Tylko dwa czarno-czerwone ciała wyrzuciło poza szczątki samochodu. Oba miały niewiele wspólnego z istotami ludzkimi, choć nie dostało im się tak jak pilotom spod Kasali. Jeśli zadałem sobie trud przyklęknięcia nad jednym i drugim, to wyłącznie z myślą o kolegach nieboszczyków, przyglądających mi się z zarośli.
Odpalenie rakiety okazało się zarazem pierwszym i ostatnim elementem krótkiej potyczki. Nie padł ani jeden strzał; coś, co nas zaatakowało, zapadło się jak pod ziemię, nie ponawiając próby. Pewnie dlatego, że ofiara została ostrzeżona i zdążyła odbić na północ, kryjąc się za kępami roślinności, pagórkami i dymem.
Wyskoczyłem z sanitarki stosunkowo wcześnie, nim Andrusiak rozpędził wóz. Gabriela nie zdążyła, a nasz kierowca chyba nie wziął przykładu z Filipiaka i większości innych, którzy pozatrzymywali się tuż za pierwszymi w miarę przyzwoitymi osłonami. Wywiózł dziewczynę gdzieś dalej i kiedy wybiegła na odkrytą przestrzeń, podnosiłem się już znad drugiego trupa.
– Schowaj się! – rzuciłem dość spokojnie. Jej biała koszula była wyraźnym celem, ale nie wierzyłem, by ktoś marnował dalekonośny pocisk przeciwczołgowy na pojedynczego człowieka.
Nie schowała się, czekała na mnie parę kroków przed pierwszą kępą zarośli. Ramię w ramię, milcząc, wdrapaliśmy się na niewysoki pagórek. BRDM stał tuż za nim. Obracająca się antena sięgała nawet wyżej, ale Filipiak niewiele ryzykował: samochód miał w dole jeszcze kawałek stoku i mógł spokojnie zejść z drogi nadlatującej rakiecie.
– Nikt nie przeżył – stwierdziłem krótko, podchodząc do patrzącego przez lornetkę porucznika. – Możemy jechać.
Skinął głową. Na tym pewnie by się skończyło, ale nie byliśmy sami.
– Zapomniał pan o czymś. – Od eksplozji minęło już trochę czasu i w głosie Lesika nuta przygany górowała nad drżeniem. – Trzeba ich pochować. To ludzie.
Wzruszyłem ramionami i popatrzyłem pytająco na Filipiaka.
– To już bez znaczenia – powiedział zduszonym głosem. – Nie dotrzemy przed zmrokiem do szosy. Teraz już na pewno nie.
– To śmigłowiec, prawda?
Morawski też zdążył tu dotrzeć, ale nikt nie kwapił się z odpowiedzią. Nic dziwnego. W uszach fachowców stwierdzenie, że mamy na karku któryś ze śmigłowców szturmowych najnowszej generacji, odpowiadało z grubsza okrzykowi: „Jezus, Maria, koniec z nami!”
– Kozłowski! – Głos porucznika brzmiał beznamiętnie, trochę arogancko, czyli tak, jak należy. Żołnierze nie lubią takiego tonu, ale rola dowódcy nie polega na budzeniu sympatii, tylko respektu. – Pałatka, trzech ludzi i poprzynosić zwłoki. Szyszkowski z wyrzutnią melduje się przy beerdeemie. Szefie, niech załogi przećwiczą błyskawiczną ewakuację. Teraz, póki stoimy.
– Jasne. – Ciołkosz nie potrzebował drobiazgowych wyjaśnień. Jechał tuż za trafioną ciężarówką i zapamiętał lekcję na całe życie.
– Nogi całe? – Filipiak zwrócił się do dwóch spoconych i bladych zarazem szeregowych, siedzących obok z wyrazem oszołomienia na twarzach. Wyglądali jak inni, pomijając brak broni u jednego z nich, ale domyśliłem się, że patrzę na niedobitków trzeciej drużyny.
I faktycznie: tylko ten z karabinem kiwnął głową. Drugi chyba w ogóle przegapił pytanie.
– Możecie chodzić? – upewnił się Filipiak.
– Chodzić? – zainteresował się Morawski.
– Nie chcę ryzykować. Kto nie musi jechać, idzie pieszo.
Ułatwił mi decyzję.
– Ktoś go widział? – zapytałem.
– Nie sądzę – wzruszył ramionami. – A dlaczego pan pyta?
– Muszę wiedzieć, co to jest.
Przyglądał mi się przez chwilę nieco rybim wzrokiem.
– To ja muszę – powiedział w końcu. – Pan niech się martwi rannymi.
– Właśnie to robię. Chcę wiedzieć, czy gdybym wziął sanitarkę i pojechał w stronę szosy, byłoby to samobójstwo czy tylko ryzyko.
Nie od razu odpowiedział. Był na tyle znieczulony nieszczęściem, które się na niego zwaliło, że po prostu na serio rozważył pomysł. To inni patrzyli na mnie jak na wariata.
– Nigdzie pan nie pojedzie – oświadczył wreszcie.
– Powinniśmy o tym pomówić. W wolnej chwili.
Skinął głową, co każdy mógł sobie odczytać, jak chciał, po czym odszedł ku dymiącym szczątkom stara. Dopiero na otwartej przestrzeni dołączali do niego jeden po drugim wyposażeni w łopaty i gaśnice pechowcy, wyznaczeni do drużyny pogrzebowej.
– I co teraz? – przeszedłem na angielski, trochę z uwagi na Zanettiego i Wołynowa, ale głównie po to, by zalegający w pobliżu szeregowi nie dowiedzieli się zbyt wiele.
– To śmigłowiec – stwierdził Wołynow.
– Na pewno? – skrzywił się sceptycznie Olszan. – Chłopaki mają radar. Chyba by go wypatrzyli, nie?
– Beerdeem akurat jechał. Jak jedzie, radar nie działa.
– Ja obstawiam samochód – upierał się Olszan. Zauważyłem uśmiech, jaki posłał równocześnie trzymającej się jego boku Agnieszce, i nawiedziła mnie wątpliwość co do szczerości jego intencji. Mógł po prostu podnosić ją na duchu.
– Rąbnęli zza tych wzgórz. A to sześć kilometrów stąd. Lądowe wyrzutnie nie strzelają tak daleko.
– Postęp techniczny. – Znów posłał dziennikarce uśmiech typu: „Spokojnie, maleńka, jesteś ze mną”. Wyzbyłem się wątpliwości.
– Tutaj? – roześmiał się gorzko Morawski. – Zresztą mniejsza o zasięg. Samochód nie miał prawa zdążyć. A już na nas czekali.
– Bo zrobiliśmy przerwę. – Chyba nawet sama Agnieszka zorientowała się, co jest grane. Uśmiech, jaki posłała Olszanowi, był blady jak ona, ale właśnie przez to słodki. – Na rowerze by zdążyli.
– To nie tak. – Wołynow przyszedł z pomocą koledze po stopniu. – Nie wiedzieli, którędy pojedziemy, więc nie mogli wyruszyć wcześniej. Trzeba mieć dużą przewagę szybkości, żeby podejść maszerującą kolumnę, nie dając się zauważyć.
– Zostawiamy ślad – dołączyłem do dyskusji. – I kurzymy.
– On mocniej, bo musiałby jechać szybciej. To śmigłowiec. Zatoczył łuk, zerknął parę razy z daleka, może nawet lądując, żeby go radar nie wykrył, znalazł na mapie to gołe pole i… – Wołynow przerwał, marszcząc brwi. – Ciekawe.
– Co?
– Mało brakowało, a wjechalibyśmy jak pod widelec. Chyba mamy gorsze mapy.
Po dwudziestu minutach sześć ciał poowijanych w worki i pałatki złożono na dachach bewupów. Tyraliera ludzi i maszyn ruszyła na północ. Plan był prosty: kierowcy mieli poruszać się krótkimi skokami od osłony do osłony, a piesi iść za nimi, trzymając odstępy. BRDM przemieszczał się na przemian z resztą i sprawdzał radarem okolicę.
Nikt nie strzelał, ale i tak było parszywie. Pocisk miał nadlecieć od tyłu. Raczej szybciej od dźwięku, więc bez ostrzeżenia. Niby wiedziałem, że tylko idiota polowałby na mnie rakietą wartości dobrego mercedesa, jednak przez cały czas czułem przykre swędzenie pleców.
Honkera i Gabrielę straciłem z oczu prawie od razu i prawie na dobre: Andrusiak do ryzykantów nie należał i starał się mieć między sobą a potencjalnym napastnikiem kogo się tylko dało. Nie miałem do niego o to nawet pretensji, dopóki nie przypomniałem sobie o czymś.
Dopadłem stojącej sanitarki biegiem, nie przejmując się zbytnio, że mój nagły zryw może rzucić na ziemię całą tyralierę. Udało” mi się zdrowo nastraszyć wysuniętą do przodu i szukającą dobrych ujęć Agnieszkę, a Andrusiak profilaktycznie wyskoczył z szoferki i stojąc na ugiętych nogach, wypatrywał na przemian nadlatującej rakiety i najbliższego dołka. Na ich tle Gabriela wyglądała nieprzyzwoicie pogodnie. Zębów wprawdzie nie szczerzyła, ale odniosłem wrażenie, że nie jest zmartwiona stosownie do okoliczności.