Выбрать главу

– Rozumiem. – Miał twarz starego człowieka. – Spróbuję połączyć się ze sztabem. Niech pan robi swoje. Hanusik, weźcie się za bagnety i zacznijcie sprawdzać, czy nie ma więcej tego gówna. I uważajcie.

Wrócił na czołg po własnych śladach.

– Tu są miny, siostro – usłyszałem głos Lesika. – Nie ma sensu ryzykować.

Miał świętą rację, ale sam święty chyba nie był, bo kiedy po jakimś czasie zerknąłem za siebie, w pobliżu nie było nie tylko T-72 i wystraszonej dziewczyny w szortach. Brakowało też kapelana.

Zaraz potem Gabriela wymruczała coś niewyraźnie, przełożyła kikut na kolana jednego z żołnierzy i pobiegła za sanitarkę. Była rozsądną dziewczyną, więc zwymiotowała za lewym kołem – najdyskretniej, jak się dało, a w miejscu, gdzie na pewno nie leżały miny.

*

Lewandowski przeżył, ale poza tym nic nie szło dobrze. Świergocki gorączkował i nie chciał jeść. Z nieba lał się żar, Olszan i Giełza biedzili się z nawiązaniem łączności, Filipiak kazał żołnierzom ryć doły strzeleckie, a chłopcy Hanusika znaleźli plastikowe przeciwpiechotne paskudztwo, na które indukcyjny wykrywacz nie reagował. Drugą identyczną minę wypatrzył ktoś pośrodku drogi zaledwie kilkadziesiąt kroków dalej – trudno było wymyślić wymowniejszy znak ostrzegawczy.

O czternastej ucieszony Giełza podbiegł do Filipiaka i zameldował, że nawiązał łączność. Sam generał Zaręba we własnej osobie pragnie porozmawiać z panem porucznikiem, chociaż warunki atmosferyczne są podłe i trudno będzie się dogadać. Nie przesadził: Filipiak spędził przy radiu dobry kwadrans, porykując chwilami tak, że słyszeli go pewnie w Kasali. Potem zarządził zbiórkę wszystkich od kaprala wzwyż.

– Na początek złe wieści. – Mówił cicho: albo ochrypł, albo nie chciał straszyć kręcących się w pobliżu szeregowych. – Nie będzie śmigłowca. Mamy jechać do szosy. Ale nie drogą. Dwadzieścia kilometrów stąd ciągnie się pasmo wzgórz i zdaniem generała jest to idealne miejsce na zasadzkę. Mamy je objechać od wschodu. Teren jest tam płaski, mało uciążliwy dla rannych. Stracimy godzinę, ale to bez znaczenia, bo samolot i tak się spóźni. Jakieś problemy techniczne.

– A dobre wieści? – zapytałem. – Chyba że to już te…

– Może wyślą w powietrze samolot z aparaturą do retranslacji. Będziemy mieli łączność także w marszu, na ukaefie.

*

Nie powiem, że z góry postawiłem krzyżyk na śmigłowcu, ale zabezpieczyłem się i wygospodarowałem kąt w ciężarówce z zapasami. Przenieśliśmy Świergockiego na posłanie ze śpiworów, trochę dłużej trwało udzielanie instrukcji Joli, wyznaczonej do opieki nad nim. Nie była zachwycona, ale kiedy zwabiona damskim towarzystwem trójka Morawski-Wołynow-Zanetti postanowiła przenieść się ze swymi kartami na jej ciężarówkę, odzyskała humor. Mnie też się on poprawił: major Lesik, odmówiwszy parę modlitw nad Lewandowskim, skorzystał z wolnego miejsca pod pancerzem i przeniósł się na bewupa. Dopiero gdy zabrakło tej dwójki, uzmysłowiłem sobie, jak ciężka atmosfera panowała w honkerze, nim zaczęto do nas strzelać i wysadzać nas w powietrze. Oboje źle znosili towarzystwo czarnoskórej dziewczyny, która w chamski sposób okazała się Polką. Nie wiem, czy miotała nimi złość, czy wyrzuty sumienia, ale to obojętne – ludzie po prostu nie lubią, gdy coś nimi miota.

Gabriela ożyła. Kiedy pojazdy jeden po drugim robiły w lewo zwrot, zjeżdżając z drogi, w niczym nie przypominała sennej lalki kiwającej się przy drzwiach. Siedziała pośrodku tylnej ławki, a jej oczy lśniły. Lewandowski spał. Andrusiak wypatrywał min i był niewiele mniej anonimowy od głuchego taksówkarza. Nie potrafiłem znaleźć żadnego pretekstu, mogącego uzasadnić fakt, iż nie gapię się na swoją sąsiadkę. Gapiłem się więc. Oczywiście udając zainteresowanie samurajem, wlokącym się z tyłu. Ona patrzyła – względnie udawała, że patrzy – na prawo i w przód. Co jakiś czas nasze spojrzenia się krzyżowały. I wtedy natychmiast uciekaliśmy od siebie wzrokiem.

– Jeszcze cztery godziny – powiedziała po upływie całej wieczności.

– Słucham?

– Mówię, że musi się pan pomęczyć jeszcze cztery godziny.

– Nie męczę się – zapewniłem, odkręcając butelkę z wodą. Nie od razu zrozumiałem, co ją rozbawiło w takim zestawieniu słów i czynów.

– Wszyscy biali się tu męczą. To Afryka.

Biały. Pierwszy raz przykleiła mi tę etykietkę. Dziwne, ale nie pomyślałem, że może postrzegać mnie w ten sposób. Było to tym bardziej idiotyczne, że mnie samemu kolor jej skóry od samego początku przesłaniał wszystko, co znajdowało się pod nim.

– W porządku – zgodziłem się. – Jestem dwa razy bardziej udręczony niż pani.

– Skąd pan wie, że akurat…? – urwała. – A, no tak. Faktycznie, połowa mojej krwi jest biała.

– Kobieta mutant – pokiwałem ze zrozumieniem głową. Roześmiała się. Odwzajemniłem błysk zębów i zapytałem: – A tak naprawdę?

– Standard – wzruszyła ramionami. – On czarny student z dolarami, ona głupiutkie blond dziewczę, wzdychające przed wystawą Peweksu.

Zgubiłem gdzieś swój uśmiech.

– Dlaczego pani tak mówi?

– Jak mówię? – wyciągnęła rękę. – Mogę?

Oddałem jej butelkę. Miała klasę i wiedziałem, że nie przetrze szyjki palcami w geście równie bezsensownym, co powszechnym. Nie spodziewałem się jednak czegoś takiego.

Przez chwilę, niedługą, ale znaczącą, dotykała butelką dolnej wargi, potem wolno, zbyt wolno uniosła naczynie i jej usta zamknęły się delikatnie na czymś, co parę sekund wcześniej ja obejmowałem ustami.

Nie zauważyłem, czy coś wypiła. Chyba tak – w jej oczach obawy było trochę więcej niż uśmiechu i desperacji. Prawdopodobnie starała się zachować przynajmniej pozory normalności, zostawić kawałeczek tarczy, którą zdecydowała się opuścić, a która mogła ją ocalić, gdyby okazało się, że zaufała niewłaściwej osobie. Pewności jednak nie miałem. Jej ust nie zwilżyła ani jedna kropla, były suche. I coraz większe.

W końcu zorientowałem się, że to nasze twarze są dużo bliżej siebie. Dzieliło je czterdzieści centymetrów… trzydzieści…

Nie tylko ja się pochylałem w jej stronę. Ona też nie siedziała bez ruchu. Jeszcze tylko ćwierć metra, a jej usta…

Nie wiem, które z nas stchórzyło. Honker podskoczył na wyboju, zakolebał nami, otrzeźwił, podrzucił dogodne alibi, pozwalające wycofać się z twarzą.

Nie dotknęliśmy się nawet. Nie stać nas było na to. Ale przy całej świadomości tego faktu głowa aż dzwoniła mi od kołaczącego się po niej słowa: „Jeszcze”. Jeszcze nie było nas stać. Teraz. W tej chwili.

Jednak istniało coś takiego jak przyszłość.

Cofnąłem się powoli. Tak jak ona. To nie była ucieczka. Widziałem uśmiech w jej oczach. Zdziwienie, niedowierzanie, resztki strachu – jednak przede wszystkim uśmiech.

– I co ja najlepszego robię – powiedziała cicho. – Teraz na pewno źle mnie pan zrozumie. Muszę chyba zostać w butach.

Nie próbowała udawać, że nic się nie stało.

– W ogóle nie rozumiem – przyznałem.

– Ten wstęp o białych i czarnych… Chciałam zręcznie przejść do tego, że my, Murzyni, też chętnie pozbywamy się nadwyżek ubrania. W tym wypadku butów.

– To ta domieszka białej krwi. – Musiałem zebrać sporo odwagi, by powiedzieć coś takiego. Wolałbym odgryźć sobie pół języka, niż zranić tę dziewczynę, ale czułem, że unikanie drażliwych tematów daleko nas nie zaprowadzi. – Za to w Polsce musiała pani marznąć.