– Tylko zimą. – Chyba jej nie uraziłem. Podobnie jak ja musiała być trochę pijana tym, co się stało.
– Nie zrozumiem pani źle – obiecałem.
– To miłe, ale rozmyśliłam się – powiedziała, zakładając nogę na nogę. Była w spodniach, więc tym razem zrobiła to po męsku. Tak było wygodniej. Za lekkimi zderzeniami naszych kolan, wywołanych podłą jakością szlaku, nie musiała kryć się premedytacja.
Ale mogła. Byłem żołnierzem, ryzyko miałem wpisane w zawód. Sznurówka była tuż obok. Zaoszczędziłem nam obojgu wielu słów, pociągając za jej koniec. Gabriela zastygła. Czekałem parę sekund, ale nie skorzystała z szansy. Pomyślałem, że wyjdę na ostatniego idiotę, jeśli wszystko skończy się na rozwiązaniu jej buta, wobec czego, nadal nie za szybko, ująłem go oburącz i zsunąłem ze stopy. Pod spodem była szara skarpetka o przybrudzonym podbiciu.
– Nie wiem, co powiedzieć – mruknęła.
– „Dziękuję” – podpowiedziałem. – „Z drugim sama sobie poradzę”.
– Hmm – posłała wymowne spojrzenie za moje plecy. Z faktu, że nie ugrzęźliśmy dotąd w jakiejś kępie krzaków, wynikało, że ciągle jest tam szeregowy Andrusiak.
– I tylko tyle ma pani do powiedzenia?
– Chyba naprawdę jestem dość gapowata – poszerzyła blady uśmiech. – Swoją drogą to nieładnie przezywać biedne murzyńskie dziewczyny.
– Czy biedna murzyńska dziewczyna pozwoli mówić sobie po imieniu? Z wzajemnością, ma się rozumieć.
– W tych kwestiach nie mamy wiele do gadania.
– Jeśli pani nie chce… – zacząłem, zdziwiony i trochę dotknięty.
– Chcę. Ale zwracam uwagę, że to może być źle odebrane.
Cholera. Miała rację. Białym mężczyznom przez wieki łatwiej przychodziło całowanie takich jak ona, sypianie z nimi i robienie im dzieci niż przechodzenie na „ty”.
– Komu zwracasz uwagę? – Wziąłem się w garść i posłałem jej twarde spojrzenie. Trochę potrwało, nim zrozumiała. W zamian za oczekiwanie podarowała mi żałosną, przepraszającą minkę.
– Tobie – powiedziała cichutko, po czym maska pękła, ukazując szelmowski uśmiech od ucha do ucha. – Ejackowi.
– To było wredne – odpowiedziałem uśmiechem.
– Gniewasz się?
– Musiałaś nieźle się bawić. To znaczy… chwilami – zreflektowałem się. – Cholera, przepraszam… Głupoty…
– Wiem – przerwała mi łagodnie. – I nie jest tak, jak myślisz. To naprawdę było zabawne. Nie wszystko, pewnie, ale gdybyś słyszał, jak mnie podrywali Koziej i Koliszewski… Odlot, mówię ci. Nigdy w życiu się tak nie uśmiałam. Oczywiście w duchu. – Przyglądałem jej się z niedowierzaniem. – Myślisz, że mam nie po kolei w głowie? – Trafiła, więc milczałem dalej. – Po prostu całe wieki nie słyszałam polskiego słowa. A po amharsku mówię za słabo, żeby wyczuć, w którym momencie zacząć się śmiać. Zresztą w Kasali mało kto mówi po amharsku. No i mamy tu u nas wojnę, głód… Nie ma się z czego cieszyć.
– U nas? – powtórzyłem cicho. Dopiero teraz udało mi się zetrzeć uśmiech z jej twarzy. Długo myślała nad odpowiedzią.
– U nas – mruknęła z wyczuwalnym brakiem przekonania. Czułem, że nie chce o tym mówić. I że już powiedziała dużo.
– Głupio wyglądasz w jednym bucie – zmieniłem temat. – No, już.
Chyba naprawdę starała się przekonać i mnie, i siebie, że to właśnie Afryka jest jej domem, bo już bez słowa pozbyła się i buta, i skarpet. Podwinęła też nogawki. Kiedy na koniec uniosła głowę, w jej oczach znów migotały iskierki kpiny.
– Don Juan to z ciebie żaden – oświadczyła. – Tyle gadania, żeby zdjąć dziewczynie głupie buty. Dam ci radę: jak będziesz chciał jakąś zaliczyć, zapraszaj na śniadanie. Do wieczora zdąży się rozebrać.
Skinąłem głową, ale tym razem nie potrafiłem się roześmiać. Patrzyłem w okno i próbowałem wyobrazić sobie czarnoskórego mężczyznę, któremu Gabriela Asmare powie kiedyś coś takiego. Otaczający nas świat był ogromny, bezkresny. Ale może zbyt mały pod tym względem.
Do szyku, w jakim jechaliśmy w poprzek ogadeńskiego pustkowia, najlepiej pasowało staropolskie określenie „kupa”. Honker, z uwagi na wrażliwy ładunek narzucający tempo, trzymał się zwykle z przodu, ale raz po raz wyprzedzał go BRDM, łączący rolę zwiadowcy z funkcją wozu dowodzenia. Filipiak wypuszczał się nim półtora kilometra przed resztę, samochód stawał w wyżej położonym miejscu i przeczesywał radarem przestrzeń. Trwało to pięć minut, w trakcie których wlokące się stadko mijało owczarka i zostawało daleko za sobą. Potem cykl się powtarzał. Nie było to ani ekonomiczne, ani bezpieczne dla samotnego zwiadowcy, ale inaczej się nie dało: stacja radiolokacyjna wykrywała nawet piechurów, lecz pod warunkiem, że sama nie poruszała się w tym czasie.
Po godzinie Filipiak zastopował całą grupę.
– Doktorze, na sekundę – przemówiło radio jego głosem. BRDM zatrzymał się niedaleko, ale porucznik i tak wyszedł mi naprzeciw. Mimo upału miał na sobie komplet oporządzenia, a w dłoni, czego nie dało się wytłumaczyć chęcią dawania przykładu, trzymał lornetkę.
– Złe wiadomości?
– Niech pan spojrzy. Tam, do przodu.
Spojrzałem. Kawałek Ogadenu, rozciągający się na południowym wschodzie, przypominał marne boisko, płaskie i porośnięte niegodną wzmianki trawą. Drzew praktycznie nie było.
– Tam nic nie ma – powiedziałem niepewnie, oddając lornetkę.
– Właśnie. Gołe, odkryte pole. Ani jednej kryjówki.
– I dobrze. Żaden partyzant z bazuką… – urwałem. – Cholera.
– No właśnie – pokiwał głową. – Patelnia. Idealne warunki dla pocisku kierowanego.
Zrozumiałem, co czego zmierza. Ale nie wybił mi broni z ręki.
– Nie ma ich tam – oświadczyłem z przekonaniem, patrząc na zamykający równinę łańcuszek wzniesień. – Strzelali z zachodu i na zachód uciekli. My skręciliśmy na wschód. To wielki kraj. Od biedy mogliby zdążyć dojechać tam samochodem czy nawet haubicą, ale niby skąd mieli wiedzieć, że akurat tam mają czekać?
– Nie możemy jechać dalej – powiedział cicho.
– Musimy! Już i tak jesteśmy umówieni na styk. Jeszcze godzina zwłoki, a nie zdążymy przed zmrokiem. Trzeba będzie czekać do rana.
– Wiem. Ale to nie musi być samochód albo haubica. Śmigłowiec też wchodzi w rachubę. A śmigłowcem mogli spokojnie zdążyć.
– Morawski mówi, że to niemożliwe.
– Niemożliwe, że strzelali w nas wichrem, mokopą albo hellfire’em. Zgoda. Ale już ta ataka… Wie pan, co to takiego? – Uznał pytanie za retoryczne i sam na nie odpowiedział: – Unowocześniona wersja pocisku, którego używają Mi-24. Nasze chociażby. Morawskiemu chodziło pewnie po głowie te osiem kilometrów, więc założył, że pocisk może więcej. Niby słusznie, bo mało kto strzela na maksymalny dopuszczalny instrukcją dystans. Więc wziął pod uwagę to, co przeleci dychę.
– I miał rację. – Broniłem nie tyle fachowości majora, co swoich pacjentów. – Jak możesz strzelać z bliska, nie strzelaj z daleka. Zasada stara jak świat. A oni mogli. Grom niesie na pięć z kawałkiem. Zresztą te całe ataki to też nie kałasznikowy. Byle kto nie kupi ich na straganie. Ruscy je mają, ale nie wiem, czy ktoś więcej.
– Zna się pan na tym? – uniósł lekko brwi.
– Trochę. Wojsko to moje hobby – mruknąłem. Nie dziwiłem się jego zdziwieniu. Armie, wbrew pozorom, pełne są osobników nie odróżniających M-16 od M-60 i mila od miga. – Wiem na przykład, że nikt nie montuje tego systemu na małych śmigłowcach. Rosjanie robią, co mogą, żeby upchnąć swoją broń za granicę, a jakoś nie słychać, by zachęcali biedne kraje dysponujące tylko lekkimi śmigłowcami do zakupu takich rakiet.