metrów od nas T-72 wyrywał drodze kilkanaście kilogramów piasku, hamując gwałtownie i obracając wieżę. Chyba nikt nie strzelał, ale nie obchodziło mnie to w tej chwili. Mój strach koncentrował się tam, pod spodem.
Honker, jak to terenówka, miał spory prześwit, ale tu nie było ani płasko, ani równo. W momencie upadku Gabriela nie znajdowała się na domiar złego w osi wozu, co znaczyło, że jeśli nawet nie głowę i korpus, to w każdym razie którąś z kończyn mogło rozjechać koło.
– Gapa?!! – Mój krzyk wdarł się w śmierdzącą dymem i spalinami ciemność, pękł w zderzeniu ze sterczącym z traw głazem. Między nim a obudową przekładni zostało może parę centymetrów. – Ga…pa?
Szarość, pył w oczach. Niewiele widziałem.
Coś się poruszyło, stuknęło, ni to jęknęło, ni zasyczało. Moja ręka wystrzeliła do przodu. Trafiłem w coś miękkiego, co od razu umknęło w bok. Stuknęło głośniej.
– Auuua… Moja głowa! – Głos był płaczliwy, ale i kojąco gniewny. – Nie po oczach! Cholera…
– Nic ci… nic pani nie jest? – Było za ciasno, by pchać się tędy do niej, jednak nie dlatego leżałem przez chwilę nieruchomo. Ulga dosłownie mnie sparaliżowała. I jeszcze coś: po dwóch zderzeniach głowy z podwoziem dziewczyna chwyciła mnie za rękę. Raczej w obronie oczu, niż z potrzeby duchowego wsparcia, ale…
– Ciężkie przestraszenie – wystękała. Zaczęła wypełzać spod samochodu z boku, między kołami. Świergocki nie ruszał się, nie jęczał. Jola, wystraszona, lecz cała, klęczała na piasku przy kiwających się drzwiczkach. Mówiła coś, nie słyszałem jej jednak, bo tuż obok ryczał silnik beerdeema – samochód pancerny, mocno przechylony na bok, forsował stok po prawej stronie drogi. Sto metrów wcześniej trakt zaczął opadać; katastrofa, czy jakkolwiek to zwać, dopadła kolumnę na dnie płytkiej dolinki. Była wąska, więc chcąc ominąć samuraja, Mazurek musiał zaryzykować wywrotką. Nie zastanawiałem się, po co.
Na czworakach dopadłem prawego boku honkera, złapałem Gabrielę za łokcie, szarpnąłem tak, że odleciałem z pół metra do tyłu, nim ziemia grzmotnęła mnie w plecy, a twarz dziewczyny w żołądek.
– Ręce mi urwiesz! – wrzasnęła. Puściłem jej łokieć – jeden – i równie mało delikatnym ruchem kolana, przewróciłem ją na plecy, samemu obracając się na brzuch i zyskując swobodę ruchów. Na moment znikła mi z oczu w obłoku czarnego dymu. Pomyślałem, że czołg, wbrew temu, co mi się wydawało, musiał oberwać.