– Znowu – westchnęła Gabriela. – Jak tak dalej pójdzie…
Nie dokończyła. Na naszych oczach eksplodowała następna mina. Jeden z żołnierzy wylądował wprost na niej. Rozpalone gazy bez trudu wyrwały się spod swej ofiary, siekąc ziarnami piachu i tworząc na ułamek sekundy jaskrawą plamę ognia. Chłopakiem rzuciło na pół metra w górę. Był ostatni, który znikł mi z oczu w potężnej chmurze pyłu – cała reszta runęła na ziemię odrobinę wcześniej.
– Zostać w wozach! – warknęło radio głosem Filipiaka. – Pobocze może być zaminowane!
– Jedź, Andrusiak – powiedziałem.
– Nie słyszał pan?!
– Jedź – powtórzyłem ostrzej. – To rozkaz.
Kątem oka dostrzegłem Gabrielę, pochylającą się ku mej torbie. Jakoś udało się jej to połączyć z otwarciem drzwi, choć kierunki były dokładnie przeciwne. Jola i Lesik siedzieli sztywno, jak przyklejeni.
– Droga zablokowana – powiedział szybko kierowca.
– Masz cały Ogaden do dyspozycji. Gapa, zostań! – Też byłem niezły: patrząc na Andrusiaka wzrokiem zdolnym przepalić deskę, zauważyłem, że dziewczyna jest już jedną nogą na zewnątrz. – Zanim dobiegniemy, chłopak się wykrwawi.
– Nie słyszał pan? – zapytał słabym głosem Lesik. – Nie możemy ryzykować. Tu wszędzie mogą leżeć miny.
Czekałem jeszcze sekundę. Silnik terkotał na jałowym biegu, a Andrusiak skulił się jak ktoś, kto gotów jest przyjąć najwścieklejszy wrzask, ale na pewno nie tknie kierownicy.
– Wszyscy z wozu! – Zacząłem się przeciskać między fotelami.
Andrusiaka wymiotło, fakt, że nie bez mojej pomocnej dłoni. Lesik też ochoczo złamał rozkaz dowódcy kolumny. Nie sprawdzałem, co z dziewczynami: były młode i lepiej posługiwały się nogami niż ja honkerem. Nim uporałem się z biegami, tupot stóp o podłogę umilkł.
Wrzuciłem jedynkę i wystartowałem jak żużlowiec. Parę metrów przed zadem czołgu skręciłem na pobocze. Nie eksplodowało mi w twarz. Wrzuciłem dwójkę i dopiero wtedy mignęło mi w lusterku coś białego.
– Miała pani wysiąść! – Odruchowo zdjąłem nogę z gazu.
– Jedź! Już za późno!
Nie miałem czasu kłócić się, nie mówiąc o zatrzymywaniu wozu i wyrzucaniu jej. Była spora szansa, że sama wyleci – przez dach, na którymś z wybojów. Do ostatniej chwili wyciskałem z silnika wszystko, na co było go stać. Zapomniałem o Świergockim, ale chyba dzięki temu honker dostarczył nas do pacjenta, a nie jego zwłok.
Żołnierz o trupiobladej, dziwnie drobnej w zestawieniu z hełmem twarzy leżał pośrodku drogi, przysypany wciąż opadającym pyłem. Wyglądał okropnie, niewiele lepiej niż wykopane ze świeżego grobu ciało, lecz poruszał się. Jego lewa noga kończyła się w połowie podudzia rozdętym kielichem soczystego, spływającego krwią mięsa. Ze spodni pozostały nadpalone strzępy, prawa noga, nienaturalnie skręcona, musiała być złamana, a strzępy buta, stopy i łydki pokrywały całe ciało aż po okap hełmu. Mimo to nie stracił przytomności. To nie było sprawiedliwe. Leżał, otoczony wianuszkiem zszokowanych kolegów, przyglądających mu się z góry, tak wielkich i tak bezradnych.
Któryś rozrywał opatrunek osobisty. Zaczął chyba dość dawno, ale wyraźnie mu nie szło.
– Zostaw! – powstrzymałem innego, próbującego podnosić głowę kolegi. Otworzyłem walizkę, wyciągnąłem opaskę uciskającą. – Dajcie hełm! Tu, pod kikut! I trzymać w górze!
Zamiast błękitnego hełmu między ziemię a poharataną nogę wepchnęło się kolano w błękitnych dżinsach. Gabriela. Od razu nią zakolebało. Przez chwilę widziałem w tym wstęp do omdlenia. Uwalane w piachu ludzkie mięso miało na drugim końcu wielkie, przerażone oczy – taki widok ma prawo zwalić z nóg. Trochę za późno pomyślałem, że gdybym zabrał Jolę, byłoby mi łatwiej. Chłopak umierał, sekundy miały zadecydować o przytrzymaniu go po tej stronie, a ja byłem sam.
Nie doceniłem jej. Nie stała się balastem; podarowała mi z dziesięć sekund, wyszarpując z walizeczki nie tylko strzykawkę, ale i igłę, rozdzierając opakowania i łącząc jedną z drugą.
– Przytrzymam!
Zamieniliśmy się: ja chwyciłem za strzykawkę, ona za opaskę. Kiedy rozbijałem o kant walizki pierwszą ampułkę, krew już prawie nie wypływała z rany – ręce miała równie sprawne jak język i umysł. Z opatrunkiem nie radziła sobie już tak dobrze, ale to mogło poczekać.
– Kamizelka – rzuciłem. – Trzeba zdjąć. I dawać lodówkę.
Ruszyli się w końcu: dwaj zaczęli rozbierać kolegę, trzeci zanurkował w sanitarce, by powrócić z niewielkim białym pudłem, zasilanym z akumulatora. We czwórkę rekompensowali mi brak pielęgniarki. Pod niektórymi względami byli nawet lepsi: Jola nie uporałaby się w takim tempie z wyłuskaniem sporego mężczyzny z ciężkiej jak siedem nieszczęść kamizelki. Pozbawiłaby mnie tym samym ostatniej szansy, jaką byłby masaż serca i wprowadzenie igły wprost w ten najważniejszy z mięśni.
Na szczęście sprawy nie zaszły tak daleko. Serce nie stanęło. Zmierzyłem ciśnienie. Było źle, ale nie tragicznie.
– W książeczce ma grupę krwi – odszukałem wzrokiem Hanusika. Natychmiast rzucił się do wnętrza bewupa: ranny, podobnie jak paru innych, nosił pod kevlarem jedynie podkoszulek. – Pani Gabrielo, w wozie jest pudło z zestawem infuzy… no, kroplówka.
Nie wyglądała za dobrze: kiedy brązowe dłonie znieruchomiały z braku sensownego zajęcia, brązowa twarz zaczęła szarzeć. Uznałem, że zrobiła swoje. Poza tym najlepiej orientowała się, gdzie co leży.
Powrócili z Hanusikiem jednocześnie. Ranny nazywał się Lewandowski i miał zerówkę. Jego pech nadal działał: Urbański miał grupę A i to z myślą o nim zaopatrzono mnie w taki, a nie inny bank krwi. Mogłem zafundować mu raptem ćwierć litra. Na początek nie było to tak mało, ale nim toczący się poboczem czołg przywiózł na pokrywie silnika Filipiaka i wszystkich, których wygoniłem z sanitarki, przyłapałem się na bardziej długofalowym myśleniu.
– Żyje? – Pytanie nie było za mądre: nikt gorączkowo nie podłącza do kroplówki nieboszczyka. Rozumiałem jednak porucznika. Był tylko młodym, rozpoczynającym służbę oficerem, który stracił dziesięć procent swoich ludzi. Jego kariera nie leżała jeszcze w gruzach, ale włos, na którym zawisła, trzeba było oglądać przez lupę.
– Ostrożnie, panie poruczniku – odezwał się poniewczasie Staśko. Nie zauważyłem, kiedy wyciągnął induktor i zaczął sprawdzać teren za bewupem, ale uświadomiłem sobie, że dość długo oprócz mnie i Gabrieli nikt się tu nie przemieszczał ani na krok. I że ci, którzy w końcu zaczęli, uważnie patrzyli pod nogi, wybierając miejsca pobłogosławione śladem stopy lub gąsienicy.
Filipiak zeskoczył z błotnika, ignorując ostrzeżenie. On jeden. Lesik profilaktycznie złapał Jolę za rękę. Chyba niepotrzebnie: na widok węszącej tuż obok sondy sama ciaśniej przywarła do wieży.
– Nie ruszymy wcześniej niż za trzy godziny. – Wolałem powiedzieć to teraz. Filipiak był zdruzgotany, nie powinien tak mocno protestować. – Chociaż lepiej w ogóle. Niech przyślą śmigłowiec.
– Trzy godziny? – popatrzył półprzytomnie na woreczek z krwią.
– Nie musi wracać do Addis Abeby. Ma dotrzeć tutaj i podrzucić rannych na szosę. Jakoś mu potem dowiozą paliwo.
Nie był w aż tak kiepskiej formie, jak myślałem.
– Nawet jak wszystko dobrze pójdzie, do samolotu zaczną ich ładować za pięć godzin. My możemy być na szosie za trzy.
– Z parą trupów. – Zamocowałem rurkę do wbitej w ramię igły. – Jak rozumiem, mamy zostawić drogę i gnać na przełaj. Nawet Świergockiego to może zabić. Tego tutaj zabije na pewno. Zresztą nie w tym rzecz. Potrzebuję trzech godzin, żeby go w ogóle przygotować do jakiegokolwiek transportu. Nie po bezdrożu… do jakiegokolwiek.