Nie mylił się. Siedziała po turecku, wsparta o drzewo, z odrzuconą do tyłu głową, i gdyby nie to, że wybrała niewłaściwą stronę pnia, można by ją wziąć za studentkę czy młodą urzędniczkę, która podczas przerwy śniadaniowej wyszła na słońce, by poopalać twarz.
Patrzyła w niebo oczami, które nie widzą.
– Mogę usiąść?
Żadnej reakcji. Dostrzegłem wychyloną zza krawędzi wąwozu Agnieszkę. Osunąłem się na trawę po północnej stronie pnia, pogroziłem jej pięścią. Uśmiechnęła się leciutko i znikła.
– Nie załatwisz tego w ten sposób. – Nie widzieliśmy się i to ułatwiało mi zadanie. – Będą pytać do skutku.
– Zostaw mnie. – Zgaszony głos kogoś, kto nie ma sił walczyć.
– Chcę ci pomóc.
– Pewnie.
– Nie zachowuj się jak dziecko. Mamy prawo wiedzieć. Jeśli Sabah nas znajdzie i zacznie się walka… Przecież w to wierzysz, prawda?
– Boję się tego. – Ledwie ją słyszałem.
– Rozumiem: „Może się jednak nie zjawi, więc nie muszę mówić”.
– Daj mi spokój.
Dałem. Na całą minutę.
– Mówiłaś coś o narkotykach. Co to miało znaczyć?
– Nic. Odejdź. Proszę.
– Co, popalałyście sobie w ramach wieczorku zapoznawczego?
– Proszę…
Czułem, że za chwilę zrobi coś strasznego. Ucieknie. Wydrapie mi oczy. Rozpłacze się. Tak czy inaczej zniszczy coś, co między nami było… mogło być? W co wierzyłem, że będzie?
Gubiłem się w tym wszystkim. Pozostało zdać się na instynkt, i to właśnie on, nie bawiąc się w budowanie uzasadnień, kazał mi odejść.
– …już taką dziurę, że można będzie niedługo tańce urządzać, a Giełza dalej kopie. – Olszan mówił zarazem niedbale i cicho, co rzadko chodzi w parze. – Ale w końcu stąd wyjedziemy. Dlatego uważam, że powinien dać go pan na suzuki. To ostatni wóz, do którego strzelą.
Filipiak trzasnął trzymanym w dłoni butem o kamień, na którym siedział, zaczął wysypywać piasek.
– Ciekawe, skąd pan wie – mruknął. Zwolniłem, zaciekawiony.
– Nie marnuje się rakiet na byle co. Mało ich mają.
– Ostatnio strzelali do ciężarówki – włączyłem się do rozmowy.
– No i skasowali jedną z drużyn. – Olszan nie był chyba zadowolony z rozszerzenia kręgu dyskutantów, ale ostatecznie podrzuciłem argument stronie przeciwnej. – Może zresztą liczyli, że pozbawią nas wody albo amunicji… No i to jednak ciężarówka, a nie jakiś cywilny pędrak. A za pierwszym razem polowali na czołg.
– BWP ma pancerz – zauważył Filipiak. – W samochodzie byle odłamek może zniszczyć nadajnik.
– Ale właśnie w bewupy będą strzelać.
– Prawdopodobnie – zgodził się. – Dlatego nie namawiam, by się pan przesiadł. Giełza jakoś sobie poradzi.
– No, nie wiem… Tak między nami, to on jest dość cienki.
– Jadąc i tak nie będziemy używać krótkofalówki.
Olszan uniósł ręce w żartobliwym geście kapitulacji i odszedł w stronę okopu, do którego pół godziny wcześniej przeniesiono nadajnik. Spod siatki maskującej gramolił się akurat Morawski. Jak na pilota przystało, błyskawicznie wypatrzył manierkę w mej dłoni.
– I tak się nudzisz – błysnął zębami, podchodząc i wyjmując mi ją z ręki. – Przyniesiesz sobie nową.
Górna część jego kombinezonu zwisała za pośladkami, podtrzymywana pasem z kaburą, a zastępujący ją podkoszulek wyglądał jak mokra szmata, którą wycierano bardzo brudną podłogę. Inaczej mówiąc: major prezentował się dokładnie tak jak wszyscy, którzy wzięli się za łopaty.
– Coś nowego? – wskazałem okop. Z ustawionym na zewnątrz wąwozu masztem łączył go długi kabel anteny kierunkowej.
– Nic. – Morawski opróżnił połowę manierki i zrobił sobie krótką przerwę. – Czekamy.
– Na mirage?
– Albo ruski śmigłowiec. – Minę miał raczej ponurą.
– Też myślisz, że to rosyjska maszyna?
– Jeśli wierzyć Wielogórskiej… Szturmowiec, płaskie oszklenie, rakiety o zasięgu sześciu, siedmiu kilometrów… To cholernie ogranicza pole manewru. Apache, supercobra, rooivalk, mangusta, tiger, no i rosyjski Mi-28. RPA i Europa odpadają, za mała produkcja, praktycznie tylko na własny użytek. Europejskie maszyny nie strzelają zresztą na razie tak daleko. Amerykanów możemy z góry skreślić. Zostaje mil.
Miał rację. Nie wystarczy mieć pieniądze – duże, nawiasem mówiąc – by stać się szczęśliwym posiadaczem takiego, dajmy na to, apache’a. Trzeba jeszcze uchodzić za stuprocentowo lojalnego i liczącego się sojusznika Stanów Zjednoczonych. Egipt, Izrael, Arabia Saudyjska – na tym według mojej wiedzy kończyła się lista nienależących do NATO użytkowników ekskluzywnej maszyny.
– To chyba lepiej? – rzuciłem niepewnie.
– Że mil? Nie wiem. – Łyknął z manierki. – Elektronikę może mieć słabszą, ale też niekoniecznie. A sama maszyna… Ponoć kaliber poniżej 25 mm nie robi na niej wrażenia. Wielkie, ciężkie, dobrze opancerzone bydlę. W lokalnej wojnie, gdzie śmiga więcej kul niż rakiet, chyba wolałbym latać takim niż zachodnim.
– Gdybyś to ty teraz na nas polował… Co byś zrobił?
– Wyniósłbym się w diabły – uśmiechnął się krzywo. – Tyle że ja nie jestem bojownik islamu; mam ambicję żyć, nie ginąć w dżihadzie.
– Skąd wiesz, że to muzułmanie?
– Nie wiem. Ale Mi-28 ma jeszcze i tę dobrą stronę, że wywodzi się z Mi-24. A dwudziestkączwórką latały i latają setki pilotów w co najmniej kilkunastu krajach świata. W tym wielu Arabów. Nawet gdybyś kupił na czarno zachodnią maszynę, pozostałby ci problem pilota i strzelca. No i mechaników. Tu masz je z głowy: za psie pieniądze albo i za „Allach zapłać” możesz mieć dobrze przeszkolony, lojalny personel. W przypadku muzułmanów gotów polec dla świętej sprawy.
– Ci nasi chyba się do tego nie palą. Mogli ostrzej przyciskać; przy odrobinie szczęścia samym działkiem wypruliby z nas flaki.
– Z czołgu nie – przypomniał. – A propos flaków: to prawda z tą twoją dziewczyną?
Uniosłem twarz. BRDM wciąż tkwił na górze, trudno powiedzieć dlaczego, bo radar był przenośny i równie dobrze można było go ustawić na trójnogu. Na razie jednak dźwigał go samochód pancerny z zamkniętym wewnątrz Grochulskim, który obiecał mi mieć na oku pewną czarnoskórą i nękaną czarnymi myślami pannę.
– Moją? – zdziwiłem się, trochę przesadnie i za późno.
– Nie, moją… – Uśmiechnął się kpiąco. – A tak w ogóle, to uważaj: narazisz się takiej, i ciach: nie ma cię. Przynajmniej jako faceta.
– Bardzo śmieszne.
– Fakt – przyznał. – Niewesoło to wygląda. Padła nawet sugestia, by założyć jej kajdanki i postawić obok wartownika.
– Co za palant wyskoczył z…? Lesik!
Nie odpowiedział. Czyli trafiłem.
– Mam trochę piwa – mruknął. – Napijesz się?
– Może później. Muszę zmienić Jolę.
Obaj wiedzieliśmy, że to wykręt.
Ruszyłem w stronę sanitarki. Dzieliła się dużą siatką maskującą z płytkim okopem, który zniszczył resztki szans na przyjaźń między mną a zagonionym do łopaty Andrusiakiem. Przy jednym z cherlawych drzewek, podtrzymujących odciąg, ubrany w marynarską koszulkę Wołynow rozmawiał z wbitym w kevlar, wciąż regulaminowym Filipiakiem.
– …zmienić szyki. – Major mówił łagodnym tonem. – Jest przekonana, że najpóźniej jutro będzie tu co najmniej setka partyzantów.
– Na wielbłądach – uzupełnił Filipiak. – Wiem, słyszałem.
– Nieważne, na czym przyjadą. Afgańczycy chodzili pieszo, a i tak dali nam nieźle w dupę.