– I bez tego popsułam ci opinię.
– No właśnie. Koziej i Koliszewski swoje już wiedzą.
– Doktor sypia z tubylczymi dziwkami – poszerzyła uśmiech. – W dodatku tanimi.
– Wyglądasz na ekskluzywną – powiedziałem, ryzykując zerknięcie z ukosa w jej oczy. Maszerowaliśmy cały czas, patrząc głównie do przodu. Może dlatego rozmawiało nam się tak łatwo.
– Ekskluzywne są białe. A te średnio drogie mają maszynki, lakier i wszystko, co lubi biały żołnierz. Nie wiedziałeś?
Zrozumiałem, o co pyta. Pomogła mi w tym przekornym spojrzeniem.
– Przyjechałem tu zbijać forsę, a nie puszczać ją na panienki.
– No tak, lekarz – pokiwała głową. – Pod ręką tłum pielęgniarek, w odwodzie pacjentki. – Przeszła w milczeniu kilkanaście kroków. – A tak serio: uważasz, że to coś złego? No wiesz, chwila radości z panną spod latarni? Całe miesiące tu gnijecie. Wojna, zero kobiet…
Chyba zależało jej na odpowiedzi.
– Chwila radości? – powtórzyłem. – Jeśli radości, to chyba nie.
– No tak – pokiwała domyślnie głową. – Tylko jak tu się cieszyć? AIDS szaleje, a dziewczyny biorą drogo albo nie golą pach.
Nadal nie byłem pewien, co się za tym wszystkim kryje: niewinny flirt, jawna próba podrywu czy zwykła ucieczka od niewesołej rzeczywistości. Ale widok spoconej twarzy, schylanej ku łokciowi i przecieranej rękawem, rozjaśnił mi nieco w głowie.
– Naprawdę ci to przeszkadza? – zapytałem trochę ciszej. Posłała mi pytające spojrzenie. – Mogę pogadać z Wielogórską. Pewnie ma wszystko, czego damie potrzeba do szczęścia.
– Daj spokój – uśmiechnęła się kwaśno. – Męża, samochodu i kosmetyczki się nie pożycza. Myślałam, że może ty… Ale skoro nie wziąłeś, to zamknijmy ten temat. Jakoś się przemęczę w długim rękawie.
– Po co się męczyć? Załóż podkoszulek. I szorty – dodałem. – Nóg nie musisz chować.
– Skąd wiesz? – zapytała przekornie.
– Widziałem. Depilatora nie muszę od Wielogórskiej pożyczać. Ani maści na odchudzanie czy żylaki.
– Niczego nie musisz od niej pożyczać – rzuciła odruchowo.
– Fakt. Byłabyś ekskluzywna, jakby co. – Zaszliśmy dostatecznie daleko, bym znalazł w sobie odwagę powiedzenia jej tego wprost. – Bez żadnego wspomagania, tak jak stoisz. Mogę wykombinować ci tę maszynkę, ale moim zdaniem to bez sensu.
– Jesteś prawdziwym dżentelmenem. Albo masz specyficzny gust.
– Mam specyficzny. Przebierz się w wolnej chwili. Nie kręcą mnie mocno spocone dziewczyny. Jak już musisz w rękawach, to trudno, ale załóż przynajmniej spódnicę.
– Na wojnę nie chodzi się w spódnicy – mruknęła.
Dopiero kiedy to powiedziała, znalazłem się z powrotem na ziemi. Przez chwilę nie było mnie tutaj. Czarna magia czarnej dziewczyny.
– Która jest? – Nie nosiła zegarka, co nie dziwiło specjalnie w przypadku osoby zbyt subtelnej, by kłuć oczy sąsiadek widokiem sandałów na nogach.
– Dochodzi trzecia. A co, zgłodniałaś?
– Nie zdążymy na samolot.
Zabrzmiało to tak, jakby była urażona. Po raz kolejny złapałem się na myśli, że zupełnie jej nie znam. I na innej, brzydszej.
– Jest mały – powiedziałem, nie patrząc w jej stronę. – Nie wiem, czy zgodziliby się…
– O czym ty mówisz? – przerwała mi niezbyt łagodnie.
– No… może źle zrozumiałem, ale wydawało mi się, że chcesz lecieć z nami do Addis Abeby.
– Niby z jakiej racji? – To już brzmiało wręcz brutalnie. – Mówimy o rannych, nie o mnie. Zapomniałeś? Masz dwóch pacjentów.
– Chciałbym zapomnieć – westchnąłem.
– Będziemy tu nocować? – Złość, o ile to była złość, od razu jej przeszła. Było zresztą za gorąco, by się długo złościć.
– Chyba tak.
– Przeżyją to? – zapytała ciszej.
– Chyba tak.
Przez jakiś czas pomagała sobie w myśleniu, gryząc wargę.
– Gdyby wziąć samochód i… co w tym śmiesznego?
– Nic. Po prostu proponowałem to Filipiakowi.
– Aha – mruknęła. – I nie zgodził się?
– Mamy o tym jeszcze porozmawiać.
– Miejmy nadzieję, że w tym tygodniu.
Nie skomentowałem. Parę minut później dotarliśmy do krawędzi głębokiej na jakieś osiem metrów i czterokrotnie szerszej rozpadliny, biegnącej w poprzek. Wyglądała jak koryto sezonowej rzeki i roślinności było tu faktycznie więcej, ale dno było suche jak pieprz. Przeciwległy brzeg leżał nieco niżej, co z kolei mogło wskazywać na przynależność tej dziury do licznych we wschodniej Afryce uskoków tektonicznych. Niezależnie od genezy było to coś, czego Filipiak szukał: wspaniały, naturalny okop. Zanim jeszcze bewupy rozjechały się w przeciwne strony, szukając dogodnego zjazdu, zrozumiałem, że dotarliśmy do kresu naszej wędrówki na północ. Widok Giełzy, zdejmującego z ciężarówki odcinki masztu, był jednoznaczny.
Skorzystałem z faktu, że Andrusiak nie ma dokąd uciekać, i zbadałem Lewandowskiego. Jego stan się nie zmienił. Z jednym wyjątkiem.
– Coś śmierdzi – oświadczyła nagle Gabriela.
– Zagadka – mruknąłem. – Na pięć liter i ciągnie się za wojskiem.
Zignorowała mnie, weszła do samochodu i kucając przy noszach, parę razy demonstracyjnie pociągnęła nosem. Jak zaintrygowany psiak. Albo…
Nie, nie myślałem o niej w ten sposób. Byłoby mi pewnie lżej, gdybym potrafił. Ale żyłem wśród białych ludzi i zastanawiałem się, ilu z nich dopatrzyłoby się w niej teraz małpich cech. Miliony? Tysiące? Na pewno wielu. Nazwaliby ją tak, jedni po cichu, inni nie.
– No tak. – Nie zauważyłem, kiedy odsunęła koc. Lewandowski miał na sobie granatowe spodenki i mnóstwo bandaża poniżej kolan.
– Zawołam Jolę – powiedziałem szybko. Nie dość szybko: zdążyła sięgnąć między uda nieprzytomnego chłopaka, wsunąć palce w nogawkę. Diabli wiedzą po co. Teraz, gdy zabrakło koca, smród aż dusił.
– Daj spokój. To jak przewinąć niemowlę. Mamy to we krwi.
– Nie musisz tego robić.
– Panie Andrusiak – zignorowała mnie – proszę przynieść wodę.
Zmierzył ją długim spojrzeniem. Jego lewa brew powędrowała ironicznie do góry. Wyobraziłem sobie, z jaką gorliwością wypadłby z sanitarki, gdyby poprosiła go o to samo Jola czy Wielogórska.
– Przykleiłeś się? – warknąłem. Wysiadł, ale kanistra poszedł szukać aż na wozie kwatermistrzowskim, ignorując dużo bliższą cysternę.
– Mógłbyś tego nie robić? – Odezwała się dopiero, gdy znikł za zaroślami. – Sama bym sobie poradziła.
– Albo i nie.
– Zawsze sobie radzę – powiedziała z jakąś chłodną zaciekłością.
– No to powodzenia.
Wysiadłem i trochę zszedłem, a trochę zjechałem po piaszczystym zboczu na dno wąwozu. Po prawej Giełza z Olszanem wybierali miejsce pod węzeł łączności, u góry po lewej T-72 opuszczał lemiesz, szykując się do poprawiania zjazdu. Ściany rozpadliny, w niektórych miejscach niemal pionowe, gdzie indziej spływały z równiny całkiem łagodnie, ale to, co piechura zmusza do lekkiego wysiłku, może zastopować nawet najlepszy wóz terenowy.
– Zostajemy na noc? – zapytałem składającego mapę Filipiaka.
– Nie wiem. Ustawimy antenę i spróbujemy nawiązać łączność.
– A te fortyfikacje? – wskazałem żołnierzy. Znosili z góry naręcza worków i łopat.
– Na wszelki wypadek – mruknął. – Ten cholerny wiatrak może nadlecieć w dowolnej chwili z dowolnego kierunku. Nie zaatakował od razu, bo otwarty teren nie służy i jemu. No i byliśmy przygotowani. Na jego miejscu zatoczyłbym łuk, odczekał i wyskoczył od słońca – wskazał oślepiająco białą plamę zawieszoną na niebie. – Najlepiej przed zmierzchem. Nie widać cię, a lecisz nisko i możesz uskoczyć za górkę.