Выбрать главу

Milczała, patrząc na żołnierzy rozpinających siatkę maskującą nad starem cysterną. Mocno się pociła. Męczyłem ją.

– Po prostu chodź ze mną i powiedz, że powinni być ewakuowani.

– To, że powinni, to on wie i beze mnie.

– Proszę cię. Zrób to dla mnie.

Dopiero teraz popatrzyła mi w oczy. Może potrafiłbym odmówić, ale nie chciałem toczyć psychologicznych zapasów w obecności Olszana.

Filipiaka znaleźliśmy na zachodnim końcu zajętej przez pluton części wąwozu. Stał z Bielskim, objaśniając mu jakiś szkic. Obok T-72 wygrzebał dla siebie płytki okop przy pomocy opuszczanego lemiesza – głębokiego się nie dało, z uwagi na zalegające pod piaskiem skały – a teraz załoga napełniała ziemią worki i nadrabiała nimi niedostatki osłony. Podobne prace prowadzono na całej długości rozpadliny: półnadzy żołnierze osłaniali workami co wrażliwsze elementy samochodów, rozpinali płachty maskujące, ścinali i znosili na dół całe drzewka, sadząc je obok ciężarówek. Tylko pozostawiony na górze BRDM uniknął przekształcenia w bezkształtny pagórek. Już sam rozmach przygotowań marnie wróżył inicjatywie Gabrieli.

Ta oczywista prawda nie znalazła drogi do jej umysłu.

– Nie możemy tu zostać – wypaliła od razu z najgrubszej rury.

– Proszę? – zdziwił się porucznik.

– Doktor Szczebielewicz twierdzi, że ranni muszą jeszcze dzisiaj znaleźć się w szpitalu – gładko złamała zasady uczciwej gry. Otworzyłem usta, ale od razu je zamknąłem. Neutralność zwykle popłaca.

– Nie zatrzymuję – zerknął na mnie z odrobiną ironii. – Niech pani znajdzie sobie szofera i jedzie. Pani może prowadzi?

Przygryzła wargę, by skryć upokorzenie. Filipiakowi też nie przyznałbym nagrody fair play.

– Nie chodzi o mnie – powiedziała cicho. – Mogę jechać przodem, proszę bardzo. Tego śmigłowca już tu prawdopodobnie nie ma. Za to pułkownik Sabah zjawi się na pewno.

– To ten pani niedoszły?

– To też – spokojnie skinęła głową. – Ale przede wszystkim jest człowiekiem, który przepędził stąd regularną armię etiopską. Nie może go pan lekceważyć.

– Gdzież bym śmiał lekceważyć pani narzeczonego…

– Proszę bardzo, może się pan ze mnie nabijać do woli.

– Porucznik się nie nabija – zełgałem dla dobra sprawy. – Stara się tylko powiedzieć, że z dwojga złego woli wieśniaków ze strzelbami.

– Nie wierzycie mi – powiedziała z goryczą.

– Odjechaliśmy szmat drogi – złagodził ton Filipiak. – Nawet gdyby potrafili nas znaleźć, to konno i na wielbłądach…

– Wiem, że trudno uwierzyć, ale czarni też miewają ciężarówki – wykrzywiła usta w nieładnym grymasie. – I nie tylko.

Następny faul. Ta rozgrywka robiła się zbyt brutalna: co sobie Filipiak myślał, to myślał, ale jak dotąd nie dał jej odczuć, że zauważa specyficzny kolor jej skóry. Szczególnie wyraźnie rzucało się to w oczy, gdy tak jak teraz oglądało się go na tle bezczelnie uśmiechniętego Bielskiego. Z takim wyrazem twarzy plutonowy nie przeżyłby ani minuty w Harlemie czy Soweto.

– Nie oddamy mu pani, jeśli o to chodzi – oświadczył sucho Filipiak. Jej twarz pociemniała. Strzał był celny, a rana bolesna.

– Myśli pan, że chcę ratować tyłek? – Nie dała mu odpowiedzieć. – No dobrze, chcę: każdy woli żyć. Ale o was też się boję. Pan nie zna Sabaha, ja tak. Wiem, że się tu zjawi i że poleje się krew.

– Najwyżej zrobi się z pani wdowę – nie wytrzymał Bielski.

– Jeśli nie możemy odjechać – zignorowała go – niech pan przynajmniej przygotuje się do obrony. Bardzo pana proszę.

– A co niby robimy? – wzruszył ramionami Filipiak.

– To wszystko – zatoczyła dłonią krąg – na wypadek nalotu, prawda? A ja mówię o ludziach z karabinami. Powinniśmy się okopywać na górze.

Filipiak odwrócił się i ruszył ku środkowi obozowiska. Omal się od niej nie uwolnił: poszła za nim głównie po to, by nie zostawać w pobliżu Bielskiego.

– Dlaczego pani myśli, że będą nas ścigać do upadłego? – zapytał.

– Nie powiedziałam, że…

– Gdyby nie miny, a teraz śmigłowiec, bylibyśmy daleko. Nawet na ciężarówkach mogliby nas gonić całymi dniami. Ten pani Sabah musi zdawać sobie z tego sprawę. A jednak uważa pani, że ruszy w pościg, mimo że nie ma żadnych szans.

– Ma – uśmiechnęła się blado. – Sam pan widzi: utknęliśmy.

– Problem w tym, że nie mógł tego przewidzieć.

– Problem w tym, że jego prowadzi Allach.

– Dlaczego? – Czułem, że stawiając to pytanie w zastępstwie nieco oszołomionego porucznika, w jakimś sensie ją zdradzam.

– O co ci chodzi?

– Skończ, skoro zaczęłaś. – Było mi jej żal, ale żałowałem też siebie i większości spośród prawie pięćdziesięciu innych. – Dlaczego Sabah ma prawo wierzyć, że wypełnia wolę boską?

– Ja wcale nie…

– Dlaczego?

Zlizała pot z górnej wargi. Czułem się parszywie: znęcałem się nad nią, bo zamiast trzymać język za zębami, próbowała nas ostrzec.

– On… zrobiłam coś… – Zaczerpnęła ogromny haust powietrza i wypchnęła to z siebie. – Rozpłatałam szablą jego matkę.

Filipiak zderzył się z jakąś niewidzialną ścianą. Ja potknąłem się o mniejszy, za to materialny kamień.

– Co zrobiłaś?!

– Nie wiem, czy ją zabiłam. – Najgorsze już powiedziała, szło jej teraz lżej. – Dali mi narkotyk, byłam półprzytomna. Pamiętam, że zerwałam ze ściany taką jakby turecką szablę, wiecie, jak z Sienkiewicza, i… – Złączyła dłonie na nieistniejącej rękojeści i całym ciałem, z gracją baletnicy, wyprowadziła cięcie. Niemal słyszałem świst klingi. – Wszystko z niej wypłynęło. Jelita, krew… Wszystko.

Czekałem na łzy. Nie popłynęły. Wspomnienie wstrząsnęło nią, ale właśnie nią, a nie jej sumieniem.

– No… ładnie. – Filipiakowi musiało mocno zaschnąć w gardle. Nadchodzący z naprzeciwka Lesik i Agnieszka aż się zatrzymali na widok jego miny.

– Ale dlaczego? – I znowu to mnie przypadło najtrudniejsze pytanie.

– Byłam… nie wiedziałam, co robię.

– Dobra – zgodziłem się. – Nie wiedziałaś. Ale dlaczego, do nagłej cholery, zrobiłaś harakiri własnej teściowej?! Różne rzeczy się robi na haju, ale jakiś, choćby pokręcony sens to jednak ma!

Ktoś, chyba Lesik, wymamrotał: „Matko Boska!”. Obejrzała się, jakby przestraszona.

– Co tam się stało? – Szedłem za ciosem. – Musisz nam powiedzieć!

Szarpnęła się, posyłając mi dzikie spojrzenie.

– Odczep się!

Rzuciła się biegiem ku brzegowi wąwozu. Stok był tu stromy; raz i drugi zjechała na kolanach i łokciach, ale i tak znikła za krawędzią, nim ktokolwiek zdążył otrząsnąć się z zaskoczenia.

– Czy ja dobrze zrozumiałam? – zapytała Agnieszka Wielogórska. Była zmęczona, ale właśnie dlatego spalający mgiełkę otępienia blask w jej oczach stał się tak łatwy do wychwycenia.

– Niech pani tego nie robi – rzuciłem ostrzegawczo.

– Czego?

– Nie bawi się w dziennikarkę. Przynajmniej teraz.

Popatrzyła na mnie z mieszaniną wyrzutu i wyzwania. W końcu wzruszyła ramionami i przeniosła wzrok na Filipiaka.

– I co teraz?

Czułem, że najchętniej powtórzyłby manewr Gabrieli.

– Nic – mruknął.

– Jak to? – zdziwił się, nawet bez zbytniego oburzenia, major Lesik. – Ta kobieta przyznała się właśnie do morderstwa. – Filipiak rzucił mu ponure spojrzenie. – Pozwoli jej pan uciec?

– Pieszo i bez wody? O czym ksiądz mówi…

W zasadzie w stu procentach się z nim zgadzałem, ale do nóg nie przemówiła logika i korzystając z zamętu w głowie, poniosły mnie w górę stoku. Bałem się. Jeśli pognała na oślep w bezmiar tego bezwodnego pustkowia, jeśli Filipiak się mylił…