Выбрать главу

– Myśli pan, że będzie się bawił w takie podchody?

– Mam nadzieję, że nie. – Sądząc po tonie, za wiele tej nadziei nie było. – Może polezie na chama. A wtedy, z obserwatorami na górze, będziemy mieli szansę na pierwszy strzał. No i zawsze jest szansa, że nie uda mu się zmylić groma.

Grom, wystrzeliwana z naramiennej wyrzutni lekka rakieta przeciwlotnicza, reklamowany był jako rodzimy stinger – pocisk, który, jak wiadomo, przepędził Rosjan z Afganistanu.

– Wtedy, w Kasali – przypomniałem sobie – odpaliliście rakietę?

– Nie. Szyszkowski trochę się pogubił, a tamci trzymali się nisko. Prawdę mówiąc to nikt nikogo nie widział. No i nie mamy celownika na podczerwień. – Widząc moją minę, rzucił tonem pocieszenia: – Na szczęście Ruscy zawsze mieli kłopoty z nocną optyką.

– Ruscy? Mówił pan, że to nie Mi-24.

– Zgadza się – przyznał. – Po mojemu, to Mi-28. Taki rosyjski apache. Nowszy, lepiej opancerzony i dużo groźniejszy.

– Oni to w ogóle produkują?

– Dla siebie może i nie – zgodził się. – Ale dzisiaj o nowoczesną rosyjską broń łatwiej za granicą niż w Rosji.

Nie pociągnąłem dyskusji. Miałem dość zmartwień i wolałem przejąć jego wiarę we wschodni rodowód naszego prześladowcy. Rosjanie nadal mieli się czym chwalić, jeśli chodzi o broń, ale mimo wszystko ich strzelające zabawki były trochę mniej zabójcze od tych zachodnich.

Zostawiłem Filipiaka i poszedłem obejrzeć Świergockiego. Potem usiadłem z Jolą na jakimś zwalonym pniu i przez jakiś czas przedstawiałem swoją wizję opieki nad rannymi w warunkach frontowo-pustynnych. Już wtedy miałem niewielkie nadzieje na szybką ewakuację. Ich resztek pozbawił mnie Lesik. Wyglądał jak chmura burzowa i parł w poprzek rodzącego się obozowiska niemal równie szybko.

– Musi pan z nim porozmawiać – oświadczył z miejsca.

– Z Filipiakiem?

– Z Zarębą. Chce, żebyśmy tu nocowali.

– Tutaj?! – jęknęła Jola. Chyba nie słuchała mnie uważnie: od kwadransa tłumaczyłem jej, jak funkcjonuje klimatyzacja z wody i ręczników w szpitalu zbudowanym z wypełnionych ziemią worków. Jeśli chłonęła tę wiedzę z myślą o Addis Abebie, czarno widziałem przyszłość.

– Musi mu pan wytłumaczyć, że mamy rannych – kontynuował Lesik. – Że mogą nie przetrzymać w takich warunkach.

– Filipiak nie próbował? – zapytałem bez zapału.

– Filipiak myśli teraz, jak się wykręcić od odpowiedzialności.

Dźwignąłem się z pnia. Trochę za późno zauważyłem, że honker stoi już na dole, a Gabriela przygląda nam się, siedząc w otwartych drzwiach. Nie umiałem rozgryźć wyrazu jej twarzy.

Radiostację sokoła umieszczono prowizorycznie w przedziale desantowym jednego z bewupów. Jej świętej pamięci poprzedniczka, która poległa od kwasu i ognia, jeździła honkerem: na szczeblu plutonu nie było wozów bojowych przystosowanych do przewozu tego typu sprzętu.

– Właśnie idzie – dokończył jakąś dłuższą kwestię siedzący na obramowaniu włazu Filipiak. Przedtem leżały tam worki ze zwłokami, ale teraz znikły. – Doktorze, generał chce z panem pomówić.

Zdjął i podał mi lotniczy kask: nadajnik nie miał głośników. Drugi kask tkwił na głowie Olszana, czuwającego nad jakością połączenia. Teraz pilot zdjął go i położył na dachu. Było względnie cicho, więc stojący blisko słyszeli, o czym mowa.

– Szczebielewicz – powiedziałem beznamiętnie. W wojsku można policzyć na palcach facetów, którym rozmowa z generałami sprawia wielką frajdę, ale ja miałem specjalne powody, by unikać kontaktów z zastępcą dowódcy UNIFE. Humor psuła mi też Gabriela: oczywiście musiała podejść akurat teraz, stanąć obok i strzyc uszami. – Odbiór.

– Co jest z tymi rannymi, doktorze? – Być może trzaski zakłóceń sprawiły, że głos Zaręby brzmiał zaskakująco łagodnie.

Przedstawiłem stan obu pacjentów, rokowania, problemy oraz obawy. Na wszelki wypadek raz i drugi zwolniłem przycisk, wpuszczając go na falę, ale nie skorzystał z okazji. Uświadomiłem sobie, że także generałowie mają nad sobą kogoś, kto może ich wezwać na dywanik i rozliczyć z ośmiu martwych podwładnych.

– Zrozumiałem – powiedział, gdy skończyłem. – Ustaliliśmy z porucznikiem, że nie możecie ryzykować jazdy na południe. Jeśli rzeczywiście jest tam wrogi śmigłowiec, musimy go najpierw zneutralizować. Ale to potrwa. Nie zdążymy rozpiąć nad wami parasola lotniczego przed zmrokiem. Nocne lądowanie na szosie też nie wchodzi w rachubę. Wniosek jest następujący: jeśli to nie jest absolutnie konieczne, nie powinniście opuszczać tego wąwozu. Tylko w ostateczności zezwalam panu na wzięcie sanitarki i dostarczenie rannych w miejsce spotkania z samolotem sanitarnym. Ale na kierowcę musi pan znaleźć ochotnika.

– Aż tak źle z nimi nie jest. – Czułem, że nie brzmi to dobrze, choć przy drobnym uzupełnieniu była to święta prawda. Mało która rana jest równie zabójcza, jak trafienie pociskiem przeciwpancernym.

– Rozu… – Seria trzasków zniekształciła głos generała. Olszan zaczął regulować radiostację. -…powinny zjawić się mirage… okręcą się nad… ewno go znajdą.

– Fala nam zanika – rzucił Olszan, pochylając się nad kaskiem. – Generale, proszę powtórzyć.

Zaręba powtórzył, i to trzykrotnie. Chodziło o to, że wkrótce – tak się wyraził – miały dotrzeć do nas francuskie myśliwce – chyba z bazy w Dżibuti – i spróbować załatwić problem niewidzialnego śmigłowca. Odbiór był coraz gorszy i na koniec przestałem rozumieć cokolwiek. Olszan litościwie wyłączył nadajnik.

– Spróbujemy później – powiedział, zdejmując kask. – Zresztą chyba wszystko jasne. Hotel pod gwiazdami raz jeszcze.

Filipiak odszedł w stronę napełniających worki żołnierzy. Skoro zostawaliśmy, miał kupę roboty. Ja też. Gabriela powinna to uwzględnić i wstrzymać się z łapaniem mnie za łokieć.

– Nie możecie tego zrobić! – Palce miała silne i twarde.

– O co chodzi? – Oczywiście wiedziałem.

– Chcesz tu czekać nie wiadomo jak długo? A jeśli któryś umrze?

– Szybki transport po bezdrożach też im nie wyjdzie na zdrowie.

– Przedtem mówiłeś co innego.

– Przedtem do nas nie strzelali – przypomniałem. Przez chwilę przyglądała mi się z mieszaniną zdziwienia i rozczarowania.

– Przynajmniej jesteś szczery.

– O co ci chodzi?

– Myślałam, że chociaż spróbujesz ich ratować. Jesteś lekarzem. Gdybyś powiedział, że musimy jechać, tobyśmy pojechali.

– Niekoniecznie – zauważyłem. – A przede wszystkim nie musimy.

– Powinni jak najszybciej trafić do szpitala.

– Ale nie na pole bitwy. Przypomnij sobie tamtą ciężarówkę.

– On odleciał. – Walczyła z uporem godnym lepszej sprawy. – Nie jest idiotą, wie, że wezwiemy na pomoc myśliwce. Dawno jest w Somalii.

– Na to bym nie liczył – wspomógł mnie Olszan. – Jak facet ma jaja, przycupnie gdzieś, przeczeka i znów spróbuje.

Zadał jej bolesny cios. Myślałem, że ostateczny. Okazało się, że wytrącił jej tylko broń z ręki. To zwykle wystarcza, ale ona miała jeszcze gołe ręce i zdecydowała, że nimi też może walczyć.

– Tu też będzie pole bitwy. – Nie patrzyła na żadnego z nas i chyba po tym poznałem, jak wiele kosztuje ją ta rozmowa.

– Myśli pani o tych facetach z szablami? – zdziwił się Olszan.

– Mają coś więcej niż szable. I są naprawdę niebezpieczni.

– I są daleko. – Chciałem to już zakończyć. – Daj spokój, paroma pastuchami na wielbłądach nie przestraszysz Filipiaka.